Czerwony patriota i wylękniony bluźnierca. Rzecz o zbuntowanej polskości

Władysław Broniewski i Julian Tuwim – dwaj poeci o lewicowych poglądach, a zarazem ludzie o zupełnie różnych poetyckich dystynkcjach. Pochodzący ze szlacheckiej rodziny patriota i legionista Józefa Piłsudskiego naprzeciwko arcypolskiego Żyda skamandryty. Poezja walki, miłości i wielkich nadziei Broniewskiego kontra literacki kabaret i twórczość masowa Tuwima. Z czyim dorobkiem historia obeszła się łagodniej, a komu nie wybaczyła uwikłania w stalinizm?


Podobno gdyby nie znamię na poliku, Julian Tuwim nie zostałby poetą. Faktycznie, ze względu na tzw. myszkę na lewym profilu, pisarz zwykł się fotografować z prawej strony, a zdjęcia en face są prawdziwą rzadkością.

Charakterystyczne znamię niosło ze sobą także coś w rodzaju poczucia wyjątkowości i naznaczenia, do którego dodać należy żydowskie pochodzenie Tuwima. To wszystko tworzyło przedziwną mieszankę.

Talent poligloty

Tuwim był z jednej strony introwertykiem, z drugiej zaś – kochał kabaret. A poetą (także z uwagi na udział w życiu kawiarnianym) okazał się bardziej niż popularnym. Mariusz Urbanek nazwał go na kartach swojej książki „wylęknionym bluźniercą”. I te słowa chyba najlepiej oddają postawę poety wychwalającego pod niebiosa marszałka Józefa Piłsudskiego i zarazem proszącego „liczne zastępy bliźnich, aby go w dupę pocałowały”.

Przygoda autora „Kwiatów Polskich” z literaturą zaczyna się od fascynacji różnorodnością języków. Jego ojciec, pracownik łódzkiego banku, ukończył studia we Francji i posługiwał się kilkoma językami. To po nim młody Julian odziedziczył talent poligloty.

Skądinąd czas dorastania Tuwima przypadł na belle epoque. A wtedy Łódź dostarczała doskonałych warunków do osłuchiwania się z przeróżnymi dźwiękami mowy, niespotykanymi w innych polskich miastach.

Gdy się chodziło „Sto razy tam i sto z powrotem / Pomiędzy Krótką i Nawrotem”, mieszały się i brzmiały w uszach jidisz, polski i niemiecki. Z czasem specjaliści od marketingu spróbują do tej trójki dokooptować rosyjski, by stworzyć koncepcję „miasta czterech kultur”, choć w ówczesnej Łodzi Rosjanami byli tylko urzędnicy i wojskowi.

Do językowego tygla dodajmy jeszcze jedną fascynację twórcy „Balu w operze” – esperanto. Mając 15 lat Tuwim przekłada na ten język kilka wierszy Leopolda Staffa. Traktowanie poważnie tej idei fix Ludwika Zamenhoffa, białostockiego wizjonera i nomen omen lekarza okulisty, świadczy o pewnej formacji ideowej, którą przeszedł Tuwim.

Zamenhoff podjął się swojego przedsięwzięcia żywiąc naiwne przekonanie, że wszystkie wojny i inne nieszczęścia tego świata biorą swój początek w nieporozumieniach na tle różnic między językami. To zbliża Tuwima do drugiego bohatera niniejszego tekstu, Władysława Broniewskiego.

Niewłaściwy czas dla rusofilii

Był bowiem Broniewski nie tylko świetnym poetą, ale również tłumaczem w pełni oddanym swojej pracy. Problem, przynajmniej z perspektywy nadwiślańskiej, polegał na tym, że zamiast w esperanto zakochał się w języku rosyjskim.

„Kartofle” Julian Tuwim

Żarliwość z jaką przekładał poezję Włodzimierza Majakowskiego czy Aleksandra Błoka może świadczyć o słabości autora „Bagnetu na broń” do radykalnego socjalizmu – ze szczególnym uwzględnieniem jego wschodniej wersji. Ale ten argument upadnie, gdy weźmiemy pod uwagę tłumaczenie wierszy Borysa Pasternaka. Pisarza mającego na pieńku z moskiewską wierchuszką, a któremu literacką Nagrodę Nobla wręczono ponoć przy walnym wsparciu CIA, żeby tejże wierchuszce dopiec.

Niełatwy los Broniewskiego, którego działalność literacka przez całe życie (a nawet po śmierci) naznaczona była widmem czerwonej kolaboracji, to przykład trudnych losów rusofila w czasach wielkoruskiego imperializmu. Skądinąd na polu bitewnym niedoszły autor nowego hymnu Polski Ludowej wyróżnił się nader chwalebnie, będąc ochotnikiem w wojnie polsko-bolszewickiej (odznaczony orderem Virtuti Militari i czterokrotnie Krzyżem Walecznych; Tuwim pracował wtedy w biurze prasowym naczelnego wodza Józefa Piłsudskiego).

Tym samym Broniewski zabił ćwieka tym, którzy chcieliby widzieć świat tylko w czarno-białych barwach. W tym miejscu warto przywołać pewną słynną anegdotę. Oto autor socrealistycznej poezji na licznych spotkaniach autorskich recytował wiersz „Homo sapiens” – opowiadający o mordzie katyńskim. Natomiast jako przedstawiciel Związku Literatów Polskich podczas obchodów stulecia urodzin Adama Mickiewicza, w Nowogródku w obecności sowieckich poetów, z pełną dezynwolturą mówił: „To wzgórze zdobywałem w 1920 roku na bolszewikach”.

Poeci „Wiadomości Literackich”

Calosc TUTAJ
Przyslala Rimma Kaul

3 komentarze to “Czerwony patriota i wylękniony bluźnierca. Rzecz o zbuntowanej polskości”

  1. Zwrot w tytule i u Mariusza Urbanka pochodzi z wiersza Tuwima „Grande Valse Brillante” „wylekniony bluznierca dotulalem do serca w utajeniu kwitnace te dwie”

  2. Masy Zydow nie bylo w totalnym bledzie
    gornolotnosc I ideologie ktorymi byli ” zywieni”
    sprawdzily sie tylko w im opodobnym marzycielom…
    Powodzeniem byly Kibutz w Izraelu, najblizsze
    socjalizmowi ich rozwarzan I ideologii.
    ,marzen. Cala reszta na swiecie to utopia…

  3. Tuwim nie byl jedynym ,ktory ulegl zludzie,ze tylko komunizm rozwiaze problem antysemityzmu.Tej samej fatamorganie ulegli i inni prominentni intelektualisci,np. niemiecko-zydowski kronikarz i lingwista Victor Klemperer.Ich zbrodniczy blad polegal na tym,ze wielu zwyczajnych lewicowych Zydow (jak moj ojciec) zostalo w ten sposob utwierdzonych w swych blednych przekonaniach.

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d bloggers like this: