TYM RAZEM PO NAZWISKU

Ludwik Lewin

 

 


Cesarz austriacki Józef II natychmiast po wstąpieniu na tron rozpoczął przeprowadzanie wszelkiego rodzaju reform. Wśród nich znalazło się nadanie nazwisk, niemającym ich dotąd, Żydom z Galicji i Bukowiny. Mój wiedeński przyjaciel Zdzisław-Piotr Gwóźdź podarował mi dziewiętnastowieczne opracowanie na temat tej akcji, sporządzone przez pochodzącego z Galicji, niemieckojęzycznego pisarza Karla Emila Franzosa.

Ponieważ dwie nowe prowincje – Galicja (przyłączona do Austrii w 1772) i Bukowina (1775) wciąż były pod administracją wojskową, wykonanie zadania powierzono Radzie Spraw Wojskowych.

Galicja i Bukowina podzielone zostały na okręgi, a w każdym urzędowała komisja składające się z kapitana kawalerii, porucznika, sędziego wojskowego i dwóch podoficerów w roli protokolantów.

Zadanie miało być wykonane przez wojskowych bardzo szybko (18 dni), a społeczność żydowska starała się opierać na ile mogła. Organizacja zabrała wiele miesięcy, ale wszystko odbywało się wciąż pod znakiem pośpiechu.

Komisjom zalecono by nie nadawały popularnych nazwisk niemieckich, by w jednej parafii nie powtarzały się te same nazwiska, aby nie tworzyły nazwisk od miejscowości zamieszkania rodzin ani od hebrajskiego. Zakazane więc były nazwiska takie jak Tarnower czy Tarnopoler, ale również Schohet (szojchet, rzezak), Schadchen (szadchen, swat).

W tym kontekście nic dziwnego, że nadawane przez komisarzy nazwiska bywały odbiciem nienawiści do Żydów, echem koszarowych wiców, a bardzo często i pazerności panów sędziów.

Ponieważ komisje miały dyrektywę by nazwiska nie powtarzały się w danym okręgu i żeby było ich jak najwięcej, dochodziło i do tego, że ojciec trzech synów, z których dwóch było żonatych, a jeden mieszkał w domu rodzinnym, dostawał jedno nazwisko, a każdy z dorosłych braci inne – co jedną rodzinę zmieniało w trzy. Konsekwencje takiego stanu nie ograniczały się do sentymentalnych, gdyż zaważały na decyzjach prawa cywilnego, jak choćby przy postępowaniu spadkowym.

Nic więc dziwnego, że pokrzywdzeni starali się odwoływać. Jednak jak twierdzi badacz protokołów komisji, podania w większości pozostawały bez skutku.  Z wymownymi wyjątkami – gdy o zmianę decyzji prosiły osoby bogate.

K.E. Franzos przytacza przypadek pewnej wdowy z okolic Czortkowa, która mieszkała wraz z córką w domu żonatego syna. Każda z tych osób otrzymała inne nazwisko. A w odmowie odwołania odpowiedziano, że wspólne lokatorstwo jest przypadkowe, gdyż matka każdego dnia może wynająć inne mieszkanie, a córka wyjść za mąż.

Rodzina apelowała a wśród argumentów podała m.in. to, że dwa z tych nazwisk i tak szybko znikną, gdy matka umrze, a córka wyjdzie za mąż. Sędzia wojskowy odpowiedział, że decyzja jest definitywna, a nazwiska nie muszą wcale zniknąć, gdyż wg prawa austriackiego nieślubne dzieci noszą nazwiska matek.

Zapewne te sformułowania pozwoliły rodzinie zrozumieć o co chodzi, bo po wizycie rodziny u sędziego, w protokole pojawiła się notatka, że „w następstwie ustnego przesłuchania spełnia się prośbę petentów”.

Spełnia jednak nie do końca. Rodzina chciała nazywać się Holzer, ale sędzia jej tego nazwiska nie przyznał, zaznaczając w protokole, że „jest zbyt częste”. I nadał Galgenholz, co znaczy drzewo szubieniczne, pisząc, że „nie wiąże się z nim żadne nieprzyjemne znaczenie”.  A po dwóch dniach powtarza się ta sama farsa: „w następstwie ustnego przesłuchania spełnia się prośbę petentów”.  Nie ulega wątpliwości, że urzędnik przysłuchiwał się brzęczeniu monet przyniesionych przez swe ofiary.

Dwa kolejne protokoły z innego okręgu ukazują wysiłek i powagę komisarzy. Nauczyciel w hederze, nie odpowiada na pytanie, jak chce się nazywać. Z urzędu dostaje nazwisko Weinstein (winny kamień, pradziadek #me too?). Po nim wchodzi miejscowy rabin, który wybór pozostawia „szlachetnej komisji”. I wychodzi z nazwiskiem Steinwein (kamienne wino). „Kamienne” nazwiska otrzymali tego dnia wszyscy następni delikwenci.

Nie należy sądzić by ludzie o nazwisku Diament, Szafir czy Goldenberg byli potomkami jubilerów, czy posiadaczy złotych gór. Komisarze, zapewne aby się nieco rozerwać, czym biedniejszego, czym żałośniej wyglądającego dostawali klienta, tym cenniejszym obdarzali go nazwiskiem, tym droższe umieszczali w nim klejnoty. Natomiast najbogatszego Żyda w mieście nazwali Bettelarm, co znaczy nędzarz.

Sędziowie bawili się również przydomkami, jakimi często obdarzani byli mieszkańcy sztetli. I tak wielce szanowany rabin, nazywany przez sąsiadów cadykiem, został Gottlosem, czyli bezbożnym.

Trudno nie dopatrzyć się złośliwości w nadaniu kulawemu nazwiska Schnelllaufer (szybkobiegacz).  I nie ma wątpliwości, że Schweinskopf (świńska głowa) został tak nazwany tylko po to, by „w następstwie ustnego przesłuchania” stać się tylko Kopfem (głową).

Z dokumentów austriackich pisarz wybrał jeszcze takie kurioza, jak Chaim Temperaturwechsel (zmiana temperatury), Ruben Fastenhunger (głód postu), Saul Afterduft (zapach odbytu), Sara Woismeingeld (gdzie moje pieniądze) czy Rifka Erdenjammer (nędza ziemi).

Franzos, zwolennik „wielkiej Germanii”, a w niej germanizacji Żydów, nie potrafi ukryć pewnej pogardy dla tych „Ostjuden”, którzy od kilku lat dopiero byli pod panowaniem Habsburgów, więc – jak tłumaczy – nie mieli czasu na osiągnięcie odpowiedniego stopnia kultury.  Przyznaje jednak, że przydzielenie Żydom nazwisk, było potrzebne władzom nie z dążenia cywilizacyjnego, ale po to, aby mogły ściągać wszelkiego rodzaju podatki oraz aby móc wpisać Żydów do ewidencji wojskowej i brać do wojska.

Nie zawsze przecież nazwiska narzucane były przez komisje. Świadczy o tym choćby „rodowe miano” autora opracowania. Pochodził z sefardyjskiej rodziny, która przed Inkwizycją uciekła z Hiszpanii do Holandii, a stamtąd przeniosła się do Lotaryngii. W latach 70 XVII wieku pradziadek pisarza zbudował dla swego syna fabrykę koło Czortkowa. Dziadek zyskał przezwisko Franzos, które kilka lat później stało się nazwiskiem. Za darmo, czy za pieniądze? – Historia milczy, ale zapewne nie wszystkie komisje były tak przekupne i podłe, jak te, o których wyżej. Świadczyć o tym mogą inne przydomki, często pochodzenia polskiego (jak Blacharz, Smolarz, Długacz, Bialik), które zachowały się w nadanych przez austriacką administrację nazwiskach.

A to, że na ogół mają brzmienie niemieckie wynika zapewne z tego, że akcję przeprowadzali austriaccy wojskowi – w większości Niemcy, wszyscy niemieckojęzyczni – oraz z podobieństwa tego języka do jidysz, wtedy traktowanego jako „niemiecki żargon”.

Za przykładem Austrii poszły najpierw Prusy a potem Rosja.

Po II rozbiorze Warszawa znalazła się w zaborze pruskim, a szefem bynajmniej nie stołecznego wtedy, urzędu stanu cywilnego (za nazwę instytucji nie gwarantuję), został wielki pisarz E. T. A. Hoffmann.

Historyk Norman Davies przedstawia jego pracę w sposób mało pochlebny. Wg autora Bożego Igrzyska, wielki pisarz nie liczył się w ogóle z osobami, które od niego zależały i wymyślał nazwiska w zależności od humoru. Po pijatyce z oficerami, męczony kacem, nazwał jakoby tego dnia Żydów Festung (twierdza), Pistolet, Trommel (werbel) i Harmata.

W Polsce tradycja przychylniejsza jest autorowi Dziadka do Orzechów. Uważa się, że Hoffmann miał bardzo dobre stosunki zarówno z Polakami, jak i z Żydami, i że to wena podpowiedziała mu takie nazwiska jak Sternlicht (światło gwiazd), Morgenstern (gwiazda poranna) czy Zonszajn (blask słońca) – nazywał się tak wybitny żydowski poeta Jakub Zonszajn (1914-1962).

To na terenie imperium carów znaleźć można najwięcej żydowskich nazwisk, o słowiańskiej budowie. Wynika to zapewne z tego, że w samej Rosji, z powodu zakazu osiedlania się, w początku XIX w. było bardzo niewielu Żydów. Było ich natomiast wielu na Wschodniej Ukrainie i na ziemiach polskich, zabranych w zaborach. Różnorodność etniczna ludności jak i niejednorodność administracyjna, spowodowały zapewne, że brak w Rosji szablonu tworzenia nazwisk żydowskich.

Nazywam się Lewin. Choć na pierwszy rzut oka wygląda to na żart, słowiańskie jest i moje nazwisko. Zapewne mój mieszkający na Litwie przodek nazywany był ben Lewi. A w językach słowiańskich końcowe „n” odpowiada synostwu.

Z tego nazwiska wynika prosty wniosek: można być jednocześnie Żydem i Polakiem.


Wszystkie historyjki Ludwika

TUTAJ


Pierwodruk w Słowie Żydowskim

2 komentarze to “TYM RAZEM PO NAZWISKU”

  1. Stefan Burg 15/09/2019 at 12:21

    Przypomniało mi to stary dowcip o Żydzie, który wrócił do domu z nowym nazwiskiem ”Knaker”. Nä reakcję zbulwersowanej rodziny, ze nie załatwił jakiegoś lepszego nazwiska, z Gold, Zylber czy Diamant, odpowiada: ”żebyście wiedzieli ile mnie kosztowało tylko to dodatkowe ‘n’! ”

  2. Ryszard K. 15/09/2019 at 08:15

    Jak zwykle, ciekawy i pouczający artykuł Ludwika. Zakończenie przypomniało mi pytanie do Radia Jerewan: ”Czy rodzina ormiańska da rade wyżyc za jedną pensję?”, na co padała odpowiedz ”Tak, pod warunkiem, ze będą żyli po kolei”. No właśnie – ten końcowy wniosek ja bym troche zmienił. Nie ”jednocześnie”, lecz raczej ”po kolei”. Znam sporo przykładów…

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d bloggers like this: