Bez rozstrzygnięcia. W Izraelu wciąż pat polityczny

.

 


.Andrzej Kohut

Po raz drugi w 2019 roku obywatele Izraela wyruszyli do urn wyborczych, ale ponownie wybory nie przyniosły jasnego rozstrzygnięcia. Jedno jest pewne: najdłużej urzędujący premier w historii Izraela, Binajmin Netanjahu, walczy nie tylko o tekę premiera, ale przede wszystkim o wprowadzenie immunitetu. Brak sukcesu w sformowaniu koalicji może dla niego oznaczać koniec politycznej kariery, a nawet koniec życia na wolności. Lista zarzutów wobec niego jest długa.

Przypomnijmy – po kwietniowych wyborach Netanjahu był bliski sukcesu. Co prawda, jego Likud właściwie zremisował z centrowymi Niebiesko-Białymi (Kachol Lawan), uzyskując 35 na 120 miejsc w Knesecie, jednak chęć sformowania koalicji wyraziło kilka innych ugrupowań, gwarantując ponad 60-osobową większość. Sprawy skomplikowały się, kiedy jeden z potencjalnych koalicyjnych partnerów, Awigdor Lieberman, reprezentujący partię Nasz Dom Izrael (Jisra’el Betenu), wieloletni partner Netanjahu w poprzednich rządach, postawił twarde ultimatum: ograniczenie przywilejów dla religijnych, zwłaszcza ultraortodoksyjnych Żydów.

Lieberman miał świadomość, że bez jego pięciu posłów nie uda się powołać koalicyjnego rządu. Z drugiej strony nie mógł nie rozumieć, że zmiany jakich zażądał (m.in. obowiązku służby wojskowej dla uczniów jesziw), były nie do zaakceptowania dla pozostałych sojuszników Netanjahu, reprezentujących właśnie elektorat ultraortodoksyjny. Można zatem założyć, że Lieberman świadomie doprowadził do upadku koalicji, nie chcąc jej formować z premierem, wobec którego mogą pojawić się zarzuty prokuratorskie. Jednocześnie wzmocnił swój wizerunek wśród liberalnych wyborców.

W ostatnim akcie tych wielotygodniowych zmagań udało się zbudować większość parlamentarną, która przegłosowała wniosek o samorozwiązanie i przedterminowe wybory. Polityk, nazywany często magikiem ze względu na swoją zdolność do wychodzenia obronną ręką z opresji, liczył, że i tym razem uda mu się zmienić wyborczy rezultat. Wyborcze zwycięstwo miało przynieść możliwość zmiany prawa na takie, które uchroni urzędującego premiera przed zakusami wymiaru sprawiedliwości. Przeforsowanie takiej zmiany było jednym z warunków, które na wiosnę stawiał swoim koalicjantom.

Jednak wygląda na to, że tym razem Netanjahu może w ogóle nie mieć szansy na rozpoczęcie rozmów koalicyjnych. Wrześniowe wyniki, choć pozornie bardzo zbliżone do kwietniowych, przyniosły szereg istotnych zmian, pośród których wcale nie najważniejszą jest ta, że tym razem to Niebiesko-Biali zakończyli wyborczy wyścig na czele stawki.

Szacowanie wyborczych strat

Przede wszystkim sporo krwi stracił sam dotychczas rządzący Likud. Trudno jednoznacznie ocenić, na ile przyczyniło się do tego wiosenne niepowodzenie w formowaniu koalicji. Na pewno nie pomógł też fakt, że tym razem niewiele wsparcia okazał prezydent Stanów Zjednoczonych. Tuż przed kwietniowym głosowaniem Trump zrobił swojemu sojusznikowi wielki prezent, uznając Wzgórza Golan za terytorium Izraela (wbrew zdaniu ONZ) i pokazując tym samym, że to właśnie Netanjahu jest gwarantem amerykańskiego wsparcia dla Izraela. Tym razem prezydent ograniczył się do kilku twittów. Zaważyć mogła ostatnia próba ocieplenia stosunków z Iranem (jeszcze przed powietrznym atakiem na saudyjskie rafinerie) lub Biały Dom pogodził się już z końcem Bibiego i spokojnie czeka na nowego lidera w Izraelu.

Dodatkowo do ochłodzenia relacji mógł się przyczynić fakt, o którym wspomniał niedawno Rex Tillerson, były sekretarz stanu, podczas wystąpienia na Harvardzie. Netanjahu miał niejednokrotnie wprowadzać prezydenta Trumpa w błąd dla osiągnięcia własnych celów. „Niepokoi mnie to, że tak bliski i ważny dla nas sojusznik postępuje z nami w ten sposób”. Być może i Trump uznał, że Netanjahu przesadził.

Sporo dystansu okazał też Władimir Putin. Przed kwietniowymi wyborami spotkał się z Netanjahu w Moskwie, okazując mu swoje pełne poparcie. W Izraelu to kwestia nie bez znaczenia: akceptacja ze strony Moskwy to element walki o głosy rosyjskojęzycznej społeczności – ludzi, którzy w latach dziewięćdziesiątych i dwutysięcznych przybyli do Izraela z terenów byłego ZSRR. O ten elektorat Likud zaciekle walczył z ugrupowaniem Liebermana (Nasz Dom Izrael).

Lieberman miał w tej walce spore szanse. Po pierwsze, sam należy do tej mniejszości, urodził się w Kiszyniowie, w Mołdawskiej Socjalistycznej Republice Radzieckiej. Po drugie, jego agenda dotycząca ograniczenia przywilejów ortodoksów jest zgodna z oczekiwaniami tego elektoratu: przybysze z ZSRR często nie są uznawani za prawowitych Żydów przez Naczelny Rabinat Izraela, co utrudnia im na przykład zawarcie małżeństwa (zgodnie z prawem małżeństwa między Żydami w Izraelu muszą być usankcjonowane religijnie). Zmiany w tej kwestii nie mógł im obiecać sojusznik ortodoksyjnych partii, Binjamin Netanjahu. Dlatego tym gorszą wiadomością była dla niego wieść o ochłodzeniu relacji z Putinem. Co prawda, udało mu się spotkać z prezydentem Rosji w Soczi na kilka dni przed wyborami, ale poza wspólnym zdjęciem niewiele zyskał. Zwłaszcza, że kontekstem tej wizyty była krytyka rosyjskiego MSZ dla pomysłu Netanjahu dotyczącego zaanektowania Doliny Jordanu.

Netanjahu liczył, że taką zapowiedzią na ostatniej prostej kampanii przyciągnie głosy bardziej radykalnych prawicowych wyborców, ale większego efektu wyborczego nie widać. Prawdopodobne jest natomiast, że ta nieoczekiwana zapowiedź, jak i wcześniejsza antypalestyńska retoryka Bibiego, mogła dodatkowo zmobilizować wyborców arabskich. Reprezentanci tej grupy etnicznej tym razem wystartowali z jednej listy wyborczej, co w połączeniu ze znacznie wyższą frekwencją (w porównaniu do kwietniowych wyborów w głosowaniu wzięło udział 12% więcej Arabów) dało trzeci rezultat i 13 miejsc w Knesecie (o trzy więcej niż miały dwa ugrupowania arabskie poprzednio).

Dodatkowym ciężarem stały się zarzuty kryminalne, które najprawdopodobniej wkrótce zostaną Netanjahu przedstawione – drugiego października czeka go wstępne przesłuchanie, po którym prokurator będzie mógł formalnie go oskarżyć. Bibi, który przez lata był kluczowym ogniwem wyborczym swojej partii, tym razem mógł się przyczynić do utraty części głosów. Jedno pozostaje bezsporne: Likud stracił cztery miejsca w Knesecie. A właściwie to nawet więcej, biorąc pod uwagę, że tym razem z list ugrupowania startowali reprezentanci Kullanu – partii, która po wiosennych wyborach miała 4 posłów. Na nic zdała się determinacja samego Netanjahu, które przez ostatnie dwie godziny przed zamknięciem lokali wyborczych vlogował na żywo, wzywając do poparcia Likudu.

Nasz Dom Izrael głównym rozgrywającym

Największym zwycięzcą może się czuć Awigdor Lieberman i to mimo tego, że Nasz Dom Izrael zakończył wybory dopiero na piątym miejscu, co przełożyło się na zaledwie 8 posłów. Kluczowy jest bowiem fakt, że bez tego pochodzącego z Mołdawii polityka sformowanie rządu może się okazać niemożliwe. W poprzednim rozdaniu to również Lieberman miał w ręku przyszłość koalicji rządowej i to jego wycofanie się przyniosło ostateczną klęskę Netanjahu, choć zabrakło zaledwie jednego głosu. Tym razem sojusz Likudu, partii prawicowych i ultraortodoksyjnych jest jeszcze dalej od celu: zabraknie sześciu mandatów. I choć lukę mógłby także i tym razem zapełnić Lieberman, nic nie wskazuje na to, by chciał zmienić stanowisko.

Jednak również i największy rywal obecnego premiera, Beni Ganc z Niebiesko-Białych, nie poradzi sobie bez Liebermana. Sojusz wydaje się o wiele bardziej prawdopodobny, gdyż daje o znacznie większą szansę na realizację sztandarowych postulatów Liebermana dotyczących ograniczenia przywilejów dla ortodoksyjnych Żydów.

Co ciekawe, gdyby taki rząd miał powstać, w jego skład musieli by wejść również posłowie arabscy, o czym zresztą mówi się już od jakiegoś czasu. Beni Ganc udzielał nawet wywiadów arabskojęzycznym mediom, a lider Zjednoczonej Listy, Ayman Odeh, sugerował, że nie wyklucza wejścia do centrolewicowego rządu, na którego czele stanie lider Niebiesko-Białych.

W ten sposób dopełnić może się klęska Binjamina Netanjahu. Oprócz przegranych wyborów, utraty władzy po dekadzie nieprzerwanych rządów, a także potencjalnego wyroku, grozi mu jeszcze spełnienia koszmaru o rządach opozycji przy wsparciu mniejszości arabskiej. Trzeba jednak pamiętać, że taki scenariusz był już rozważany przed wyborami kwietniowymi i wtedy Beni Ganc wykluczył możliwość sojuszu z Arabami. Może się więc zdarzyć, że i tym razem do porozumienia nie dojdzie. Co wtedy?

Historia lubi się powtarzać

W 1984 roku rezultat wyborczy był bliski remisowi: Koalicja Pracy zdobyła 44 mandaty, a Likud 41. Żadne z ugrupowań nie było w stanie rządzić samodzielnie, żadne też nie było w stanie sformować koalicji rządzącej. To wtedy ostatni raz zdecydowano się na powołanie rządu jedności narodowej, do którego oprócz Koalicji i Likudu wszedł jeszcze szereg mniejszych ugrupowań. Zdecydowano się też na nietypowe rozwiązanie: rotacyjny urząd premiera. Każdy z liderów partii, Szimon Peres i Icchak Szamir, sprawował tę funkcję przez dwa lata.

Pojawiły się sugestie, by ponownie skorzystać z tego rozwiązania i zbudować nowy rząd w oparciu o Likud i Niebiesko-Białych. Byłaby to zła informacja dla Liebermana – jego udział przestałby być niezbędny. Obawiają się tego również partie ortodoksyjnych wyznawców judaizmu (Szas i Zjednoczony Judaizm Tory), bo oznaczałoby to, że również ich wpływy na kierunek polityki rządu bardzo osłabną, albo wręcz znikną. Nie jest natomiast powiedziane, że z takiego obrotu spraw ucieszyłby się sam Binjamin Netanjahu.

Koalicja Likudu i Niebiesko-Białych jest możliwa, ale raczej bez Netanjahu jako lidera. Mimo, że Bibi apeluje do Ganca, by się na to zgodził, ten ostatni już dawno temu wykluczył obecność swojego ugrupowania w rządzie, na którego szefie ciążą zarzuty. Z drugiej strony, część działaczy Likudu coraz głośniej krytykuje Bibiego, nie kryjąc się specjalnie z opiniami, że zmiana lidera mogłaby przynieść lepszy rezultat wyborczy. To kolejna trudna próba stojąca w najbliższym czasie przed Netanjahu: utrzymanie przywództwa w partii pomimo wyborczej porażki.

***

Czy istnieje szansa, by i tym razem „magik” Netanjahu obrócił splot niesprzyjających mu okoliczności na swoją korzyść? To raczej niemożliwe. Słabszy niż poprzednio wynik wyborczy, toczące się przeciw niemu śledztwo i osłabiona pozycja wewnątrz własnej partii wystarczy, żeby odsunąć go od władzy. Możliwa jest zatem wielka koalicja Likudu i Niebiesko-Białych lub rządu Niebiesko-Białych z Liebermanem i Zjednoczoną Listą Arabską.

Arabowie na pewno mogą mówić o zwycięstwie. Nawet jeśli nie wejdą do rządu (w scenariuszu, w którym powstaje rząd jedności), staną się najważniejszą partią opozycyjną, a Ayman Odeh zyska wszystkie przywileje opozycyjnego lidera: comiesięczne briefingi z Mosadu i możliwość spotkań z odwiedzającymi Izrael przywódcami innych państw.

Obok decyzji Zjednoczonej Listy kluczowe będzie zachowanie Liebermana oraz wewnętrzne przetasowania w Likudzie. Teoretycznie jest możliwy scenariusz, w którym w ogóle nie uda się powołać rządu i konieczne staną się kolejne wybory. Czy można liczyć na to, że do trzech razy sztuka?


https://klubjagiellonski.pl/2019/09/20/bez-rozstrzygniecia-w-izraelu-wciaz-pat-polityczny/

No comments yet... Be the first to leave a reply!

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d bloggers like this: