Abram Cytryn cz . 13 – tworczosc za drutami

Abram Cytryn

Nazywam się Lucie Bialer i jestem siostrą Abrama Cytryna. Jako jedyna z całej naszej rodziny wróciłam z piekła. Mama i Abramek zostali zagazowani w Auschwitz. Ojciec nasz, Jakub Cytryn, zmarł z głodu w getcie. Jego grób znajduje się na cmentarzu żydowskim w Łodzi. Po wojnie wróciłam do Łodzi, sądząc, że spotkam kogoś z rodziny. Pobiegłam szybko na ulicę Starosikawską, ostatnie nasze miejsce zamieszkania w getcie. Cudem uratowałam utwory Abramka, te które zostawił w naszym mieszkaniu. Było tam dużo wierszy i dużo utworów prozą. Najlepsze utwory mój brat zabrał ze sobą… Po powrocie do Łodzi poznałam Zygmunta Bialera i wyszłam za niego za mąż. Urodziłam córkę Nelly. Wyrosła na znanego adwokata. Niestety zmarła w wieku 40 lat w roku 1988. Kilka lat po śmierci mojego dziecka zmarł także mój mąż, Zygmunt Bialer. Zostałam sama. Pisanie o mojej rodzinie to mój obowiązek. Chciałabym, żeby Abramek − kiedy umrę − pozostał w pamięci przyszłych pokoleń, przede wszystkim młodych ludzi. Kiedy pisał te wiersze, był w ich wieku. Pisać, to znaczyło dla niego − żyć. Mówił często, że jeśli zabraknie mu pióra, będzie pisał własną krwią. Chciałam zadedykować tę książkę wszystkim dzieciom świata.

Jestem bardzo wdzięczna wszystkim, którzy pamiętają w Łodzi o moim bracie. Dziękuję z całego serca władzom miasta, szczególnie Panu Prezydentowi Kropiwnickiemu, że jest w Łodzi ulica imienia Abrama Cytryna. Dziękuję Pani Krystynie Radziszewskiej, że podjęła inicjatywę wydania utworów mojego brata oraz Pani Ewie Wiatr i Panu Dariuszowi Leśnikowskiemu za trud włożony w opracowanie tej publikacji. Bardzo dziękuję firmie Amcor Rentsch Polska za sfinansowanie wydania tej książki.

Paryż, luty 2009 Lucie Cytryn-Bialer

 


PIES – SZMUGLER

Stało się nagle coś tak nieoczekiwanego, że policjant żydowski zdębiał, a żołnierz stracił na chwilę orientację. Kundel z miasta, mając zamiar zwiedzić getto, jednym susem przekroczył graniczne prawo. Najzręczniejszy szmugler nie ryzykowałby życia tak jak ten pies, który nagle zatęsknił do czosnku i cebuli. „Nie, bratku, nie jesteśmy dzisiaj hurtowymi zjadaczami czosnku. Zwiódł cię twój psi węch, u nas krańcowa bieda.” Dzień był wyjątkowo słoneczny, toteż na jezdni za zamiatającym ogonem wzniósł się złoty tuman kurzu i oślepił wściekłego żołnierza, któremu z ust strzeliło ponuro: − Donnerwetter! Żydek, chudy jak tyka, drży z trwogi, lecz postanowił zachować godną postawę służbową.

Żołnierz do niego z groźnym pytaniem: − Dlaczego nie próbowałeś zatrzymać [psa], podczas gdy ja straciłem nagle orientację? Chuda, patyczkowata postać Żyda się wypręża. Odpowiada jąkliwie: − Bo… Bo tak samo straciłem orientację i pies był za szybki w nogach. Żołnierz przerzucił karabin z lewego ramienia na prawe i wgramolił się do swojej budki. Ani herr Żołnierz, ani Żyd nie zauważyli, co pies-szmugler miał w zębiskach. Za to gawiedź, uliczny motłoch dostrzegł cenny kawałek, który poczciwy kundel miał zamiar skonsumować. Po przekroczeniu drutów pies skręcił błyskawicznie w jakąś nędzną uliczkę, gdzie po obu bokach prezentowały swoją wykrzywioną architektokarykaturę małe drewniaki. − Pies z mięsem! – ryknął ktoś z okna i cisnął w kundla kamieniem, który obiwszy się o przeciwległy mur, upadł na ziemię. Chuderlak z garnkiem na tyłku pobiegł w ślad za cennym psem. Mały uczniak, grający na schodku z kolegami w strulki, zerwał się i z kijem w ręku pogalopował za mężczyzną. hojnie obsypany piegami malec uczepił się matczynej chustki i wrzasnął: − Mame! Wszyscy gonią psa, co trzyma w zębach kawał mięsa z kością. Może z pół kilo − hałasował gorączkowo pętak i ciągnął energicznie chustkę.

Część ulicy, mimo bezwładu w nogach, pogoniła z krzykiem za psem, bohatersko broniącym swojego cennego kawałka. Nie spodziewał się biedulek, że trafił w złe miejsce, gdzie na widok żarcia ślepia wyłażą na wierzch i żołądek domaga się jedzenia. Jedno ucho spuścił zrezygnowany, a drugie trzymał w należytej postawie. Zęby zaprzysięgły sobie nie wypuszczać mięsa i bronić go do ostatka. Wkrótce ta ulica i wszystkie okoliczne zaalarmowane zostały sensacyjną wieścią, która mimowolnie poruszyła w niektórych Żydach żyłkę myśliwską. Wieść, podawana błyskawicznie z ust do ust, brzmi tak: „Kundel, biały w czarne łaty, aryjczyk, przeszmuglował się do getta z półkilowym cackiem w pysku.” Na skrzyżowaniu ulic kundel stracił nagle psią orientację. Ze wszystkich stron nadciągały chmary wygłodzonych obywateli. W końcu w psim mózgu zabłysła myśl, która wprawiła go w niesłychaną trwogę. Zdawało mu się, że ów motłoch ma zamiar zarżnąć go bez pardonu. Kawałek wołowiny pachniał okrutnie, a kundlowi kiszki się przewracały od oszałamiającej woni. „Żeby tak móc gdzieś na uboczu spokojnie ten specjał zjeść” – marzył biedny pies. „hm! hm! Dziwne przyszły czasy, kiedy nawet psu kości z mięsem wyjmuje się z pyska. Wstyd! hańba ludziom jako najwyższym i najmądrzejszym istotom!” Zrobił nagły sus w tył i − nie dotykając prawie ziemi − lotnie zmiatał ze swoim psim dobytkiem. Portier z krawieckiego resortu opuścił stanowisko w wiadomym zamiarze. − Co się stało? Co się stało? − Pies z mięsem! Pies z mięsem! – huczała wieść, rozgłośnie podawana przez dziesiątki głodomorów. W końcu biedny kundel znalazł się w środku samego  piekła.

Zbliżał się ku niemu gminny pochód, pragnąc go zatrzymać i wydrzeć mięso z pyska. W ostateczności dał susa w głąb jakiegoś biura tak niespodziewanie, że bladolicy urzędniczyna z piórem w dłoni spadł z krzesła. Pies wyczuwszy pułapkę, usadowił się w kąciku i błyskawicznie wziął się do konsumowania. Motłoch chciał wtargnąć do wnętrza, niestety − czerwony z gniewu urzędnik zatrzasnął drzwi. Jeden z urzędników, odważniejszy, haczykiem odsuwał psu mięso sprzed nosa. Kundel jednym okiem obserwował niecne ruchy zuchwalca i warczał, ostrzegając go. Niestety urzędnik groźby nie rozumiał i powtórzył swój judaszowski manewr. Kundelek cap! go poniżej kolana; zuchwalec posiniał z trwogi i wypuścił haczyk, który upadł z łoskotem. Potem [pies] sprytnie wymknął się przez tylne drzwi na podwórko. Kawał czerwonej wołowiny leżał sobie skromnie w kącie, wydostawszy się z pyska kundla. Urzędnik na chwilę zbladł, [potem] łapczywie chwycił zdobycz i zapakował ją w papier. − Widzisz, pies ci talon w naturze przyniósł. Zgotujesz sobie dziś królewską kolację − winszowali mu z zazdrością współtowarzysze pracy, a szczęśliwy obywatel nie mógł usiedzieć na swoim miejscu. Kundel, zwiesiwszy uszy i podwinąwszy ogon, zrezygnowany biegł powoli ulicą. Po chwili stanął przy drutach i pomyślał: „Opuszczę ten niegościnny kraj, gdzie tyle nieprzyjemności się nałykałem.” Pomyślawszy tak, dał susa przez deskę i [zerkając] żałośnie jednym okiem, pożegnał wstrętną mu krainę nędzy.

 


Wszystkie wpisy Abrama Cytryna  TUTAJ

No comments yet... Be the first to leave a reply!

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d bloggers like this: