• Mathias Döpfner ostrzega, że Niemcy mogą oblać egzamin przed jakim po II wojnie światowej postawiła ich historia
  • Halle kojarzy się dziś nie tylko z rasistowską przemocą, ale i z niewypełnianiem przez państwo jego podstawowego obowiązku, jakim jest ochrona przestrzeni publicznej
  • Wyraźnie brakuje woli nazywania antysemickich ataków po imieniu, a zamiast tego sprawy się ukrywa lub umniejsza, chowając je za eufemizmami, pisze Döpfner
  • Niemieckie elity polityczne i medialne śpią snem sprawiedliwych i śnią sen o poprawności politycznej – czyżby obawiały się, że zostanie zakłócony ich spokój?
  • Nienawiść do Żydów powoli znów staje się społecznie akceptowalna i wielu Żydów zadaje sobie poważne pytanie, czy Niemcy nadal mogą być dla nich bezpiecznym domem

 

Nie można zarzucić Annegret Kramp-Karrenbauer, szefowej rządzącej niemieckiej partii CDU, że nadużywa ostrych słów. To pewne. Uznała atak w Halle za „dzwonek alarmowy” – tyle, że takie dzwonki wydają z siebie budziki z rana. Czy ten kogoś obudzi z głębokiego snu?

W Halle doszło do mniej lub bardziej dokładnej kopii ataku z nowozelandzkiego Christchurch. Radykalny prawicowiec został sfilmowany na żywo, jak wysiada z samochodu z zamiarem wejścia do świątyni (w Christchurch były to dwa meczety, a w Halle synagoga), by strzelać do ludzi bez wyboru, przy użyciu automatycznego karabinu – scena jakby żywcem wzięta z brutalnej gry komputerowej.

W Halle, przed rozpoczęciem swojej morderczej wyprawy w żydowskie święto Jom Kippur, 27-letni Stephan Balliet wypowiedział następujące słowa: „Cześć, nazywam się Anon i myślę, że Holokaust nigdy nie miał miejsca.” A potem: „Źródłem tych wszystkich problemów jest Żyd”.

Ballietowi nie udało się przedrzeć do synagogi. Zamiast tego zastrzelił na ulicy przypadkowo przechodzącą kobietę, a później mężczyznę w budce z kebabami. Kolejne dwie osoby zostały poważnie ranne.

To, że nie było masakry z ponad 50 ofiarami śmiertelnymi, jak ta w Christchurch, było efektem szczęścia, odpowiednich środków bezpieczeństwa podjętych przez społeczność żydowską oraz faktu, że broń zabójcy kilkakrotnie zawiodła.

Nazwa Halle kojarzy się dziś z rozpętaniem rasistowskiej przemocy. Ale też przede wszystkim z niewypełnianiem przez państwo jego głównego obowiązku, jakim jest ochrona przestrzeni publicznej. Dlaczego przed wejściem do synagogi w najważniejsze żydowskie święto nie postawiono funkcjonariuszy policji?

Brak odpowiednich reakcji na ataki

Kramp-Karrenbauer mówi o „dzwonku alarmowym”. Być może jednak zabrzmiał już wcześniej, kiedy 4 października w Berlinie – zaledwie kilka dni przed atakiem w Halle – pewnemu Syryjczykowi udało się pokonać barierę przed synagogą, wykrzyczeć „Fuck Israel” i „Allahu Akbar” i wyciągnąć bojowy nóż. Został aresztowany, ale dzień później go zwolniono. Poza oskarżeniem o zakłócanie porządku publicznego, nie postawiono mu zarzutów o jakiekolwiek inne przestępstwa.

Takie sygnały są dobrze rozumiane. Jako zaproszenie.

Całkowicie nieadekwatne słowa Kramp-Karrenbauer symbolicznie określają kulturę polityczną opanowaną przez eufemizmy. Wyraźnie brakuje woli nazywania rzeczy po imieniu. Zamiast tego rzeczy się ukrywa lub umniejsza. A kiedy niektóre media relacjonują fakty lub pokazują przerażające obrazy, to często nie dyskutuje się potem o rzeczywistych wydarzeniach – zamiast tego ci, którzy opisują rzeczywistość, są krytykowani lub nawet oskarżani o podżeganie.

Niemieckie elity polityczne i medialne śpią snem sprawiedliwych i śnią sen o poprawności politycznej. Czyżby obawiały się, że zostanie zakłócony ich spokój?

W Limburgu, kiedy napastnik z kilkoma wyrokami, taranuje osiem samochodów jadąc skradzioną ciężarówką, raniąc przy tym dziewięć osób i – według naocznych świadków – krzycząc „Allah”, politycy mówią o „szaleńcu działającym samotnie”. A niemieckie publiczne stacje telewizyjne ARD i ZDF początkowo informują o tym tylko na marginesie, a następnie określają to jako „wypadek ciężarówki”.

Kiedy pojawiają się wątpliwości czy piłkarz Bakery Jatta z klubu HSV w Hamburgu nazywa się w rzeczywistości Bakary Daffeh i jest o dwa lata starszy niż sam twierdzi, policja potrzebuje ponad czterech lat, aby to zbadać, a dziennikarze systematycznie przymykają na to oko. Zamiast tego niektórzy krytykują fakt, że w ogóle się o tym mówi, że takie doniesienia podżegają do ksenofobii.

Kiedy człowiek z kilkoma wyrokami morduje człowieka mieczem samurajskim na ulicy w centrum osiedla mieszkaniowego w Stuttgarcie, niemiecka państwowa stacja radiowa Deutschlandfunk postanawia o tym nie informować. Uzasadnienie tej decyzji? Historia ta nie ma znaczenia ani dla Niemiec jako całości, ani dla niemieckiego społeczeństwa.

Kiedy po niesławnej nocy sylwestrowej w Kolonii w 2015 roku Angela Merkel żąda „twardej reakcji ze strony państwa prawa”, zidentyfikowanych zostaje 661 kobiet, które padły ofiarą napaści na tle seksualnym, wniesionych jest 1 304 skargi sądowe i 52 mężczyzn zostaje oskarżonych i ostatecznie tylko trzech z nich zostaje skazanych za przestępstwa na tle seksualnym.

Tolerancja dla antysemickich wybryków

Szczególnie symboliczne znaczenie miało też zaniechanie działań przez polityków po ogłoszeniu wyroku w sprawie Kuwait Airways w listopadzie 2017 roku. Sędziowie uznali, że od kuwejckich linii lotniczych nie można oczekiwać, że zgodzą się przewozić z Frankfurtu pasażerów izraelskich, czyli Żydów, bo takie jest kuwejckie prawo.

Ale być może należało się spodziewać, że rząd niemiecki powie po tej skandalicznej decyzji, że jeśli nie można oczekiwać, by Kuwait Airways zezwalały żydowskim pasażerom na wsiadanie do ich samolotów, to również nie można oczekiwać, by Żydzi w Niemczech zaakceptowali fakt, że Kuwait Airways będą mogły latać z Niemiec choćby o jeden dzień dłużej. W podobnym przypadku Szwajcaria i USA postanowiły odmówić tej linii lotniczej zezwolenia na lądowanie na ich terytorium. W Niemczech politycy woleli odwrócić oczy i tym samym tolerować jawny rasizm.

25 września przy Bramie Brandenburskiej miała się odbyć tak zwana „demonstracja palestyńska”. Mieli na niej wystąpić raperzy Shadi Al-Bourini i Shadi Al-Najjar. Ci dwaj raperzy w swoich piosenkach gloryfikują terrorystów, chwalą w mediach społecznościowych uzbrajanie małych dzieci przeciwko Izraelowi i wzywają do zbombardowania miasta Tel Awiw, spalenia go doszczętnie i wypędzenia mieszkańców z miasta.

Krzyczą na Żydów: „Chcę cię zadeptać własnymi stopami”. Ci raperzy mieli wystąpić przed najsłynniejszym symbolem stolicy Niemiec, w której siedemdziesiąt lat temu zorganizowano „ostateczne rozwiązanie kwestii żydowskiej” – Holokaust, morderstwo sześciu milionów Żydów. Tylko dlatego, że byli Żydami.

Demonstracja dostała pozwolenie na jej przeprowadzenie i odbyła się. Pojawienie się chwalców terroryzmu zostało zablokowane dopiero w ostatniej chwili i tylko z powodu ogromnej presji opinii publicznej. Kiedy kontrdemonstrant rozwinął tam izraelską flagę, policja wyrwała mu ją z rąk.

Porażka otwartego społeczeństwa

To nie są dzwonki alarmowe. To są oznaki systemowej porażki otwartego społeczeństwa. Kraj, w którym prezydent tradycyjnie wysyła do mułłów w Iranie listy z życzeniami. W którym rząd federalny odmawia zakazania organizacji terrorystycznej Hezbollah. Gdzie decyzja parlamentu przeciwko ruchowi BDS (bojkot, nieinwestowanie i sankcje przeciwko Izraelowi) jest krytykowana przez jedno z wiodących niemieckich mediów jako efekt złowieszczego żydowskiego lobbingu. A inne wiodące media argumentują, że ukazuje to wpływ Żydów na media i umieszczają termin antysemityzm w cudzysłowie.

Taki kraj nie powinien być zaskoczony, że nienawiść do Żydów powoli znów staje się społecznie akceptowalna i wielu Żydów zadaje sobie poważne pytanie, czy Niemcy nadal mogą być dla nich bezpiecznym domem.

Rasizm i ksenofobia ponownie się w Niemczech umacniają. Zawsze istniały. Ale decydującym czynnikiem jest to, jak większość ludności i jej demokratycznie wybrani przywódcy radzili sobie z tymi zjawiskami. Nasze obecne postępowanie wydaje się podsycać płomienie nienawiści. A główne powody są następujące:

Po pierwsze: Polityka dotycząca uchodźców, która jest wysoce wątpliwa w państwa rządzonym konstytucją i która nie rozróżnia uchodźców wojennych od ekonomicznych. Oznacza to, że nie można odróżnić ludzi, których egzystencja jest zagrożona (którym musimy pomóc), od ludzi żyjących w niepewnych warunkach ekonomicznych (którym nie możemy bezkrytycznie pomagać).

Po drugie: policja, która jest zbyt mało liczebna i źle wyposażona. Której coraz częściej nie udaje się zapobiegać przestępstwom i ścigać ich. I która nie wywiązuje się z obowiązku ochrony domeny publicznej, przez co ludzie czują, że zostali pozostawieni sami, by radzić sobie ze swoimi problemami.

Po trzecie: przeciążona, a czasami także celowo nieaktywna administracja publiczna i system sądowniczy, które nie rozpoznają wystarczająco szybko przestępców i przestępczych imigrantów. Nie przeprowadza się natychmiastowych deportacji i w żaden sposób nie wykorzystuje się wystarczająco ram prawnych przewidzianych do ścigania przestępstw.

Po czwarte: elita polityczna, która odmawia zmierzenia się z rzeczywistością lub jest od niej oddalona. Która dyskutuje zamiast podejmować działania i często obiecuje o wiele więcej, niż faktycznie dostarcza. I która nie broni podstawowego liberalnego porządku i naszej konstytucji przed importowaną i wdrukowaną nietolerancją. Zamiast tego jest tolerancyjna wobec nietolerancji.

Po piąte: elita mediów, która zbyt często omawia rzeczywistość i objaśnia, zamiast pokazywać sytuację taką, jaka jest. Mediów, które często dają pierwszeństwo postawom nad faktami. I w ten sposób osłabiają swoje najważniejsze zasady: wiarygodność i zaufanie.

Nie wolno milczeć

Milczenie na temat przestępstw popełnianych przez cudzoziemców generuje nieufność, wywołuje teorie spiskowe i ostatecznie powoduje wzrost nienawiści do obcokrajowców.

Jednostronne patrzenie na antysemickie postawy wśród niektórych muzułmańskich imigrantów wzmacnia radykalny prawicowy i lewicowy antysemityzm. Ludzie przestają słuchać, kiedy czują, że dziennikarze i politycy nie widzą i nie mówią o tym, co się naprawdę dzieje. A przecież mają dobre intencje.

Od miesięcy politycy ze wszystkich partii (lub prawie wszystkich, bo Alternatywa dla Niemiec jest tu makabryczną alternatywą) próbują prześcigać się w krzyku: „Nigdy więcej antysemityzmu!”

Po wydarzeniach w Halle Niemcy nie potrzebują już żadnych demonstracji, wyrazów solidarności czy łańcucha świateł. Nie chcemy już słyszeć więcej przemówień, w których wołają ” Nigdy więcej antysemityzmu!”.

Bo antysemityzm już jest wśród nas. Każdego dnia. Tylko w 2018 r. kryminalne statystyki pokazały 1800 antysemickich przestępstw w Niemczech. I większość ludzi przymyka na to oko.

Nie potrzebujemy wspomnieniowych akademii ani politycznych przemówień

Potrzebne jest nam państwo konstytucyjne, które zapewnia rządy prawa, te które już mamy. I potrzebujemy zdecydowanej i suwerennej obrony naszych liberalnych wartości. Potrzebujemy prawdziwie silnej demokracji. Jeżeli Niemcy nie zdołają zapanować nad wyzwaniami, jakie niosą ze sobą stare, ale na nowo rozniecone islamistyczne, lewicowe i prawicowe antysemityzmy, to nie zdadzą egzaminu, przed którym postawiła ich historia. Oczy świata są na nas zwrócone i świat chce wiedzieć, jak bardzo jesteśmy w stanie chronić wolność i w jakim stopniu staliśmy się ludźmi po 1945 roku.

W Niemczech sytuacja się zmienia. I pilnie potrzebujemy mądrego przywództwa, aby wyregulować nasz moralny kompas i przezwyciężyć starą wrogość, nowe sekciarstwo oraz bezmyślną gorącą krew i zimne serce. Możemy czerpać nadzieję u młodszego pokolenia, które jest dzisiaj bardziej zaangażowane politycznie, niż było przez długi czas.

To przede wszystkim ludzie między 15 a 30 rokiem życia stali się aktywni, na przykład w ważnej walce z nieodpowiedzialną polityką klimatyczną i biorą sprawy w swoje ręce. Byłoby jednak miłym gestem, gdyby w ten straszny „dzień zagłady” w Halle, demonstranci z Rebelii Przeciw Zagładzie rozebrali swoje namioty na Potsdamer Platz i udali się zwaartą grupą na czuwanie przed synagogą przy Oranienburger Strasse. Mam nadzieję, że okazja ta została zaprzepaszczona tylko przez przypadek.

Ja w każdym razie nie chcę mieszkać w kraju, w którym ludzie pouczają swoich sąsiadów, bo nie segregują śmieci, ale odwracają wzrok, gdy ich współobywatele są mordowani. Z powodu ich koloru skóry. Albo dlatego, że są Żydami. I wierzę, albo mam nadzieję, że większość Niemców czuje to samo.

Mathias Döpfner jest prezesem i dyrektorem generalnym Axel Springer, współwłaściciela Onetu oraz europejskiej edycji POLITICO.

Ostre slowa