wspomnienia

Przyjaźni dżentelmeni z Gestapo wysyłają szczecińskich Żydów na śmierć

Przyslal Jacek Kobosko

Stacja Szczecin Port Centralny (przed wojną Güterbahnhof). To stąd 13 lutego 1940 r. transport z pomorskimi Żydami wyruszył na Lubelszczyznę (Fot. Cezary Aszkiełowicz / Agencja Gazeta)

Stacja Szczecin Port Centralny (przed wojną Güterbahnhof). To stąd 13 lutego 1940 r. transport z pomorskimi Żydami wyruszył na Lubelszczyznę
Trudno dziś stwierdzić, co stało za tym, że Żydzi pomorscy zostali już w lutym 1940 r. deportowani na odległe tereny okupowane przez III Rzeszę. Wiele wskazuje na to, że Niemcom chodziło o ich mieszkania. Mógł to być też efekt nadgorliwości.

 

„Wieczorem w każdym żydowskim mieszkaniu pojawił się oddział Gestapo i odczytał nam rozkaz, według którego musieliśmy opuścić granice Niemiec w ciągu ośmiu godzin. Przyjaźni niczym dżentelmeni, dali nam możliwość zrealizowania tego postanowienia. Każdy z nas otrzymał pozwolenie na zabranie ze sobą walizki. Zostaliśmy zabrani na dworzec kolejowy, a 13 lutego w południe, opuściliśmy Szczecin kierując się do Polski”.

To relacja dr. Ericha Mosbacha, znanego szczecińskiego lekarza, którego wraz z rodziną w zimową noc z 12 na 13 lutego 1940 r. wyprowadzono z domu i przewieziono na dworzec towarowy.

Kenkarta Wery Mosbach, żony dr. Ericha Mosbacha. Zimą 1940 r. skończyła 38 lat

Kenkarta Wery Mosbach, żony dr. Ericha Mosbacha. Zimą 1940 r. skończyła 38 lat Archiwum Państwowe w Szczecinie

Po kilku godzinach oczekiwania skład złożony z pasażerskich wagonów wyruszył w kierunku Lublina. Zapełnili je niemieccy Żydzi, mieszkańcy Prowincji Pomorskiej III Rzeszy. Było ich 1107, inne dane mówią o 1120 osobach. Wojnę przeżyło zaledwie 19 osób.

Wywózka lojalnych obywateli Żydów

Hannah Arendt pisząc w książce „Eichmann w Jerozolimie” o szczecińskiej deportacji z 1940 r., używa określeń „wprawka” i „eksperyment z zagładą”, dając do zrozumienia, że było to wydarzenie wyjątkowe i przygotowujące zbrodniczą fazę Holocaustu.

Hannah Arendt

Hannah Arendt Commons.wikimedia.org

Wybitna filozofka polityki nie jest ścisła. Przesiedlenia Żydów z obszarów podległych Niemcom miały miejscu już wcześniej. W 1938 r. z III Rzeszy wyrzucono kilka tysięcy Żydów mających polskie obywatelstwo. Jesienią 1939 r. do Niska nad Sanem przywieziono Żydów z Katowic, Ostrawy i Wiednia. Tylko w grudniu 1939 r. do Generalnego Gubernatorstwa przymusowo przesiedlono 87 tys. Żydów i Polaków z Wielkopolski.

Lutową deportację trudno również jednoznacznie wpisać w ścisły plan Zagłady, bo takowego po prostu jeszcze nie było. Za optymalne „rozwiązanie kwestii żydowskiej”, pozwalające na uczynienie Rzeszy miejscem Judenfrei, wolnym od Żydów, naziści wciąż uważali emigrację lub przymusowe wysiedlenie z Niemiec. Wiązało się to jednak z licznymi trudnościami, biurokratycznymi i organizacyjnymi – nie wiedziano ani gdzie ich przesiedlić, ani jak to zrobić.

Czy jest więc w opisywanych wydarzeniach z 1940 roku coś wyjątkowego? Zwrócić warto uwagę na co najmniej dwa aspekty. Żydzi ze Szczecina i innych pomorskich miast byli obywatelami „dawnej” Rzeszy, tej w granicach sprzed 1936 r. i Anszlusu Austrii, więc ich deportacja była czymś bezprecedensowym.

Oto lojalni obywatele państwa niemieckiego, w pełni zasymilowani, żyjący w danej społeczności od dziesiątek, a jeśli uwzględnić długą, sięgającą średniowiecza obecność Żydów na tym obszarze, to od setek lat, zostali potraktowani jak ludzie znikąd, kompletnie pozbawieni praw. Owszem, antysemityzm państwowy, ustawy norymberskie, pogrom, jakim była „noc kryształowa” oraz kolejne obostrzenia prawne, głównie o charakterze ekonomicznym, uczyniły z niemieckich Żydów w ciągu kilku lat obywateli drugiej kategorii, ale wielu z nich wciąż miało poczucie, że władza Hitlera to tylko eksces, moment przejściowy, czas, który należy przeczekać.

10 listopada 1938. Płonie synagoga przy dzisiejszej ul. Dworcowej

10 listopada 1938. Płonie synagoga przy dzisiejszej ul. Dworcowej 

Deportacja była więc dla nich czymś zgoła niespodziewanym, nie stało bowiem za nim żadne uregulowanie prawne czy jakakolwiek próba osadzenia go w ramach istniejącego prawa. Nic jej nie zapowiadało. Był to jednocześnie kolejny krok świadczący, że z Żydami, bez względu na ich przynależność państwową, można zrobić wszystko, choć pewnie niewielu było wówczas w stanie wyobrazić sobie to, co miało nastąpić już wkrótce, a więc zagładę Żydów europejskich.

Precyzyjna instrukcja deportacji

Kolejną sprawą jest kwestia brutalności zastosowanych środków i metod, choć początkowo – w pierwszych godzinach – wydawać się mogło, że zdarzenia nie będą miały jakiegoś szczególnie dramatycznego charakteru.

Cytowany Erich Mosbach pisze przecież, że ludzie wyrzucający go z domu byli „przyjaźni niczym dżentelmeni”. Określały to wydane precyzyjnie rozporządzenia. Znana jest instrukcja dla członków NSDAP uczestniczących w deportacji. Na kilku stronach z biurokratyczną skrupulatnością rozpisano kolejne etapy postępowania. Nakazywano zwrócić uwagę na to, czy w mieszkaniu deportowanych zostały zamknięte drzwi i okna, na pomieszczenia, w którym powinni się oni znajdować, na to czy działa piec i piekarnik, ale też na to, jak powinny być zwinięte koce, które zostaną zabrane przez Żydów. Kwestią istotną był sposób pakowania się przeznaczonej do wywózki rodziny, podobnie, jak właściwie wypełnienie deklaracji aktywów, którymi każdy z deportowanych dysponował. Nakazywano nadzwyczajną staranność w wykonaniu powierzonego zadania.

„Upewnij się – pisano w instrukcji – że arkusz jest wypełniony przejrzystym i czytelnym pismem, jeśli Żyd nie może go wypełnić poprawnie, zrób to za niego. Kwestionariusz jest niepełny bez podpisów twojego i Żyda”.

Kennkarte Emmy Tobias. w 1940 r. miała 11 lat

Kennkarte Emmy Tobias. w 1940 r. miała 11 lat Archiwum Państwowe w Szczecinie

Chodziło o to, aby wszystko odbyło się w ciszy, bez jakiegokolwiek chaosu i zbędnego poruszenia ze strony deportowanych.

Służyło to akcji i jej wykonawcom, ale też zadbano w ten sposób, aby nie zakłócać spokojnego snu szczecińskich mieszczan. Ci dopiero rankiem mieli zauważyć, że wieloletni sąsiedzi zniknęli.

Ich reakcji jednak nie znamy. Wiadomo natomiast, że wyprowadzenie żydowskich rodzin pod osłoną nocy odbyło się bez żadnych komplikacji i bez jakichkolwiek oznak sprzeciwu. O oporze nie można mówić tym bardziej w odniesieniu do pensjonariuszy dwóch domów starców również objętych rozkazem deportacji. To ok. 80 osób, czasem 90-letnich, często niepełnosprawnych. Tych ludzi do punktu zbornego trzeba było w wielu przypadkach dostarczyć na noszach.

Piekło zaczęło się w podróży

Spokój pierwszych godzin deportacji znikł po przewiezieniu na dworzec towarowy [obecna stacja Szczecin Port Centralny – red.]. Zmienił się w strach i niepewność.

Güterbahnhof (Szczecin Port Centralny) na zdjęciu z niemieckich czasów

Güterbahnhof (Szczecin Port Centralny) na zdjęciu z niemieckich czasów Sedina.pl

Noc z 12 na 13 lutego była wyjątkowo mroźna, niektórzy wspominają o temperaturze sięgającej minus 30 stopni. Oczekiwanie na wyjazd przeciągało się, a wagony czwartej klasy, w których ulokowano Żydów, nie były ogrzewane. Za jedyne pożywienie służyły im niewielkie ilości chleba, które otrzymali od strażników. Brakowało wody do picia. Wszystko trwało tak długo, bo deportowano nie tylko szczecinian i przez wiele godzin oczekiwano na przywiezienie Żydów z 27 innym miejscowości prowincji Pomorze.

W końcu pociąg ruszył w kierunku przedwojennej granicy z Polską. Po 24 godzinach dotarł do Piły, gdzie z wagonu wyniesiono ciało zmarłej Ernestine Badenski. Jej mąż, Moritz, nie miał możliwości pożegnania i pochowania żony. Zabroniono mu opuszczenia wagonu.

Kennkarte Ernestine Badenski. Zamarzła 14 lutego 1940 r. w pociągu do Lublina

Kennkarte Ernestine Badenski. Zamarzła 14 lutego 1940 r. w pociągu do Lublina Archiwum Państwowe w Szczecinie

Kolejnym przystankiem był dopiero oddalony o blisko 700 km Lublin. Podróż była koszmarem. Mosbach wspominał: „Ponieważ podczas całej podróży nie było kropli wody przez cztery dni, można sobie tylko wyobrazić nasze położenie. Mieliśmy już pierwszych zmarłych i pierwszych obłąkanych”. Kiedy szczeciński transport dotarł na miejsce, okazało się, że zmarło 71 osób. Iga Gliksztajn, nauczycielka zatrudniona w czasie okupacji w lubelskim Judenracie, zapisała w pamiętniku, że ci, którzy dotarli 16 lutego do Lublina, byli wycieńczeni, a ulicami miasta wkrótce „przeciągnęły wozy z trupami. Spod niedbale zarzuconych płacht i worków sterczały sztywne ręce, nogi i głowy ze szklistymi oczyma”.

Równie dramatycznie brzmią opisy scen rozgrywających się na dworcu. Przyjezdnych wyciągano z wagonów siłą, kopano ich i bito kolbami, w końcu zapędzono czwórkami do okrytego złą sławą obozu przy ulicy Lipowej 7, gdzie mieli oczekiwać na podjęcie decyzji odnośnie ich dalszego losu.

Wielu z przybyłych było chorych i wymagało hospitalizacji, liczne były odmrożenia rąk i nóg. Przerażenie budziło otoczenie, w jakim znaleźli się pomorscy Żydzi: drewniane baraki, nagminna przemoc, kompletna obcość cywilizacyjna, dająca o sobie znać również w kontakcie z wcześniej osadzonymi w lubelskim obozie. Stosunki obu grup nie były dobre i chyba nie mogły być inne, bo światy polskich i niemieckich Żydów różniły się najczęściej diametralnie. Z jednej strony mieszczaństwo w pełni zasymilowane do kultury niemieckiej, z drugiej zaś z reguły biedny świat mieszkańców małych miasteczek, gdzie żydowskość miała tradycyjny wschodnioeuropejski rys. Nieporozumienia pogłębiało jeszcze to, że część przybyłych z Pomorza szukała porozumienia z Niemcami, starając się np. o zatrudnienie w administracji obozowej. Ich przewagą był język niemiecki i coś, co Iga Gliksztajn określiła mianem pokrewieństwa „obejścia i manier”.

Zanim powstały getta

Próby aklimatyzacji były w zasadzie bezskuteczne. W Lublinie pozostało zaledwie kilka osób, natomiast większość pomorskich Żydów wkrótce po przybyciu do Generalnego Gubernatorstwa została rozlokowana w kilku pobliskich miejscowościach. Największa ich liczba trafiła do Piask (525 osób), Bełżyc (245) i Głuska (68), kilka osób znalazło się w Bychawie i Sawinie.

Kennkarte Anny Lubschutz wydana dzień przed wywózką. Trafiła do getta w Piaskach z dwa lata młodszą siostrą Hildegardą

Kennkarte Anny Lubschutz wydana dzień przed wywózką. Trafiła do getta w Piaskach z dwa lata młodszą siostrą Hildegardą Archiwum Państwowe w Szczecinie

Konieczność przemieszczenie się do odległych o 20-30 km miejscowości była dla wielu potwornym doświadczeniem. Ponownie dała o sobie znać zima i brak odpowiednich ubrań. Wedle dramatycznych statystyk z połowy marca 1940 r., w ciągu miesiąca zmarło aż 230 osób spośród tych, którzy przybyli szczecińskim transportem. Swoje żniwo zbierały choroby, starość, ale też liczne samobójstwa. Klara Silberman w liście wysłanym z Beżyc pisała: „Unosimy się w powietrzu. (…) Musi się wydarzyć coś pozytywnego, jest nie do pomyślenia, aby zginęło tutaj 1000 osób”. Nic takiego jednak się nie wydarzyło.

We wspomnianych miejscowościach przesiedleni nie byli początkowo zamykani w gettach czy obozach. Dokwaterowano ich do domów zamieszkiwanych przez miejscowych Żydów, część zamieszkała w stodołach i szopach. Stłoczeni niekiedy po kilkanaście osób w jednej izbie przybysze najczęściej jednak narzekali na makabryczne warunki sanitarne.

Pewną nadzieję na to, że ich los nie jest przesądzony, dawała działalność Zrzeszenia Żydowskiego w Niemczech, legalnej organizacji reprezentującej społeczność żydowską, za sprawą której do deportowanych docierała odzież, paczki, listy. Ona również reprezentowała interesy deportowanych na terenie Niemiec. Wsparcia pomorskim Żydom udzielały też inne organizacje międzynarodowe, co było możliwe przede wszystkim dlatego, że deportacja i jej brutalna forma opisywane były na łamach prasy szwajcarskiej, szwedzkiej i duńskiej, prowadząc do niemałego skandalu. To był wciąż jeszcze czas, kiedy naziści starali się zachowywać pozory praworządności.

Bestialstwo nie do opisania

Nadzieja zniknęła jednak po kilku miesiącach wraz z zainicjowaniem w Generalnym Gubernatorstwie procesu gettoizacji, odseparowania Żydów od otoczenia i zamknięcia ich na stosunkowo niewielkiej przestrzeni w miastach i miasteczkach.

Getto w Lublinie

Getto w Lublinie Archiwum

Pojawił się permanentny głód, tyfus i ciągły strach przed śmiercią, która nadejść mogła w każdej chwili. Erich Mosbach wspominał bełżyckie getto: „Nawet Dante nie byłby w stanie opisać wszystkiego, o czym możemy zaświadczyć. Żadna wyobraźnia nie może sprostać temu, co wydarzyło się naprawdę. Ci ludzie czerpali przyjemność z torturowania swoich ofiar w bestialski sposób, a metody tak wymyślano, aby mordowanie przedłużyć o wiele godzin”. Do początku kwietnia 1942 r., a więc początku Akcji „Reinhardt”, oznaczającej eksterminację Żydów z Generalnego Gubernatorstwa, w dystrykcie lubelskim zmarło 329 osób deportowanych w lutym 1940 r. ze Szczecina. Pozostali, z wyjątkiem kilkunastu osób, które szczęśliwie przeżyły, trafiła do obozów śmierci, przede wszystkim w Sobiborze i Bełżcu. W ten sposób nastąpiła kulminacja procesu, który – jak pisał wybitny badacz Zagłady Raul Hilberg – „stanowił efekt wewnętrznej logiki niezauważalnej nawet dla samych sprawców, logiki pierwotnej, istniejącej poza racjonalnością i irracjonalnością”.

Gauleiter prowincji był nadgorliwy?

Trudno dziś jednoznacznie stwierdzić, co stało za tym, że Żydzi pomorscy zostali już w lutym 1940 r. deportowani na odległe tereny okupowane przez III Rzeszę.

Istnieje wypowiedź Reinharda Heydricha, kierującego Głównym Urzędem Bezpieczeństwa Rzeszy, wedle której ich domy były „pilnie potrzebne z przyczyn wojenno-ekonomicznych”. Chodzić w tym przypadku miało o zwolnienie kwater dla przybywających do Szczecina chętnych do pracy w stoczni Vulkan i polickiej fabryce benzyny syntetycznej. W innym dokumencie pisze się o zwolnieniu mieszkań dla Niemców powracających do ojczyzny z krajów nadbałtyckich.

Być może, co sugerowano, za deportacją stała szczególna gorliwość Franza Schwede-Coburga, gauleitera Prowincji Pomorskiej, chcącego pokazać, że obszar przez niego zarządzany stać się może w niedługim czasie pierwszym w Niemczech miejscem wolnym od Żydów.

Precyzyjne określenie przyczyn i motywów akcji z 1940 r. jest jeszcze przed nami. Tak czy tak, zimowa deportacja przyczyniła się do niemal całkowitego zniknięcia Żydów z Prowincji Pomorze. Według danych z listopada 1942 r. żyło ich tutaj zaledwie 179, w tym 79 w Szczecinie. Większość z nich została potem zamordowana.

Tablica upamiętniająca wywózkę szczecińskich Żydów z 13 lutego 1940 r. w miejscu, gdzie przed nocą kryształową stała synagoga (przy ul. Dworcowej)

Tablica upamiętniająca wywózkę szczecińskich Żydów z 13 lutego 1940 r. w miejscu, gdzie przed nocą kryształową stała synagoga (przy ul. Dworcowej) Fot. sim

Deportacja nie była, wbrew temu co pisała Hannah Arendt, „wprawką” do Zagłady. To zbytnie uproszczenie w świetle dzisiejszej wiedzy. Pomorscy Żydzi stali się częścią zbrodniczego planu „ostatecznego rozwiązania” dopiero kilkanaście miesięcy później, kiedy z całą skrupulatnością zaczęto go wdrażać. Przez wzgląd na słabo rozpoznane intencje wykonawców, wydarzenie z roku 1940 zdawać się może nawet czymś przypadkowym, jeszcze jedną z obłędnych prób pozbycia się przez nazistów kłopotu, jakim byli w ich ocenie Żydzi.

Deportowanych nie chciano wówczas jeszcze mordować. Mieli po prostu zniknąć, wywiezieni setki kilometrów na wschód od granic Rzeszy. Nikogo nie interesowało, co się z nimi stanie.

Widać to na przykładzie „próżni”, w jakiej tkwić będą w pierwszych miesiącach po przywiezieniu na Lubelszczyznę – „unoszą się w powietrzu”. Jednocześnie nie przejmowano się tym, że dziesiątkami, setkami umierali podczas podróży i już na miejscu deportacji. To było wkalkulowane w akcję. W naturalny sposób – tak można to było tłumaczyć – znikał problem.

Właśnie mija 80 lat

Dzisiejsi szczecinianie mają niewielką wiedzę o wydarzeniach z lutego 1940 r., pomimo że jest ono dorocznie przypominane [za kilka dni przypada ich 80. rocznica – red.]. Sprawy miałyby się dużo gorzej, gdyby nie upublicznienie kenkart Żydów znajdujących się w zbiorach Archiwum Państwowego w Szczecinie. W dużej części należały one do deportowanych owej zimowej nocy. Dzięki nim poznaliśmy twarze, podstawowe dane, charakter pisma, odciski palców dawnych mieszkańców miasta. Przestali być anonimowi.

Kenkarta Maxa Israela Hofmmana wywiezionego w transporcie pomorskich Żydów do Lublina w lutym 1940 r.

Kenkarta Maxa Israela Hofmmana wywiezionego w transporcie pomorskich Żydów do Lublina w lutym 1940 r. Archiwum Państwowe w Szczecinie

Jak Max Israel Hofmman, syn Siegfrieda i Friedy, kupiec urodzony w Szczecinie w 1881 r., którego los dopełnił się w getcie w Bełżycach i jednym z pobliskich obozów śmierci. Był to los podobny do ponad tysiąca innych ludzi, którzy, chcemy tego czy nie, przynależą do szczecińskiej historii.

Warto o tym pamiętać, szczególnie teraz, kiedy toczy się dyskusja o tym, czy w Szczecinie ofiary niemieckiego reżimu z lat 1933–1945 powinny być upamiętniane w formie Stolpersteinów (Kamieni Pamięci).

Eryk Krasucki na spotkaniu autorskim na temat jego książki 'Historia kreci drejdlem...' w ProMediach

Eryk Krasucki na spotkaniu autorskim na temat jego książki 'Historia kreci drejdlem…' w ProMediach Fot. Cezary Aszkiełowicz / Agencja Gazeta

*Eryk Krasucki – dr hab., historyk, pracuje w Instytucie Historycznym US, autor książki „Historia kręci drejdlem. Z dziejów (nie tylko) szczecińskich Żydów” (Łódź 2018)


https://szczecin.wyborcza.pl/szczecin/7,150424,25673585,przyjazni-dzentelmeni-z-gestapo-wysylaja-szczecinskich-zydow.html#S.zajawka_magazynowa-K.C-B.1-L.1.maly

 

Kategorie: wspomnienia

1 odpowiedź »

  1. Kraje zachodnie wiedziały o deportacji i protestowały. Gdy dwa lata później mordowano ludzi w gettach i wywożono do obozów śmierci, te same kraje , a także inne milczały. Oswoily się z Zagłada żydów? W ludziach drzemie bestialstwo, w zwykłych ludziach. Wystarczy stworzyć warunki do ujawnienia się go. Tylko Izrael jest gwarancją bezpieczenstwa żydów.

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

%d bloggers like this: