Podczas gdy w Izraelu szaleje epidemia koronawirusa (ponad tysiąc przypadków, jak dotąd jedna ofiara śmiertelna), system polityczny kraju znalazł się za sprawa premiera Netanjahu i jego popleczników w najgłębszym kryzysie od czasu powstania państwa

Rozpatrując skargę opozycyjnej partii Niebiesko-Białych, Sąd Najwyższy Izraela nakazał w poniedziałek przewodniczącemu Knesetu Yuli’emu Edelsteinowi (z partii Likud premiera Benjamina Netanjahu), by do środy umożliwił głosowanie nad wyborem swego następcy. Minister sprawiedliwości Amir Ohana wezwał Edelsteina, by nie podporządkował się orzeczeniu Sądu. System polityczny Izraela znalazł się w głębokim kryzysie.

Flaga izraelska to, jak każdy wie, dwa niebieskie pasy i niebieska gwiazda Dawida na białym tle. Ale podczas czwartkowej demonstracji protestacyjnej pod Knesetem w Jerozolimie demonstranci wymachiwali czarnymi flagami z białymi pasami i gwiazdą.

Żałobnymi flagami opłakującymi zapowiadaną przez nich śmierć izraelskiej demokracji.

Izrael podzielony jak nigdy

Mimo, że trzecie w ciągu 12 miesięcy wybory niedawno się zakończyły, a w niedzielę 15 marca prezydent Reuven Rivlin powierzył misję utworzenia nowego rządu Benny Ganzowi, przywódcy opozycyjnego sojuszu Niebiesko-Białych, to przewodniczący Knesetu Yuli Edelstein odmówił zwołania posiedzenia parlamentu, zamykając Kneset na dwa tygodnie. Decyzja ta oburzyła przeciwników obecnego premiera, przywódcy Likudu Benjamina Netanjahu; stąd ich demonstracja.

Ale na placu przed Knesetem było ich może kilkunastu; większość nie wysiadała z samochodów, by nie naruszać rządowego rozporządzenia o zakazie zgromadzeń więcej niż dziesięciu osób, podjętego w związku z szerzącą się epidemią koronawirusa. Wprawdzie rozporządzenie uznaje udział w demonstracji politycznej za jeden z nielicznych powodów, dla których wolno opuszczać dom – jesteśmy w końcu w Izraelu, rozpolitykowanym i podzielonym jak nigdy – ale nawet i tu obowiązuje dziesięcioosobowy limit.

Za to sznur aut demonstrantów ciągnął się od budynku parlamentu głęboko w serce wyludnionej stolicy.

Edelstein, podobnie jak Rivlin – z Likudu, decyzje swą argumentował najpierw koniecznością dostosowania się przez Kneset do rządowego rozporządzenia, a następnie już wprost obawą, że Kneset, jeśli się zbierze, wybierze kogoś innego na przewodniczącego.

Politykowi Likudu chodzi o to, że jeśli jego następca nie będzie z Likudu, ale następny rząd utworzy jednak znów Likud ze swymi sojusznikami i koalicjantami, to rządzenie nie będzie możliwe, bo przewodniczący – w izraelskim systemie parlamentarnym ma znaczną władzę – będzie utrącał rządowe inicjatywy ustawodawcze.

Nie jest to całkiem absurdalny scenariusz, bowiem minimalna większość 61 posłów, która poparła Ganza na premiera, zjednoczona jest tylko przez wspólne odrzucenie możliwości dalszego sprawowania władzy przez Netanjahu, oficjalnie postawionego w stan oskarżenia w trzech odrębnych procesach o korupcję, oszustwa i nadużycie władzy.

Cel Netanjahu? Nie iść do więzienia

Proces Netanjahu miał się rozpocząć we wtorek, ale decyzją ministra sprawiedliwości w jego rządzie wszystkie procesy zostały z powodu epidemii odroczone. Popierająca Ganza koalicja – centro-prawicowi Niebiesko-Biali, zdziesiątkowana lewica, bojowo świecka prawica Avigdora Liebermana, oraz blok arabski – uzgodniła parlamentarna strategię: najpierw wybór nowego przewodniczącego, potem przegłosowanie ustawy zabraniającej osobom oskarżonym pełnienia funkcji premiera (która inaczej Edelstein mógłby zablokować).

A potem, jak się uda, utworzenie rządu.

Jak się uda – bo musiałby to być rząd mniejszościowy, z zewnętrznym poparciem arabskiego bloku, w skład którego wchodzą komuniści, islamiści, demokraci i nie uznający Izraela jako państwa żydowskiego radykalni nacjonaliści, z których niektórzy aprobowali terroryzm.

Wejście z nimi w pełną koalicję byłoby nie do przyjęcia i dla Liebermana, i dla dwóch posłów Niebiesko-Białych, i nawet jednej posłanki lewicy. Arabowie nigdy zresztą nie uczestniczyli w żadnej izraelskiej koalicji rządowej (choć popierali z zewnątrz mniejszościowy rząd Rabina) i sami nie kwapią się do wzięcia współodpowiedzialności za państwo, z którego polityką, a być może wręcz samym istnieniem, w sposób zasadniczy się nie zgadzają.

Ale jeśli uda się przepchnąć ustawę blokującą Netanjahu, to wówczas powstałaby możliwość utworzenia rządu jedności narodowej Likudu pod innym kierownictwem, Niebiesko-Białych i Liebermana; izraelska opinia od dawna się opowiada za takim rozwiązaniem.

Ale byłoby ono katastrofą dla samego premiera, którego nic już wówczas nie chroniłoby przed odpowiedzialnością karną, i zapewne odsiadką.

W Izraelu władza nie chroni przed odpowiedzialnością: były premier Ehud Olmert odsiedział wyrok za korupcję – zrzekł się przed procesem, jak tego żądał ówczesny przywódca opozycji, Benjamin Netanjahu, stanowiska szefa rządu. Premiera Ariela Szarona tylko śmiertelna choroba ochroniła przed procesem o korupcję, prezydent Mosze Kacaw odsiedział wyrok za gwałt.

Panika służy władzy

Dowody zgromadzone przeciw Netanjahu przez niezależnego prokuratora generalnego, Mordechaja Mandelblita – skądinąd mianowanego na to stanowisko przez Netanjahu – są miażdżące, choć szef rządu je zbywa jako efekt spisku lewicowych mediów i sędziowskiej kasty, oderwanej od narodu. Dlatego jak niepodległości broni swego fotela, teraz dodatkowo posługując się zagrożeniem wirusowym na dowód nieodpowiedzialności prób zastąpienia go na stanowisku.

„Pracuję dla państwa” –oznajmił w sobotnim orędziu. „Stoję u steru, nawigując między górami lodowymi. A za mną są już inne państwa – Titaniki”.

Słowem tylko on uratować może naród przed katastrofą. Pomysł ustawy pozbawiającej go, jako oskarżonego, prawa do „stania przy sterze”, odrzucił jako zamach na demokrację. „Chcieliby mieć luksusowe wybory, w których nikt nie może rywalizować z Benny Ganzem. Takie rzeczy to tylko w Iranie!” – rzucił. Broni więc nie tylko państwa, ale i demokracji.

Ale zarazem tym, którzy państwu i demokracji tak bardzo jakoby zagrażają, oferuje podział łupów. Zaoferował Ganzowi rząd jedności narodowej nie po uchwaleniu krytycznej ustawy, ale zamiast niej, z Netanjahu jako premierem przez pierwszych 18 miesięcy, a potem przez kolejnych 18 premierem byłby Ganz.

Niebiesko-Biali dostaliby też resorty spraw zagranicznych i obrony; Likud z sojusznikami zachowaliby finanse i skarb. Co do kluczowego dla sytuacji premiera fotela ministra sprawiedliwości możliwy byłby kandydat zaaprobowany wspólnie, albo minister z jednej opcji, wiceminister z drugiej, zobowiązani do zgodnego działania.

Ganz się waha. Wprawdzie w kampanii wyborczej zarzekał się, że nigdy nie zgodzi się na udział w rządzie Netanjahu – ale zapewniał też, w nadziei na przyciągnięcie głosów prawicy, że nie zgodzi się na rząd z poparciem arabskiego bloku, do którego utworzenia teraz dąży. Umizgi do prawicy nic mu nie dały, i Niebiesko-Biali stracili głosy, miast je zyskać – a jeśli rząd nie powstanie, grożą czwarte wybory, w których zmęczeni Izraelczycy mogliby poprzeć Netanjahu, żeby wreszcie z tym wszystkim skończyć.

Panika związana z epidemią służy tym, którzy sprawują władzę, argument, że odmowa Ganza utworzenia w takiej sytuacji rządu jedności narodowej dowodzi jego nieodpowiedzialności byłby nośny, a Niebiesko-Biała koalicja mogłaby się rozpaść. Ale rozpaść się może i tak, bo pozostali członkowie kierującego nią triumwiratu, są poparciu dla rządu Netanjahu nadal kategorycznie przeciwni, i Ganz mógłby do takiej koalicji wnieść niewiele ponad połowę swych obecnych posłów. Wreszcie połowa izraelskiego elektoratu jest wszelkim ugodom z Netanjahu kategorycznie przeciwna.

Internetowy wiec w obronie demokracji

W sobotę bezprecedensowe sześćset tysięcy internautów oglądało na żywo w internecie wirtualny wiec w obronie zagrożonej demokracji; 65 tysięcy potwierdziło na FB swoją obecność. Głównym jednak adresatem internetowych wystąpień tak znaczących postaci, jak były szef wewnętrznej służby bezpieczeństwa Szin Bet Yuval Diskin, były szef Mosadu Efraim Halevy, czy były wiceprzewodniczący Sądu Najwyższego Elyakim Rubinstein był nie premier, lecz kandydat na jego następcę, Benny Ganz.

Wszyscy zgodnie stwierdzali, że dalsze rządy Netanjahu stanowią śmiertelne zagrożenie dla izraelskiej demokracji. „Ganz i jego przyjaciele biegną, by wraz z Netanjahu utworzyć kryzysowy rząd jedności narodowej” – ocenił Diskin. I dodał: „To wstyd, a nawet hańba. Ja i inni, którzy głosowaliśmy na Niebiesko-Białych jako na mniejsze zło, ze smutkiem stwierdzamy, że dokonaliśmy naprawdę złego wyboru”.

Zaś sędzia Rubinstein przypomniał, że „ataki [premiera] na władzę sądownicza podważają odporność demokracji”.

Na przeszkodzie utworzenia rządu jedności narodowej, z Netanjahu lub bez niego, może też stanąć fakt, że wówczas arabski blok stałby się największym w Knesecie ugrupowanie koalicyjnym i – na mocy prawa – jego lider, jako przywódca opozycji, otrzymywałby briefingi obronne i bezpieczeństwa.

To w izraelskiej sytuacji trudno wyobrażalne, i jeden z posłów prawicy zaproponował ustawę, która przyznawałaby uprawnienia przywódcy opozycji jedynie ugrupowaniu, które ma w Knesecie 15% głosów albo więcej; blok arabski ma ich 12,5.

Tymczasem jednak prawica nie ma dość głosów, żeby to przepchnąć, koalicja wokół Ganza nie może, jeśli liczy na poparcie bloku – a poza tym najpierw przewodniczący Edelstein musi zezwolić na zwołanie Knesetu. Co więcej, Likud zapowiedział, że odwołania Edelsteina oznacza fiasko rządu jedności narodowej.

Izrael czekają zapewne kolejne wybory

Wiele miało się rozstrzygnąć w niedzielę, gdy Sąd Najwyższy rozpatrzył wniosek Niebiesko-Białych o nakazanie Edelsteinowi zwołania parlamentu. Wcześniej, w dramatycznym apelu, by sabotować demokracji, zwrócił się o to do niego prezydent Rivlin. Argument z koronawirusa został szybko obalony: wskazywano, że tylko dwa parlamenty krajów demokratycznych się zawiesiły, kanadyjski i rumuński, a i to własną decyzją.

Co więcej, jak przypomniał nieoceniony Mandelblit, parlament jest władzą równorzędną z wykonawczą, i nie podlega jej rozporządzeniom. Radca prawny Knesetu poparł jednak twierdzenie Edelsteina, że wybór przewodniczącego, gdy nieznana jest koalicja rządowa, może sparaliżować rządzenie.

Sąd Najwyższy jednak orzeczenia w niedzielę nie wydał, więc w poniedziałek zebrały się jedynie te komisje parlamentarne, w grupach do 10 posłów na raz, które mają obradować nad przeciwdziałaniem epidemii. Jako zaś, że w sytuacji instytucjonalnego kryzysu i wyłonienie, i funkcjonowanie jakiejkolwiek koalicji wydaje się niemożliwe, kraj czekać będą zapewne czwarte przyspieszone wybory.

Pewne jest natomiast, że nie odbędą się one szybko; głosowanie nie jest możliwe, póki szaleje epidemia. Jej bieg zmieni zaś wszystkie dotychczasowe pewniki, także i polityczne, i rząd będzie oceniany wyłącznie w oparciu o to, jak sobie z koronawirusem poradził. Nie wydaje się, by jakikolwiek rząd na świecie mógł, w oparciu o swe dotychczasowe w tej materii osiągnięcia, liczyć na reelekcję. Chyba, że izraelscy wyborcy uznają że liczy się jedynie zebrane podczas walki z epidemią doświadczenie – i wówczas to Likud okazać się może mniejszym złem.


Netanjahu w sojuszu z koronawirusem trzyma się władzy. I może mu się udać ją zachować