Trzej Tadziowie

Marian Marzynski.

 


Najwcześniej pojawił się Tadeusz Proć. Byłem dziewiętnastoletnim, początkującym reporterem, gdy poznaliśmy się w redakcji radiowej „Na warszawskiej Fali”. Starszy o 9 lat Tadeusz, słynny „załatwiacz” – od cielęciny do talonu na samochód, uwodziciel co najmniej dwóch generacji kobiet, który z całą warszawską bohemą był na ty, zabrał mnie którejś nocy (1958?) – do piwnicy w „Bristolu”, gdzie „Melomani” grali zakazany jazz i tam przedstawiał  starszym ode mnie pięknościom, z których kilka uczyło mnie później seksu.

Tadek Proć był współautorem naszego odkrycia „humoru z zeszytów szkolnych” w „Przekroju”, towarzyszem podróży po Europie moim przywiezionym z Maroka  zdezelowanym francuskim policyjnym „Citroenem BL11”, współproducentem nowego typu dziennika telewizyjnego, który — odrzucony przez państwową telewizję — pojawił się na ekranie dopiero 30 lat później — w prywatnej TVN24.

Ale ponad wszystko był mi starszym bratem, który zafascynowany moją  polsko-żydowską tożsamością, uczył mnie swojej — polskiej.  Moja emigracja marcowa w 1969 roku była dla niego wielkim ciosem, ale przyjaźń nasza przetrwała do jego śmierci w roku 2011.  Pochowano go na cmentarzu dla niewidomych w Laskach, gdzie spoczywa jego siostra i jej mąż, premier Tadeusz Mazowiecki, którego poznałem w latach 60., gdy pokazywał nam jak wezwany do napraw elektryk odkrył urządzenia podsłuchowe w ścianach nowo „przydzielonego” Mazowieckim mieszkania  na Marszałkowskiej.

Inny Tadzio to Tadeusz Rolke, starszy o 6 lat, opętany obiektywem fotograficznym,  od najmłodszych lat — antykomunista.  Inne były nasze doświadczenia życiowe:  on, syn przedwojennego wysokiego urzędnika warszawskiego ratusza, ja,  syn lewicowego Żyda — ateisty, zabitego przez polskie podziemie — po ucieczce z getta warszawskiego.  Gdy mnie, siedmioletniego, w podwarszawskim sierocińcu zakonnym, czerwonoarmiejcy odbijali Niemcom, on, trzynastolatek, patrząc na sowieckie czołgi, wiedział już, że zanosi się na nową okupację. Po nieudanej ucieczce za granicę wrócił i zaadaptował się. Obaj byliśmy właścicielami niespotykanych na ulicach Warszawy włoskich skuterów „Lambretta”, którymi dziewczyny woziliśmy „na amazonkę”.

W 1965 roku Tadeusz zrobił dwa tysiące klatek fotograficznej  opowieści  o amerykańskiej ekipie filmowej kręcącej wojenny dramat  (”Noc generałów”)  na ulicach Warszawy, te klatki  fotograficzne „uruchomiłem”  montażem filmowym, w  moim dokumencie »Kino«. Dwa lata później Rolke  zrobił nam serię zdjęć z  naszym nowo urodzonym Bartkiem. Potem wyemigrowaliśmy: my do Danii, on do Niemiec.  Przerwana na 30 lat przyjaźń odnowiła się w nowej Polsce, do której ja przyjechałem, żeby zrobić film  dla amerykańskiej telewizji.  On był tu już na stale.

Spędziliśmy wiele dni porównując notatki z  lat niewidzenia.  Wtedy Tadeusz opowiedział mi o pewnym zdjęciu, którego nie zrobił, bo nie miał wtedy jeszcze aparatu fotograficznego.  Jako 11-letni chłopiec zobaczył przy nasypie kolejowym, martwe ciało młodej Żydówki, która wyskoczyła z pociągu do Treblinki. Ukryty za drzewem,  podglądał miejscowych chłopów, którzy debatowali co  zrobić z tym ciałem,  aż w końcu ponieśli je w worku w kierunku wsi. Ten obraz otworzył mu oczy na Holocaust. Po powrocie do Polski znalazł nową pasję fotograficzną:  niszczejącą kulturę materialną polskich Żydów.

Dobiegający dziś dziewięćdziesiątki Tadek, chwalony, wystawiany, publikowany, mistrz i przyjaciel fotografów nowej generacji, przeżywa swoją nową wiosnę, a ja z nim.  Za każdym moim przyjazdem do Polski, pukam do okna jego kawalerki na Madalińskiego, a potem idziemy coś zjeść w wietnamskiej restauracji od frontu.

Tadeusza  Sobolewskiego nie znałem przed wyjazdem z Polski, ale on, osiemnastolatek, wraz ze swoim  ojcem, oglądali w telewizorze moje „Turnieje Miast”. Wtedy nie wiedziałem jeszcze, że jego ojciec Eweryt Sobolewski, spędził  wojnę w tym samym co mój ojczym Daniel Marzynski, oflagu niemieckim dla polskich oficerów, gdzie były osobne baraki dla Polaków i  Żydów.  Przestrzegający  konwencji genewskiej  Niemcy traktowali obu jednakowo, a gdy między barakami dochodziło do incydentów antysemickich,  rozstrzygał je polski honorowy sąd oficerski. Skończyła się wojna i obaj nasi ojcowie — inżynierowie budowlani,  odbudowywali Warszawę.

30 lat później spotkaliśmy się w Polsce,  ja — bohater artykułu Marcina Giżyckiego o moim „wsiąkaniu w Amerykę”, Tadeusz Sobolewski — redaktor miesięcznika „Kino”, w którym ten artykuł miał się ukazać. Spędziliśmy kilka godzin w kawiarni „Świtezianka”, na moim nostalgicznym MDM-ie, który budowano pod kierunkiem inżyniera Daniela Marzyńskiego.

Z okien kawiarni widziałem plac Konstytucji, który w lecie 1952 roku był  przez całą noc sprzątany — zanim rano pojawi się prezydent Bierut i przetnie wstęgę. O czwartej rano do sprzątania dołączyliśmy my: rodzice i ja. W „Świteziance” znalazłem w Tadeuszu redaktora zarażonego filmową dramaturgią;  cięliśmy ten wywiad-rzekę  niemiłosiernie, nie tylko, żeby pomieścić go na rozkładówce „Kina”, ale również, żeby dodać mu energii i potoczystości.  Tadeusz był pierwszym recenzentem  filmu „Sztetl”, a potem autorem kilka wywiadów ze mną dla „Gazety Wyborczej”. Minęło kolejnych 20 lat. Ukazała się książką Tadeusza Sobolewskiego: „Dziennik. Jeszcze jedno zdanie” (WAB 2019).

Chłonąc ten pamiętnik, zastanawiam się: jaka jest tajemnica ludzkiej przyjaźni? Wspólne spędzanie czasu, czy może, coś, co mimo krótkotrwałej znajomości, tkwi gdzieś pod spodem? Jakieś wspólne odczuwanie siebie i otaczającej nas rzeczywistości? Moim pierwszym dużym reportażem radiowym była opowieść pod nazwą „Noc w Warszawie” o tym, co, gdy kładziemy się spać, dzieje się w mieście. Postanowiłem zacząć od sypialni rodziców: postawiłem na ich nocnym stoliku mikrofon.   Matka: Daneczku, chodź do  łóżka, już tak późno. Cisza.  Daneczku, chodź do łóżka, bo tak późno! Cisza. Daneczku, chodź do łóżka, już tak późno! Cisza.  Daneczku?  Nie idziesz? To nie, mam kłopot. 

Na stronie 594 pamiętnika Tadeusza Sobolewskiego, znajduję taki dialog:  Tadeusz, wieczorem, z łóżka, do żony Ani:  Dobrze, że jesteś.  Ania: Jeżeli taki ma być wniosek, zniosę wszelką krytykę. Tadeusz:  Tylko tyle? Chodź, bo już gaszę. Ania:  Jeszcze jedno zdanie.

W tym zapisie życia polskiej rodziny z końca stulecia (1982 – 2000), dokumentalna podróż  w czasie i przestrzeni, zamienia się w powieściową  podroż do własnego ja.  Bohater — Tadeusz jest przyjacielem, którego  nie znałem.  Bo  jak to się stało, że w 1996 roku szukając starego warszawskiego podwórka do opowiedzenia w moim filmie „Sztetl”, o tym, jak po ucieczce z getta matka w desperacji pozostawiła mnie tam samego, licząc na przygodnych ludzi, którzy się mną zaopiekują — ze wszystkich możliwych podwórek, wybrałem przypadkowo to, w którym w czasie wojny, przed urodzeniem Tadeusza, mieszkała rodzina Sobolewskich? A gdy przed likwidacją getta, uciekła na stronę aryjską młoda Żydówka, która po wojnie urodziła Anię, przyszłą żonę Tadeusza? Jego małżeństwo było odwrotką mojego: Grażyna spędziła wojnę na -radomskiej wsi, a po wojnie dojrzewała w świecie antysemitów. Sobolewscy i Marzyńscy doświadczali Polski, która raz ich  tuliła jak matka, a raz była im macochą.

W „Dzienniku” mierzona jest temperatura pięknej miłości małżeńskiej i tej drugiej, miłości do dzieci: Justyna pójdzie w pisarskie ślady rodziców, Cela urodzi się z syndromem Downa, otwierając przed Anią i Tadeuszem nową tajemnicę życia.  Ale jest jeszcze drugi filmowy plan: po stronie Tadeusza ojciec, z którym nie rozmawia* i  niedowartościowana matka po stronie Ani jej ociemniała, żądna sławy matka — poetka.

*  Mama prasuje. Żelazko syczy. I naraz ojciec zaczyna syczeć, wrzeszczeć. W takich  cholerycznych atakach przypomina  azjatyckiego demona, na ugiętych nogach, skurczonego do skoku, z wykrzywiona twarzą, zmrożonymi  tatarskimi oczami. Obserwuje to wszystko z łóżeczka. Rodzice stoją naprzeciw siebie. Coś krzyczą. On zaczyna zbliżać się  do mnie. Zamierza się, jakby chciał mnie uderzyć. Zastyga. Matka unosi żelazko. Grozi ojcu wysokim, silnym głosem:  „tylko spróbuj”. I ojciec kapituluje. … I tak żyliśmy razem, blisko i daleko, jakbyśmy grali w głuchy telefon. W wiecznej  gotowości do szczęścia rodzinnego, które nie mogło się u nas zadomowić. W kraju panował zły ustrój. W domu też.  Mówiło się, że ojciec ma „rozstrojone nerwy”. Babcia powtarzała mi: “ojca trzeba szanować, ojciec pracuje, zarabia”.

Nad wszystkimi unosiła się magiczna postać Mirona Białoszewskiego, przyjaciela rodziny, dostarczyciela poezji i siły przeżycia.

Dziwny to przyjaciel, ten Tadeusz: nie bylem w jego domu, Anię poznałem w drodze do windy, Justyna prowadziła kiedyś spotkanie autorskie mojego „Sennika polsko-żydowskiego,  Celę znam z tej imponującej szczerością książki.  Mimo 10 lat różnicy wieku (on młodszy), obaj byliśmy „dziećmi PRL-u”. On, po zmianie ustroju, musiał się  czasem  z tego tłumaczyć**,

** Gdy pojecie “systemu” przestanie  terroryzować naszą świadomość, okaże się że Polska Ludowa była po prostu moją ojczyzną,  podobnie jak milionów innych ludzi.  I wtedy gdy będę mógł to powiedzieć bez obawy, że nie sprostam ideałowi dobrego Polaka, znajdę  klucz do rzeczywistości dzisiejszej i okaże się, że ta i tamta rzeczywistość nie tworzą dwóch różnych ojczyzn, ale jedną i tą samą.”

mnie chroniła  emigracja.***.

***  Mama oburzona moim felietonem o antysemityzmie polskim. Że Polacy ich nie  opłakali. „Ale przecież życie polskie za okupacji też   gettem”, mówi. „I kto to opisał, kto uszanował, potem po wojnie? Co robiono z pamięcią powstania warszawskiego?  Dodaje: „Żydzi wyjeżdżali z Polski, bo chcieli.  Bo wiedzieli, że nic już ich dobrego w tym  kraju nie czeka”.

Równolegle z pamiętnikiem Tadeusza Sobolewskiego czytam ostatni tom (1964-1980) dzienników Jarosława Iwaszkiewicza, są to bardzo porównywalne lektury, niezłe towarzystwo — Tadziu!

W niedziele, 12 lipca Polacy wybiorą prezydenta. Chciałbym, żeby w drodze do urn, zadźwięczały im w uszach słowa Stanislawa Wyspiańskiego:

Miałeś, chamie, złoty róg,
miałeś, chamie, czapkę z piór:
czapki wicher niesie,
róg huka po lesie,
ostał ci się ino sznur,
ostał ci się ino sznur.


Trzej Tadziowie


Wszystkie wpisy Mariana

TUTAJ

No comments yet... Be the first to leave a reply!

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

%d bloggers like this: