Ożeniony ze szlachcianką (14)

Marian Marzynski



Wiosną 1945, po moim przyjeździe do Warszawy z sierocińca Braci Orionistów w Łaźniewie, matka powiedziała mi, że czekamy na powrót ojca z wojny, ale szybko zorientowałem się, że z wojny wszyscy wrócili i Bolka wśród nich nie było. Mieszkaliśmy w jednym z ocalałych budynków zburzonego Szpitala Ujazdowskiego, naszym sąsiadem był człowiek, którego nazywano „Manerek”, od niemieckiego słowa „Manner” – „porządny człowiek”. Pan Manerek nazywał się Daniel Marzyński. Był podporucznikiem Wojska Polskiego i tak wyglądał przed barakiem przeznaczonym dla Żydów — w niemieckim obozie polskich oficerów w Woldenbergu

Jego żona, Celina Wierzbicka, była chemiczką. W 1933 roku urodził się im syn Julek. W 1940 roku Niemcy zamknęli Celinę i Julka w warszawskim getcie. Wywiezieni jednym z pierwszych transportów, w 1942 roku oboje zostali spaleni w Treblince.

W powojennym pokoju pana Manerka oprawione w ramkę wisiało na ścianie, zrobione tuż przed wojną na wycieczce do Morskiego Oka, zdjęcie 6-letniego Julka.

Bronka straciła Bolka, ale uratowała syna, w którym Daniel zobaczył swojego Julka.

To ja w Morskim Oku, zaraz po wojnie,

Na Politechnice Warszawskiej, gdzie przed wojną studiował inżynierię budowlaną, Daniel poznał mojego ojca. Kusznerowie i Marzyńscy utrzymywali kontakty. Nie miałem nic przeciwko mojemu opiekunowi, ale nie zgadzałem się, żeby został mężem mojej matki. Przez rok nie dopuszczałem Daniela do sypialni Bronki.

Któregoś dnia, gdy przechodziliśmy koło budynku Sejmu na Wiejskiej, pan Manerek powiedział głośno, żeby wszyscy na ulicy słyszeli: — Skończyła się wojna, teraz już wolno być Żydem, a ty jesteś takim małym żydziakiem i nikt nic złego ci nie zrobi. Przyspieszyłem kroku. Pan Manerek mówił coraz głośniej: — Nie uciekaj Maryś, wszyscy wiedzą, że jesteś Żydem, wracaj! Zacząłem biec. Głos się oddalał: — Nie uciekaj kochany żydziaczku!”. Wróciłem i obaj zaczęliśmy się śmiać. Daneczek, jak go później nazywaliśmy, namawiał mnie, żebym był dumny z tego, że jestem Żydem. — Dlaczego mam być dumny, Daneczku?” — pytałem go. — Bo gdybyś nie był dumny to i tak byłbyś Żydem, wiec lepiej bądź dumny.

Miałem 9 lat, gdy dostałem polecenie, żebym przestał chodził na szkolną religię. Od tego momentu wszyscy wiedzieli. Daneczek mówił: „Za Żyda bij w mordę”. Któregoś dnia wracając ze szkoły, ktoś, krzycząc „parszywy Żyd”, uderzył mnie z tyłu w głowę. Gdy się podniosłem z chodnika, już go nie było.

W Radomiu 9-letnia waćpanna Grażynka Jankowska też miała swój problem. Gdy w 1946 roku przyszedł czas na komunię świętą, dowiedziała się, że rodziny zubożałego szlachcica herbu „Ogończyk”,

mierniczego Alfreda Jankowskiego, nie stać na długą, białą sukienkę i że do ołtarza będzie musiała iść w krótkiej.

Upłynie jeszcze 15 lat — zanim spotkam moją szlachciankę.


Poprzednie odcinki

TUTAJ


Wszystkie wpisy Mariana

TUTAJ


Ożeniony ze szlachcianką ( 14 )

No comments yet... Be the first to leave a reply!

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

%d bloggers like this: