Uncategorized

USA domagają się rozbicia Faceboooka na mniejsze podmioty. Czy uzdrowiłoby to cyfrową gospodarkę?


W SKRÓCIE

Oskarżyciele dowodzą, że dominacja Facebooka szkodzi użytkownikom internetu i zagraża naszej prywatności.Giganci technologiczni nie powstali na skutek jakiejś wielkiej zmowy. Są efektem antykonkurencyjnej natury internetowych rynków.Rozbijanie wielkich firm technologicznych to leczenie objawów. Dopiero interoperacyjność ma szansę uleczyć przyczyny.

Federalna Komisja Handlu (FTC) i 47 stanów USA równolegle oskarżyły firmę Facebook o działania antykonkurencyjne. Domagają się odwrócenia transakcji zakupu aplikacji Instagram oraz WhatsApp, czyli de facto podziału giganta na trzy osobne firmy. Czy to oskarżenie może doprowadzić do rozbicia Facebooka? Dlaczego prawodawcy i organy państwa miałyby interweniować na wolnym rynku internetowym? Czy próby rozbijania technologicznych gigantów są tym rodzajem interwencji, którego potrzebują obecnie państwa i społeczeństwa?

Firma oferująca wysyłkową sprzedaż książek, wyszukiwarka treści tekstowych oparta o algorytm służący analizie cytowań publikacji naukowych oraz portal, w którym możemy zobaczyć, na jakie przedmioty na studiach zapisali się nasi koledzy i koleżanki. Takie trzy firmy – odpowiednio Amazon, Google i Facebook – w ciągu zaledwie kilkunastu lat dołączyły do największych przedsiębiorstw notowanych na amerykańskiej giełdzie.

Firmy technologiczne operują w jednej z najmniej uregulowanych branż, posiadają olbrzymie środki finansowe, przeskoczyły przedsiębiorstwa z branży zbrojeniowej czy paliwowej w skali wydatków na lobbing w Waszyngtonie. Politycy i społeczeństwa zaczęli się orientować, że ta sfera gospodarki nie wygląda na w pełni zdrową. Po kilku latach wzmożonego zaniepokojenia nadmiernymi wpływami gigantów IT, 9 grudnia 2020 r. ukazały się dwa osobne akty oskarżenia wobec Facebooka – jeden ze strony Federalnej Komisji Handlu, drugi wniesiony przez prokuratorów generalnych 47 stanów USA.

Dlaczego niewidzialna ręka wolnego rynku nie wystarczy?

Czy nie należałoby pozostawić wolnemu rynkowi kwestii przyszłości technologicznych hegemonów? Przecież – argumentują przeciwnicy ingerencji państwa w gospodarkę – zdarzały się już upadki wielkich firm z branży mediów społecznościowych, takich jak MySpace. Serwis, który zaledwie kilkanaście lat temu wydawał się potentatem, w krótkim czasie przegrał z konkurencją i dziś mało kto o nim pamięta. Może właśnie tak stanie się za parę lat ze słynną GAFA?

Na pytanie, dlaczego rynek sam się nie ureguluje, przez przypadek odpowiedział sam Mark Zuckerberg. Przed wykupem Instagrama w 2012 r. wewnątrz Facebooka toczyła się żywa dyskusja na temat sensu tej transakcji. Musimy pamiętać, że chociaż dziś taki zakup wydaje się oczywistą korzyścią dla Facebooka, to wówczas pierwsze wiadomości o przejęciu IG spotkały się raczej z chłodnym odbiorem. Na przykład w internetowym wydaniu „The Guardian”, serwisie, który trudno podejrzewać o sprzyjanie wielkim firmom, ukazał się artykuł pod wiele znaczącym tytułem: Instagram i Facebook – kolejna bańka technologiczna?. Aplikacja Instagram istniała wówczas dopiero nieco ponad 500 dni i miała zaledwie 30 milionów użytkowników. Wcale nie było oczywiste, że okaże się wielkim sukcesem.

Podobne wątpliwości zgłaszał jeden z dyrektorów Facebooka, wskazując, że w ciągu paru miesięcy jakaś nowa, modna aplikacja z podobną funkcjonalnością może zastąpić Instagrama. Taki proces potwierdziłby argumenty zwolenników deregulacji. Mark Zuckerberg odpowiedział na to pytanie w jednym z maili. Przytoczę jego fragmenty w tłumaczeniu własnym: „Argumentem, który czyni tę transakcję bardziej rozsądną jest fakt, że [w internecie – B.P.] zachodzą efekty sieciowe związane z mechanizmami społecznymi i istnieje skończona liczba różnych mechanik społecznych do wymyślenia. Gdy ktoś wygrywa w ramach określonej mechaniki, konkurencji trudno jest go wyprzeć bez zrobienia czegoś nowego. Jednym ze sposobów spojrzenia na [tę transakcję] jest, że tak naprawdę kupujemy czas. Nawet jeśli pojawią się nowi konkurenci, to kupienie przez nas Instagrama, Path, Foursquare i tym podobnych da nam teraz rok lub więcej na zintegrowanie ich mechaniki społecznej, zanim ktokolwiek będzie mógł zbliżyć się do skali, w której działają”. Nie wiadomo, czy Zuckerberg przemyślał wydźwięk tej wiadomości, czy też ktoś zwrócił mu uwagę, że posunął się za daleko, ale w ciągu godziny założyciel Facebooka odpisał na własnego maila z ważnym uzupełnieniem. Napisał: „Nie chciałem sugerować, że kupujemy ich, aby powstrzymać ich od konkurencji z nami”.

Według Zuckerberga internet nie jest tradycyjnym rynkiem, w którym lepsza czy po prostu tańsza usługa może wyprzeć gorszą. W internecie pierwszy bierze wszystko. Firma, która odnajduje nowy mechanizm społeczny – czyli jakąś funkcjonalność, która staje się internetowym viralem – tworzy dla siebie nowy rynek i zostaje jego niekwestionowanym liderem. W przypadku Instagrama takim mechanizmem były filtry pozwalające upiększyć zdjęcia oraz zbudowanie możliwości publicznego dzielenia się zdjęciami.

Taka firma opanowuje stworzony przez siebie rynek, przynosząc właścicielowi dochody i dominację niczym kura znosząca złote jaja. Inna aplikacja z podobnymi filtrami do zdjęć nie może łatwo konkurować z Instagramem, ponieważ ten szybciej przyciąga użytkowników, a uzupełnienie aplikacji o nowe, atrakcyjne funkcjonalności wiąże się z konkretnym, wysokim kosztem. Trudno zdobyć użytkowników, jeżeli są oni już przyzwyczajeni do Instagrama i mają w tej aplikacji swoją sieć znajomych. Przekonanie ich, żeby przenieśli się na nowy serwis, gdzie sieć kontaktów muszą tworzyć od nowa, jest zadaniem skazanym najczęściej na porażkę.

To znacząca różnica w charakterze rynków cyfrowych w porównaniu do tradycyjnych. W analogowej gospodarce świata rzeczywistego możemy poczekać, aż pojawi się nowa, lepsza usługa i część klientów zapewne zmieni dostawcę. W sieci ten, który zdobył użytkowników, ma bardzo dużą szansę, żeby pozostać liderem na wiele, wiele lat oraz pozyskiwać nowych szybciej niż konkurencja.

Moglibyśmy zapytać: ale co z TikTokiem? Czy to nie przykład nowej aplikacji, która może stopniowo wyprzeć na przykład Instagrama? Jednak TikTok jest jedynie potwierdzeniem opisanej powyżej reguły. Opiera się na zupełnie nowym mechanizmie społecznym i innej formie komunikacji użytkowników, którzy wgrywają do serwisu nagrane przez siebie filmiki i oglądają te, które nadesłali inni.

Czy Facebook może zostać podzielony?

Debaty o tym, czy BigTech powinien zostać rozbity, zawsze skupiają się na dwóch fundamentalnych kwestiach: definicji rynku oraz potrzebie udowodnienia szkody użytkowników. FTC w akcie oskarżenia definiuje przestrzeń, na której operuje Facebook, nazywając ją rynkiem personalnych sieci społecznościowych działających na terenie Stanów Zjednoczonych. Diabeł jednak, jak zwykle, tkwi w szczegółach. Żeby ta definicja była użyteczna, FTC musiało obwarować ją obszerną listą wyjątków. Wykluczono na przykład „wyspecjalizowane” sieci społecznościowe, czyli portale takie jak LinkedIn, a także serwisy oparte o audio i wideo, a więc YouTube czy Spotify, oraz usługi tekstowe na telefonach komórkowych.

Jednak oskarżenie nie dotyczy tylko portalu Facebook, ale całej firmy, a więc również dwóch innych aplikacji. A czym innym niż wyspecjalizowaną siecią społecznościową opartą o grafikę, głównie zdjęcia i filmy, jest właśnie Instagram? Czy naprawdę konkurencją dla WhatsApp nie są usługi SMS, czy należąca do Apple aplikacja iMessage, która umożliwia również przesyłanie filmów i rozmowy wideo?

Warto pójść o krok dalej. TikTok nie jest wspomniany ani razu w liczących wiele stron aktach oskarżenia. To zaskakujące, że najczęściej ściągana aplikacja w 2020 r. i najszybciej rosnąca obecnie sieć społecznościowa w ogóle nie jest przez FTC rozpatrywana jako potencjalna konkurencja dla Facebooka, Instagrama czy WhatsApp.

Przekonamy się dopiero, czy sąd uzna taką wąską definicję rynku. Na pewno jednak widać, że definiowanie rynku jest poważną przeszkodą w próbach pozywania BigTechu na mocy praw antymonopolowych. Jakkolwiek mocno chcielibyśmy powiedzieć, że Facebook jest gigantyczny, to w praktyce w obecnej strukturze regulacyjnej nie jest to proste do wykazania.

Dwa kluczowe punkty aktów oskarżenia

FTC oraz stany, które oskarżyły Facebooka, wytaczają jednak parę ciężkich dział. Pierwszym z nich jest próba dowiedzenia szkodliwego wpływu pozycji Facebooka na rynek – czyli realnej szkody użytkowników – przy pomocy kwestii prywatności danych. Tradycyjne rozumienie prawa antymonopolowego opiera się o analizę zmian cen na rynkach. W ten sposób dowodzi się, że użytkownicy są poszkodowani przez dominującą pozycję monopolisty, którego konkurencja nie hamuje przed podnoszeniem cen bądź zmniejszaniem jakości usługi. W przypadku tych wyżej wymienionych trzech aplikacji należących do Facebooka nie płacimy pieniędzmi za usługi.

Dlatego w osobnym oskarżeniu prokuratorzy stanów USA poszli w inną stronę – uzasadniają krzywdę użytkowników polegającą na utracie prywatności. Wall Street Journal zwraca uwagę na elementy aktu oskarżenia opisujące, że Facebook właściwie nieprzerwanie z każdą kolejną zmianą osławionego regulaminu zmniejsza rygory ochrony prywatności użytkowników. Symptomatyczny był moment, w którym w którym zaczęto wykorzystywać dane z WhatsApp do ulepszania profili reklamowych w samym Facebooku. Oskarżyciele właśnie w tym widzą ograniczanie konkurencji i szkodę użytkowników. Pewnego smaczku temu oskarżeniu dodaje fakt, że twórcy Instagrama i WhatsAppa opuścili firmę Facebook po pewnym czasie, a niektórzy – tak jak współtwórca tej drugiej aplikacji Brian Acton – otwarcie mówili, że nie zgadzają się z tym, co firma robi w kwestii prywatności.

Drugim ważnym argumentem przywoływanym w oskarżeniu jest kwestia zamknięcia dostępu innym serwisom i platformom do zgromadzonych przez Facebooka informacji o użytkownikach. Facebook jest tutaj oskarżany przez FTC o działania antykonkurencyjne, ponieważ selektywnie odmawia dostępu do swoich zbiorów danych innym usługom. Dla jasności sprawy – mówimy tutaj oczywiście o dostępie za zgodą użytkownika końcowego, nie o sprzedaży danych.

Na przykład, kiedy powstała aplikacja Vine, zawierała ona element, dzięki któremu mogliśmy połączyć ją z Facebookiem i odnaleźć naszych znajomych z Facebooka, którzy używają Vine. Niedługo po tym, jak Twitter kupił tę aplikację, Facebook odciął jej dostęp do tej usługi. Zamiast po prostu posłużyć się informacjami, które już przecież przekazali Facebookowi, musieli swoją siatkę znajomych odtwarzać ręcznie, co w oczywisty sposób ogranicza atrakcyjność nowej usługi i powoduje, że rozpoczęcie korzystania z niej jest dużo bardziej czasochłonne. Kluczowe jest tutaj określenie, czy nasze dane osobowe zebrane w konkretnym serwisie są pełną własnością firmy, czy też możemy jako społeczeństwo wymagać ich udostępnienia do ponownego wykorzystania?

Leczenie objawów i przyczyn monopolu

Nawet jeśli uznajemy, że mamy problem z cyfrową gospodarką i dominującą rolą wielkich firm, skalą ich lobbingu i wpływu na debatę publiczną – to czy naprawdę ich rozbijanie jest narzędziem, które pomoże nam uzdrowić sytuację? Według mnie niedawne wszczęcie procesu przeciw Facebookowi – parafrazując pewnego otyłego Brytyjczyka – to nie jest koniec, nie jest to nawet początek końca, ale może to jest koniec początku.

Być może to koniec pewnego etapu nieograniczonego wzrostu gospodarki cyfrowej i moment, w którym po obydwu stronach Atlantyku wreszcie kończymy stawiać diagnozę problemów. Jednak rozbijanie gigantów to jedynie relatywnie proste wyjście, wykorzystujące istniejące prawo, ale samo w sobie nie uzdrowi cyfrowej gospodarki. Nawet jeśli okaże się, że ograniczanie ekspansji wielkich firm okaże się potrzebnym pierwszym krokiem w zniwelowaniu ich przewagi nad resztą rynku.

Za najważniejsze elementy aktów oskarżenia wobec Facebooka uważam argumenty dotyczące prywatności oraz współpracy z innymi usługami. A więc proces zamykania się Facebooka, a także innych platform, na dzielenie się za zgodą użytkownika zgromadzonymi przez nie danymi z innymi usługami wyraźnie zamyka przestrzeń konkurencyjności. Chodzi o tak zwaną interoperacyjność usług. Najłatwiej porównać ją do sytuacji początków telefonii mobilnej. Kilkanaście lat temu warto było mieć telefon w konkretnej sieci, tej samej, w której byli też nasi znajomi, gdyż koszty wysłania SMS-a czy dzwonienia do osoby będącej w innej sieci były wysokie. Jeśli mieliśmy telefon w Erze, to ograniczaliśmy rozmowy z kimś z telefonem z Idei.

Jednak dziś, po interwencjach regulacyjnych oraz zadziałaniu mechanizmów rynkowych, sytuacja ma się zupełnie inaczej. Praktycznie nie odczuwamy tego, w jakiej sieci jest nasz rozmówca, bo ceny są identyczne. Nawet wysokie opłaty roamingowe, również dzięki interwencji regulacyjnej Unii Europejskiej, z roku na rok spadają. Tymczasem w internecie taki proces nie zachodzi – wręcz przeciwnie, platformy takie jak Facebook z wielu powodów coraz skrzętniej pilnują zgromadzonych danych, dopuszczają się też niejasnych działań, takich jak w przypadku afery Cambridge Analytica. Jednak to jedynie domyka przedstawioną wyżej przez Zuckerberga hipotezę, według której „pierwszy (oferujący nową usługę) bierze wszystko”. Brak możliwości łatwego przeniesienia naszych danych z jednej usługi do drugiej uniemożliwia nowym graczom na rynku wejście w konkurencję z już istniejącymi usługami.

W postulacie interoperacyjności chodzi o obniżenie wysokiego kosztu zmiany aplikacji, liczonego nie w pieniądzach, ale w atrakcyjności nowej usługi, w której od zera musimy odtwarzać sieć śledzonych przez nas kont oraz czasu, który musimy na to poświęcić. Dzisiaj, nawet jeśli znajdę lepszą aplikację społecznościową, to nie zacznę jej używać, dopóki nie znajdę tam wielu moich znajomych. W interoperacyjnym świecie nie muszę na ten moment czekać, bo mogę z nimi wciąż pozostać w kontakcie, nawet jeśli używają innego serwisu. Z Messengera mogę wysłać wiadomość prywatną na Instagrama czy Twittera. Z Twittera mogę zobaczyć, jaki post umieścił kolega czy koleżanka na przykład na Snapchacie czy Facebooku.

Rozbijanie wielkich firm technologicznych to leczenie objawów. Ci giganci nie powstali jednak na skutek zmowy cenowej czy pierwotnego spisku wielkich monopolistów. Są efektem antykonkurencyjnej natury internetowych rynków, przypominających jednomandatowe okręgi wyborcze, w których, drugi, trzeci i czwarty kandydat nie dostaje (niemal) nic.

Być może sytuacja dojrzała już do momentu, w którym największych trzeba rozbić, czyli walczyć z objawami choroby. Ale to właśnie interoperacyjność ma szansę leczyć przyczyny. Jeśli dziś państwa i społeczeństwa nie podejmą tego problemu, za parę lat znajdziemy się z powrotem w tym samym miejscu – zmagając się być może już nie z amerykańskimi, ale chińskimi gigantami.


USA domagają się rozbicia Faceboooka na mniejsze podmioty. Czy uzdrowiłoby to cyfrową gospodarkę?

Kategorie: Uncategorized

1 odpowiedź »

  1. Nie mam FB , ale powiedzialbym ze to co zle dla Marka Zukerberga jest dobre dla Zydow Odmawial on usuniecia Holocaust Deniers z tego, przez lata, „Freedom of Expression” jego siostra ktora byla odpowiedzialna za to wyjasniala-az tu nagle usuneli kilka miesiecy temu. Razem z negatywnymi wpisami o BLM a ogolnie o Black Americans.
    Antysemityzm OK , ale Swiety BLM nietykalny dla Zukerberga i innych Postepowych Zydow Amerykanskich.

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.