Uncategorized

CUD NA ULICY LEVINSKY


Ludwik Lewin

Dawno, dawno temu, pochwaliłem się w towarzystwie, co było na urodzinach mojej mamy. Już same urodziny wprawiły moich słuchaczy w ledwie odczuwalny, ale wyraźny dygot. Nie łączyłem tego z moim nazwiskiem, ale oni łączyli. A kiedy zacząłem wymieniać potrawy – ryba faszerowana, siekana wątróbka, rosół i wreszcie gęś – pewna bardzo kulturalna pani, najstarsza w tamtej grupie, burknęła nieapetycznie: ale to był żydowski festyn. I wtedy dopiero doszło do mnie jak bardzo rację miał, nieznany mi oczywiście wtedy Brillat-Savarin, pisząc: powiedz mi co jesz, a powiem ci, kim jestes. 

Różnice między kuchnią mojej mamy, a tym co przygotowywała mieszkająca piętro niżej pani Koniarska, okazały się astronomicznego wymiaru. W domu nigdy nie było kartofli ze skwarkami, fasolki po bretońsku z kiełbasą i boczkiem, nie mówiąc nawet o schabowym. Żydostwo miałem zapisane nie tylko w metryce, ale i na stole, nie powinienem więc był się dziwić dobrze zapamiętanym z przedszkola, ironicznym uśmieszkom wychowawczyń, kiedy z dumą recytowałem „Kto ty jesteś, Polak mały”. Przestałem się dziwić do tego stopnia, że gdy tylko mogłem podjąć samodzielną decyzję, opuściłem kraj, w którym łącznie ze mną i moimi rodzicami, zbyt długo odpoczywali moi przodkowie   

Później, ale też bardzo dawno, w jakiś rok po tym jak wylądowałem w Paryżu (metafora: przyjechałem pociągiem), francuski przyjaciel zaprosił mnie do słynnej restauracji Goldenberga. Wtedy było to najbardziej znane aszkenazyjskie miejsce do jedzenia w stolicy Francji. W serce dzielnicy jeszcze wtedy żydowskiej, na ulicę des Rosiers, zwaną przez mieszkańców i bywalców placełe, przychodziły gwiazdy i   VIPy, żeby popróbować specjalności znad dalekich rzek, oddzielonych holokaustem i żelazną kurtyną. Ta restauracja przeszła do historii. Nie z powodu nadzwyczajnej jakości dań, ale dlatego, że 9 sierpnia 1982, w godzinie obiadu do lokalu weszło komando arabskich terrorystów. Strzałami z kałasznikowów i rzutem granatu zmordowali 6 osób, ranili dwadzieścia dwie. Sprawców nie odnaleziono, głównie dlatego, że Francja zaraz po tym zawarła pakt z organizacją winną tej zbrodni – w zamian za niepowodowanie zamachów na jej terytorium gwarantowała bezkarność jej członkom.

Przecież nie o tym chciałem opowiadać, ale starość i żydostwo, jak zwykle, kierują mnie ku tragedii, choć tematem jest groteska. U Goldenberga, z odległości roku i 1600 kilometrów od Warszawy, groteskowa ukazała mi się różnica między kuchnią polską a żydowską. Tak samo tłusta, ciężka, pozbawiona finezji – oceniałem podniebieniem początkującego gastronoma, zakochującego się nadmiernie w nadsekwańskich wykwintach jedzeniowych. Bo faktycznie kreplech i pierogi, kneidlech i pulpety oraz latkies i placki kartoflane różnią się co najwyżej akcentem, raz polskim, a raz jidysz. Schabowy, szczególnie podawany bez kości, wieprzowością, oczywiście, ale stylem w ogóle nie odbiega od sznycla.  

Mijały lata. Oderwanie od nadwiślańskich korzeni i sztetla nad Kamienną powodowało, że zamiast do końca sfrancuzieć, z pewnym dystansem patrzyłem zarówno na werbalną, jak i na kulinarną wirtuozerię gospodarzy i coraz częściej, coraz bardziej nostalgicznie, myślałem o tym co jadałem w domu. I dokonałem znaczącego ontologicznego odkrycia. Wspominając mamine sztukamięsy i gefilte fisz, czyli faszerowanego karpia, zrozumiałem, że była to kuchnia marginalnie polska i żydowska, ale w swej istocie i esencji, wyłącznie jej, mojej mamy. Awansowała w ten sposób do rzeczy samej w sobie, ale skazywana zostawała jednocześnie na to, że nigdy nie będzie rzeczą dla mnie, bo mama już nigdy, niczego mi nie ugotuje.  

A przecież cuda się zdarzają, szczególnie w Ziemi Obiecanej. Mój przyjaciel Dani Tracz zaprowadził mnie do restauracji Sender w Tel Awiwie przy ulicy Levinsky 54. Witryna zakładu jest niepozorna, nieprzezroczysta, niewidoczna. Gdybym był sam mógłbym przejść obok pięćdziesiąt cztery razy i nawet nie zauważyć, że jest tam jakiś lokal. 

Fasada jest nieważna. Ważne, co się za nią kryje. A zaraz po wejściu i po wskazaniu nam stolika przez niezbyt rozgarniętego chłopczyka, udającego kelnera, zaczęła się lewitacja. Pojawiły się talerzyki z przekąskami – jesteśmy na Bliskim Wschodzie, nie da się uciec od meze. Była wśród nich całkiem nie turecka ani fenicka, ćwikła. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki przenosiła do domu dzieciństwa, do tej jedynej prawdziwej, słodkiej buraczkami i z chrzanem, który nieutraconą mocą świdrował w nosie aż do mózgu.  

W niesłabnącym zachwycie czytaliśmy kartę dań i podobnie jak niegdyś „W Pustyni i w Puszczy”, gdy doszliśmy do końca, zaczynaliśmy od początku. Nie tylko po by zapamiętać jakie restauracja proponuje potrawy, nie tylko po to, żeby zdecydować się na wybór, choć było w czym wybierać. Od siekanej wątróbki nazywanej u nas cebulką lub odświętnie, żydowskim kawiorem, poprzez galaretę z wołowych nóżek, śledzia matiasa i faszerowaną głowę karpia, jak diament w koronie, po rosół z pierożkami, makaronem albo z knedlami, oraz kiszki i inne faszerowane podroby. Nie wymienię wszystkich, bo migały nam ich nazwy przed oczami w oczekiwaniu na cud, o którym wiedzieliśmy, że już musi się zdarzyć, że się zdarzył.

Zamówiliśmy wątróbkę. Obaj zgodziliśmy się, że jest nie tylko taka, jaka ma być, ale taka, jaka była. I zrozumieliśmy w tym momencie, że potrzebujemy kieliszka zimnej wódki, o którą też poprosiliśmy. Przyszła razem z gefilte fisz. I tu nastąpiło nieoczekiwane spodziewanie – obaj, jednocześnie, wykrzyknęliśmy – „dokładnie jak u mamy”.  

Fizyczna niemożliwość stała się metafizyczną rzeczywistością. Pamiętałem rybę Ireny, matki Daniego. Była całkiem inna niż ta mojej mamy. Nie mogło być inaczej, każda żydowska matka, robiąc karpia według tego samego, niezmiennego, od wieków przepisu, robi go inaczej. Dani próbował mojej porcji i nie miał wątpliwości – to gefilte fisz Rywki (czasy zmieniają się i imiona Żydów wraz z nimi). Ja sięgnąłem do jego talerza i bez wahania rozpoznałem niedoścignione mistrzostwo mojej mamy.

Dłonie z kieliszkami i oczy unieśliśmy do góry i wznieśliśmy toast za nasze mamy, w podzięce za ten telegram z nieba i w oczekiwaniu na nadchodzące spotkanie. 

Ludwik Lewin


PS Każdy wie jaka jest różnica między Żydem a Anglikiem. Anglik wychodzi nie żegnając się, a Żyd żegna się nie wychodząc. My też żegnaliśmy się wylewnie z prowadzącą Sender Yael Schreiber, żoną Zami, który jest wnukiem założyciela zakładu, działającego od roku powstania nowożytnego Państwa Izrael. Patrzyliśmy na jej niebieskie oczy i dobrotliwy uśmiech jidysze mame, dziękowaliśmy za ugoszczenie i jakby w poszukiwaniu głębszego pokrewieństwa, powiedzieliśmy, że jesteśmy z Polski. – Ja z Polski nie jestem – odrzuciła zdecydowanie Yael. I opowiedziała, że jej rodzina pochodzi z Iraku, a w Zami zakochała się, gdy miała 14 lat i razem są od tego czasu. 


Wszystkie wpisy Ludwika TUTAJ

Kategorie: Uncategorized

13 odpowiedzi »

  1. Po wielkim rozczarowaniu
    potrawami ”‘wschodnio-europejskimi” (nawet kasza gryczana byla niewlasciwie ugotowana…) w jednej z restauracji w T-A (juz nie pamietam nazwy…) zrezygnowalam gdyz raczej jestem przekonana,ze ”cud” mi sie nie zdarzy i nie poczuje smaku skromnych ale pysznych potraw mojej Mamy b.p…
    Kompletnie sie przerzucilam na inna kuchnie i oprocz barszczu w stylu naszego domu -nie probowalam nawet wniesc do mojego menu tamtych potraw.
    Jednak nie mozna ich nazwac zdrowotnymi….

  2. Nasza Mama umarła gdy moja siostra Mapcia (Dziś Sabina) miała 10 lat a ja 15.
    Od tego czasu nasz Tata nam gotował. I rybę po żydwsku i rosół z pierożkami (sam robił ciasto na pierogi i makarony a z jakim mistrzostwem kroił ciasto na cieniutkie nitki jak „spagetti” !!!

    I pasztet z wątróbki, i knedlech i…i…i… i LATKIES.
    Te ostatnie były bardzo, bardzo ….powiem … sławne.

    Jeszcze przed kilkoma laty, na ósmym chyba Ashkelonie , ktoś do mnie podszedł i przypomniał jakie to latkies Tata robił (Ponad 50 lat później !)
    Ludwiku, pięknie (i nadzwyczaj apetycznie) opisałeś kuchnie naszych Mam.
    Dodajmy proszę w ten poczet jeszcze naszego TATĘ Icie. (Icka a później „w ramach upolszczenia obcobrzmiących imion” Ignacego
    Leon Cukierman

  3. Teresa, nie wiem jak z dorównywaniem Mamie, ale Ludwik jednak potrafi. Przyniósł kiedyś na zabawę trzy olbrzymie pasztety, wszystkie trzy niesamowicie wyśmienite i wyśmienicie niesamowite. Niedasie zapomnieć.

  4. Ludwika opisy kuchni zydowskiej, kreslone doskonalą polszczyzną, uświadamiają jak sobie jesteśmy blizcy, Zydzi i Polacy.

  5. 35 lat temu bylem w restauracji New York na rogu Dizinghoff i Arlozoroff w Tel Avivie . Tez zydowskie dania,,wlasciciele mowili po polsku Nie wiem czy istnieje teraz

  6. Dziękuję za piękny artykuł.
    Dodajmy restaurację Wiedeń na ulicy Ben Yehuda 62, TLV. Kuchnia żydowska wschodnioeuropejska, od Bałtyku do Rumunii, i dobre sznycle wiedeńskie. Galaretka, chrzanik i rosół, cała lista jak trza. Warto spróbować zanim przenosi się w inne miejsce, bo właśnie rozkopali ulicę naprzeciw, na kolejkę miejską.
    Przyjmuje zamówienia na wysyłki.

  7. Suda, mama Ludwika nie tylko świetnie gotowała, ale też potrafiła tworzyć wspaniałą polsko-żydowską atmosferę przy stole w Izraelu. Jak mówiła:stół to centrum życia rodziny. Jej osobiście wiele zawdzięczam

  8. Restauracja w Paryzu wspomniana tutaj zaatakowana w 1982 ma tez cos wspolnego z Polska :
    Grupa Abu Nidala odpowiedzialna za to i nietykalna przez wladze francuskie, czula sie swietnie w Polsce. Sam Abu Nidal mial tez mieszkanie w Warszawie do 1988 i jego grupa byla szkolona tam, tak jak palestynscy porywacze samolotow.

  9. Ludwiku, mialem wielka przyjemnosc czytajac twoj artykul. Dzekuje. Alik Kuperman

  10. W 2020 jeden z uczestnikow tego zamachu na Rue des Rosiers w 1982, niejaki Abu Ziyad stanal przed sadem w Paryzu, po wydaniu go z Norwegii.
    Nie wiem czy wogole i na co go skazali

  11. Zapomnialam wspomniec, ze Mama nie pozwalala na picie mleka z jej obiadami – dlaczego? pytalam. I ona odpowiadala: to nie zdrowe.

  12. Ludwik, jak zwykle ”mit ta’am” – wszystkie potrawy wymienione przez Ciebie byly u mojej Mamy w kuchni. Ona gotowala wydaje mi sie, nieustannie. Wiekszosci dan na naszym stole nie chcialam nawet sprobowac (galaretka z kurzymi nogami; czarwona zupa, zielona zupa) ALE gefilte (nie glowe – ta byla dla moich siostr i Taty) bylo wspaniale. Poniewaz Mama gotowala tak jak jej Mama, czyli nasza babcia, tak jak w Galicji. Jednym slowem wzruszylam sie Twoim opisem. A co z rosolem z pierogami, ktore Mama kleila i na mysl o tym rosole chyba sie rozplacze. Najgorszym wynikiem kuchni naszej Mamy jest to, ze zadna z nas – trzech corek- nie lubi gotowac. Nie mozliwe jest dorownanie Mamy kuchni…

  13. Ciekawie i wzruszająco opowiedziana nasza – żydowska nostalgia .
    Już mam ochotę przyskoczyc do Izraela i prosto pobiec na ulice Lewinski 54 w Tel Awiwie.
    Przy okazji dodam , ze jest to ulica niezwykłych sklepów kolonialnych . Można na niej znaleźć wszystkie przyprawy i zapachy świata .

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.