Uncategorized

Dlaczego Mark Zuckerberg jest złym człowiekiem

Przyslala Rimma Kaul

Mark Zuckerberg

Mark Zuckerberg W jakim stopniu Zuckerberg jest odpowiedzialny za wszystko, co zarzuca się Facebookowi?

Tekst pochodzi z dwumiesięcznika „Książki. Magazyn do Czytania”. O czym jeszcze piszemy w wydaniu 5/2021 czytajcie tutaj.

W Kielcach to była plotka przekazywana z ust do ust, że małego Henia Błaszczyka porwali Żydzi i trzymają go w piwnicy.

W Rwandzie to było radio. Radio Télévision Libre des Mille Collines. Wspierane przez Hutu, w swych audycjach systematycznie szerzyło nienawiść do Tutsi („Jesteście jak karaluchy! Zatłuczemy was!”).

W Mjanmie (którą kiedyś znaliśmy jako Birmę) to był Facebook. Był tam tak popularny, że słowa „internet” i „Facebook” w zasadzie znaczyły tam to samo. Powstała nawet gazeta dla osób, które nie miały dostępu do sieci. Przedrukowywano tam najciekawsze treści ze społecznościowego giganta.

Kiedy na birmańskim Facebooku zaczęły się pojawiać posty nawołujące do przemocy wobec Rohingya i dehumanizujące tę muzułmańską mniejszość, zaniepokojeni aktywiści zwrócili się do ludzi z Menlo Park z prośbą o moderację. Bez skutku. Potem okazało się, że zatrudniająca kilkanaście tysięcy cyberkorporacja miała tylko jednego moderatora posługującego się językiem birmańskim. O tym, co się dzieje na birmańskim Facebooku, po prostu w firmie nie wiedziano.

Czy to znaczy, że masakry tysięcy Rohingya w Mjanmie w 2017 roku, do której ta kampania nienawiści była preludium, osobiście winny jest Mark Zuckerberg?

Najazdu zwolenników przegranego prezydenta Trumpa na Kapitol też?

To pytanie trzeba przeformułować. Na przykład następująco: czy 35-letni twórca potęgi Facebooka w ogóle był albo jest świadomy tego, co stworzył? A może oskarżonym powinien być sam internet, który pozwala się łączyć złym, opętanym nienawiścią ludziom i wzmacnia ich przekaz?

Dziennikarki Sheera Frenkel i Cecilia Kang próbują odpowiedzieć na te pytania w książce „An Ugly Truth. Inside Facebook’s Battle for Domination” (Naga prawda. Wewnątrz walki Facebooka o dominację). Przeprowadziły rozmowy z 400 osobami, które miały coś wspólnego z gigantem z Menlo Park – głównie byłymi i obecnymi pracownikami. Zuckerberg nie zgodził się na rozmowę, jego dyrektor operacyjna Sheryl Sandberg tak – ale off the record, więc autorki nie mogły zacytować jej wypowiedzi.

Łączymy ludzi. Kropka

Tytuł książki to cytat z notatki Andrew Boswortha, prominentnego pracownika Facebooka – twórcy News Feedu, strumienia wiadomości pojawiającego się po wejściu na stronę. Bosworth zamieścił ją na wewnętrznej platformie komunikacyjnej w odpowiedzi na apele pracowników, by wprowadzić w tym strumieniu zmiany. News Feed priorytetyzował bowiem nieprawdziwe wiadomości i brukowe sensacje – bo im więcej osób było nimi zainteresowanych, tym bardziej były promowane i u tym większej liczby osób się pojawiały.

To, że ludzi kręcą brukowe sensacje, nikogo w Facebooku nie dziwiło, ale to, że tak pasjonują ich nieprawdziwe wiadomości w 2016 roku, kiedy notatka powstała, dopiero zaczynało być oczywiste. Za sprawą pierwszej kampanii prezydenckiej Donalda Trumpa.

Bosworth pisał:

„Łączymy ludzi. Kropka. Dlatego usprawiedliwione jest wszystko, co robimy, żeby rosnąć. Wszystkie kontrowersyjne praktyki importowania kontaktów. Cały ten subtelny język, który pomaga ludziom w decyzji, żeby znajomi mogli ich wyszukać.

Więc łączymy ludzi. To może być złe, jeśli ludzie zrobią z tego zły użytek. Może kogoś będzie kosztować to życie, bo zostanie narażony na prześladowanie. Może ktoś zginie w ataku terrorystycznym, który został skoordynowany za pomocą naszych narzędzi. Naga prawda wygląda tak, że wierzymy w łączenie ludzi tak głęboko, iż wszystko, co pozwala nam częściej łączyć więcej ludzi, jest de facto dobre”.

Na tę „nagą prawdę” przykładów jest u Frenkel i Kang wiele, w tym takich, które wywołują gęsią skórkę. Bo niby wiemy, że za możliwość bycia połączonymi z innymi płacimy prywatnością, że Facebook wykorzystuje dane, którymi się z nim dzielimy, żeby jak najlepiej dopasować ofertę reklamową do naszych potrzeb. Jednak większość użytkowników macha na to ręką, bo szkód gołym okiem nie widać, a korzyści z uczestnictwa w globalnej sieci znajomych, plotek, złych i dobrych wiadomości wydają się przeważać.

I łatwo zapomnieć o tym dniu w grudniu 2009 roku, kiedy okazało się, że ustawienia prywatności dotyczące niektórych danych osobistych zostały z automatu zamienione na „publiczne” i wszyscy na całym świecie mogli zobaczyć nasze zdjęcia albo adresy mailowe. To nie było wprowadzenie nowej funkcjonalności, z której mogliśmy – lub nie – skorzystać, ale przymuszenie do niej. Nie opt in, ale opt out – trzeba było samemu zmienić ustawienia na „znajomi”. Ile osób się nie zorientowało? Przy 777 mln użytkowników, których wtedy miał Facebook, każdy procent liczony był w setkach tysięcy.

Wyżerka z newsów

Najstarsi górale – ci korzystający z Facebooka przed pojawieniem się polskiej wersji językowej w 2008 roku – może pamiętają, że kiedyś po zalogowaniu do serwisu nie widziało się strumienia informacji. Trzeba było zajrzeć na profil znajomego, żeby zobaczyć, co zapostował. News Feed pojawił się nagle na ekranach kilkudziesięciu milionów korzystających z Facebooka osób w 2006 roku. Też bez uprzedzenia. I również nikt nie zapytał nas, czy chcemy, żeby nasze posty pojawiały się na dzień dobry u wszystkich znajomych.

Był jeszcze Beacon, czyli narzędzie, które zbierało informacje o tym, co kupowali użytkownicy Facebooka na innych stronach. Te informacje także trafiały do strumienia wiadomości. Zamawiałaś bilet lotniczy na romantyczny weekend z kochankiem – twój mąż dowiadywał się o tym natychmiast po odpaleniu Facebooka. Z dwóch stron transakcji kupna zadowolona była tylko firma, która bilet sprzedawała: nie dość, że dostawała dostęp do danych użytkowników, to jeszcze darmową reklamę w postaci informacji o zakupie w News Feedzie.Czytaj także:Wielki Brat Facebook

Ten pomysł z 2007 roku to było już za dużo i dla organizacji konsumenckich, i dla prostych fejsbuczan. Użytkownicy wymogli zmianę na opt in – aby korzystać z Beacona, odtąd trzeba się było zapisać. Potem się okazało, że nawet jeśli ktoś się z niego wypisał, jego transakcje w sieci były nadal śledzone przez firmowe trackery.

W 2018 roku Facebook podjął decyzję o zmianach w News Feedzie, które miały faworyzować treści tworzone przez użytkowników kosztem polityków i mediów. Skutek był taki, że i media, i politycy starali się wypuszczać treści bardziej sensacyjne i kreujące ostrzejsze konflikty, żeby dotarły do jak największej liczby odbiorców. Jak wiemy z wewnętrznego raportu Facebooka z kwietnia 2019 roku ujawnionego przez „The Wall Street Journal”, jedna z polskich partii politycznych szacowała, że w związku z tym musi zmienić proporcję postów „pozytywnych” i „negatywnych” z 50:50 na 80:20.

Autorka raportu zaproponowała, żeby nie priorytetyzować tych najbardziej gorących treści. Propozycja nie weszła w życie, bo mogła obniżyć współczynnik interakcji na portalu.

Po przeczytaniu „Nagiej prawdy” i pięcioodcinkowej serii „The Wall Street Journal” o Facebooku z września tego roku takie przykłady mogłabym wymieniać jeszcze długo.

Sala samobójców

Frenkel i Kang piszą, że Zuckerberg miał szczególną obsesję na temat badań użytkowników, w których pytano, czy Facebook jest „dobry dla świata”. Kiedy ze strumienia wiadomości zaczęto usuwać fake newsy, ten współczynnik poszedł do góry. Zmniejszył się jednak czas przebywania użytkowników na stronie. Zuckerberg „elastycznie” postanowił wrócić do poprzednich zasad.

Wcześniej byli rosyjscy hakerzy, którzy swobodnie hasali po Facebooku przed wyborami prezydenckimi w 2016 roku, a zespół ds. bezpieczeństwa, który ich wykrył i przed nimi ostrzegał, został stopniowo zminimalizowany, bo zdaniem menedżerów wyolbrzymiał zagrożenie.

Była też afera Cambridge Analytica z 2018 roku – potężna dziura w systemie umożliwiła ściągnięcie danych prawie 90 mln użytkowników Facebooka, które potem można było wykorzystać przy mikrotargetowaniu wyborców. Została zaplanowana właśnie po to, żeby twórcy zewnętrznych aplikacji mieli dostęp do danych.

Nie tylko przeciw Facebookowi, ale również przeciwko innym, wzorowanym na nim mediom społecznościowym przemawiają opisane przez „WSJ” wewnętrzne badania cyberkorporacji. Wynika z nich, że 13 proc. nastolatków z Wielkiej Brytanii, którzy mają myśli samobójcze, i 6 proc. tych z USA twierdzi, że owe myśli mają związek z Instagramem, a konkretnie – z prezentowaną tam wyidealizowaną wizją ciała. W innym badaniu przeprowadzonym na potrzeby Facebooka 40 proc. nastoletnich użytkowników Instagrama stwierdziło, że ich poczucie „nieatrakcyjności” zrodziło się właśnie podczas korzystania z aplikacji.

Sugestie ekspertów, by na Instagramie mniej promować modę i celebrytów, spotkały się z odpowiedzią, że przecież na Instagramie właśnie o modę i celebrytów chodzi.

Popierdoleńcy, czyli my

Zdziwieni? Tak to się zapowiadało już od początku, kiedy 19-letni Mark Zuckerberg, student drugiego roku na Uniwersytecie Harvarda, w lutym 2004 roku wraz z kolegami wypuścił w świat Thefacebook, stronę dla studentów pozwalającą im wymieniać wiadomości i zdjęcia, prototyp wszystkich późniejszych sieci społecznościowych.

Wkrótce potem pisał w czacie do przyjaciela:

Zuck: mam ponad 4000 adresów mailowych, zdjęć, adresów pocztowych.

Przyjaciel: co?! jak ci się to udało?

Zuck: ludzie po prostu mi je dali

Zuck: nie wiem dlaczego

Zuck: „ufają” mi

Zuck: popierdoleńcy

No, popierdoleńcy. Już wtedy Mark Zuckerberg wiedział, że kto ma dane, ten ma władzę. W pionierskich latach firmy na zebraniach podnosił pięść do góry i krzyczał: „dominacja!”. Trochę jak dzieciak oszołomiony tym, że wygrywa w komputerowej grze, trochę jak karykaturalny złol z dawnych „Bondów”.

Kiedy zatrudnił Sheryl Sandberg, pracującą wcześniej dla Google’a, przekuł tę dominację w naprawdę wielkie pieniądze. Sandberg stworzyła system dopasowywania reklam do użytkownika, który uczynił Zuckerberga miliarderem, a z Facebooka zrobiła jedną z najpotężniejszych cyberkorporacji. W ciągu ostatnich pięciu lat gigant z Menlo Park zarobił 100 mld, a jego wartość rynkowa osiągnęła BILION dolarów.

Shoshana Zuboff, badaczka z Harvardu, która ukuła termin „kapitalizm nadzoru” – opisujący sposób, w jaki firmy takie jak Facebook zarabiają pieniądze dzięki utowarowieniu śladów, które zostawiamy po sobie w sieci – nazwała Sandberg „tyfusową Mary”. Okrutne porównanie. Mary Mallon, irlandzka kucharka, na początku XX wieku pracowała w wielu „dobrych domach” w Nowym Jorku. Była bezobjawową nosicielką tyfusu, którym zaraziła ponad 50 osób. Kilka z nich zmarło.

W metaforze Zuboff Sandberg, przenosząc model „kapitalizmu nadzoru” z Google’a, gdzie go stworzyła, do Facebooka, rozprzestrzeniła go praktycznie na cały świat.

Autorki „Nagiej prawdy” postrzegają związek Zuckerberg-Sandberg jako symbol dychotomii, która jest przekleństwem użytkowników Facebooka: przyczyniać się do postępu, łącząc ludzi, a jednocześnie na nich zarabiając. Ten związek z biegiem lat ewoluował. Zuckerberg przejmował coraz większą osobistą kontrolę nad firmą, ręcznie sterując najważniejszymi procesami. Sandberg czuwała i czuwa nad zarabianiem pieniędzy, ale nie zabiera już głosu w sprawach misji i kierunków rozwoju firmy.

Dlatego na zadane wcześniej pytanie, w jakim stopniu Mark Zuckerberg jest osobiście odpowiedzialny za wszystko, co zarzuca się Facebookowi, odpowiedź brzmi: w znaczącym.

Moralne granice rynku

Nie jest pierwszym przedsiębiorcą-wynalazcą, który wymyślił żarówkę i zbił na niej fortunę. Ale jest pierwszym, który wciąż jest w posiadaniu wynalazku, z którego korzystają dziś prawie 3 mld ludzi. Jego wpływy, oddziaływanie i odpowiedzialność można porównać do tych, w jakie wyposażony jest papież. Tylko że papieża wybiera Kolegium Kardynałów, które ma jakiś pomysł na to, jakie cechy charakteru powinien mieć ich kandydat i jakie wartości reprezentować. Mark Zuckerberg tymczasem wybrał się sam.

„Nigdy nie widziałem, żeby Mark czytał jakąś książkę albo wyraził jakieś zainteresowanie książkami. Wchłaniał idee, które unosiły się dookoła w tamtym czasie, ale nie interesował się głębiej ich korzeniami. I zdecydowanie nie wykazywał szerszego zainteresowania filozofią, myślą polityczną czy ekonomią. Powiedziałbym, że był zbyt zajęty zdobywaniem świata, żeby czytać” – mówił autorkom książki jeden z jego przyjaciół z tamtych lat.

Wkrótce przy boku Zuckerberga, który rzucił studia, żeby rozwijać najbardziej obiecujący ze start-upów, pojawili się mentorzy z Doliny Krzemowej: Peter Thiel, twórca PayPala, i Marc Andreessen, twórca przeglądarki Netscape. Przekazali mu typowe dla tamtej szerokości geograficznej poglądy: libertarianizm i niechęć do państwowych regulacji.

Książka filozofa prawa z Harvardu Michaela Sandela „Czego nie można kupić za pieniądze? Moralne granice rynku” wyszła dopiero w 2012 roku, ale zapewne nie należałaby do lektur rekomendowanych przez otoczenie przyszłemu miliarderowi. A szkoda, bo mówi ona właśnie o tym, że są rzeczy, których nie można poddać czystej logice rynku, bo powoduje to ludzkie krzywdy i erozję wartości.

Jak zło rodzi się z głupoty

„Edukacja Zucka”, a raczej jej brak, miała potem swoje konsekwencje choćby w przypadku Mjanmy. Stała za całą korporacyjną kulturą Facebooka. Mało komu w tej firmie przychodziło bowiem do głowy, że narzędzie stworzone po to, żeby studenci mogli czatować o „hot” i mniej „hot” koleżankach, w innych krajach, na innych kontynentach i w innych warunkach może odegrać taką rolę jak Radio Télévision Libre des Mille Collines w Rwandzie.

Dziś ten problem narasta, bo liczba użytkowników Facebooka w Stanach Zjednoczonych i Europie maleje, za to rośnie na innych kontynentach. W samych Indiach użytkowników Facebooka jest 300 mln. W wielu krajach stanowi on główne źródło informacji, a problemy z zapanowaniem nad przekazywanymi tą drogą treściami są wciąż te same. Jak pisze „The Wall Street Journal”, w 2020 roku moderatorzy Facebooka wypracowali 3,2 mln godzin, wyszukując, oznaczając lub usuwając fałszywe albo niebezpieczne informacje. Ale tylko 13 proc. tego czasu przeznaczono na zawartość strony spoza Stanów Zjednoczonych.

Podobnie jak w przypadku Mjanmy brakuje moderatorów znających języki krajów, w których Facebook operuje. Dochodzi do sytuacji, które mogłyby być komiczne, gdyby nie chodziło w nich o ludzkie życie. Podczas kolejnej eskalacji konfliktu izraelsko-palestyńskiego wiosną 2021 roku algorytm usuwał wszystkie posty z nazwą „Al-Aksa”. Nawet jeśli chodziło o meczet w Jerozolimie będący trzecim co do ważności świętym miejscem islamu, a nie Brygady Męczenników Al-Aksa, palestyńskie ugrupowanie uznawane za terrorystyczne.

Z kolei w 2020 roku w Wietnamie Facebook ograniczył dostęp do postów Bui Van Thuana i innych opozycyjnych działaczy w zamian za obietnicę wietnamskiego rządu, że nie będzie spowalniał jego lokalnych serwerów. Na brak odpowiedniej wiedzy i odpowiednich narzędzi służących moderacji treści nieanglojęzycznych nakłada się tu więc trzeci czynnik – chęć utrzymania dobrych stosunków z niedemokratycznymi władzami. Wszystko w imię „łączenia ludzi” i ciągnięcia z tego zysków.

Błogosławiona cisza

Wydarzenia w USA pokazały, jak bardzo sytuacja, w której głównym narzędziem międzyludzkiej komunikacji jest komercyjny produkt zarabiający na kontrowersjach, jest potencjalnie niebezpieczna. Dopiero one – właśnie dlatego, że rozegrały się pod nosem zarządzających korporacją, w centrum demokratycznego świata – dobitnie uświadomiły ludziom wewnątrz Facebooka i opinii publicznej w krajach Zachodu, z czym mamy do czynienia.

Jeszcze w listopadzie 2016 roku, 48 godzin po wygranych przez Trumpa wyborach prezydenckich, Zuckerberg stwierdził publicznie, że nie może sobie wyobrazić, żeby niewielka liczba nieprawdziwych informacji i dezinformacji rozpowszechnianych na Facebooku mogła w jakikolwiek sposób wpłynąć na wynik wyborów prezydenckich. Trump mógłby wtedy powiedzieć: „potrzymaj mi piwo”.

Bolesne doświadczenia Facebooka w krajach takich jak Mjanma okazały się powtarzalne także w Stanach Zjednoczonych – używane przez miliony media społecznościowe wyolbrzymiają przesłanie i pozwalają mu dotrzeć do milionów. I są straszliwą bronią w rękach polityków, jeśli ci nie cofają się przed manipulacją, kłamstwem i wzniecaniem konfliktu.

Ten tekst powstaje w czasie, kiedy facebookowe konto byłego prezydenta Donalda Trumpa pozostaje zawieszone, podobnie jak to na Twitterze. Z przestrzeni publicznej zniknęły jego oskarżycielskie tweety, w których jak w staroangielszczyźnie wszystkie rzeczowniki pisane były dużą literą. Po szoku ataku zwolenników Trumpa na Kapitol i podważania przez niego niekorzystnego dla siebie wyniku ostatnich wyborów prezydenckich ta cisza w cyfrowym eterze wydaje się błogosławiona.

Zanim jednak do niej doszło – dopiero kiedy Trump wezwał swoich zwolenników do protestów, twierdząc, że to on wygrał wybory – Facebook długo mu pobłażał. Nie zdecydował się np. zrobić nic z tweetem opublikowanym po śmierci George’a Floyda i wybuchu protestów przeciwko brutalności policji.

„Kiedy zaczyna się plądrowanie, zaczyna się też strzelanie” – tak Trump ostrzegł zwolenników ruchu Black Lives Matter. Dla Twittera to było już za dużo – dodał do wiadomości informację, że post nawołuje do przemocy. Zuckerberg nie zrobił nic, tłumacząc, że „jest liderem organizacji, która stoi na straży wolności wypowiedzi”.

W publicznych wystąpieniach Zuckerberga kwestia wolności słowa i gwarantującej ją pierwszej poprawki do konstytucji USA pojawia się tym częściej, im głośniejsze są zarzuty przeciwko Facebookowi.

Najlepiej chyba podsumował to komik Sacha Baron Cohen: „Tu chodzi nie o ograniczanie komuś wolności wypowiedzi, tylko o dawanie ludziom, w tym najbardziej godnym potępienia ludziom na Ziemi, największej platformy w historii, pozwalającej im dotrzeć do jednej trzeciej planety”.

Naga prawda jest taka, że jeśli chce się pozostać przyzwoitym, nie da się jednocześnie zarabiać na kontrowersjach i bronić wolności słowa.

Feed w złotych ramkach

Ale co właściwie można zrobić z tym Facebookiem? Rozbić, tak jak kiedyś rozmontowano monopol Standard Oil czy ATNT? Ale jeśli nawet Zuckerberg będzie musiał sprzedać WhatsAppa i zostawi sobie Messengera, niewiele to zmieni. Siłą Facebooka jest właśnie to, że łączy wszystkich na całym globie. Jak go podzielić: na kraje Północy i Południa, na prawicę i lewicę, na kobiety i mężczyzn?

Jedynie regulacje na poziomie państw – w mniejszym zaś stopniu presja aktywistów i opinii publicznej – mogą doprowadzić to tego, żeby giganci tacy jak Facebook wzięli odpowiedzialność za niebezpieczne treści propagowane za ich pośrednictwem. Proponowana przez Komisję Europejską legislacja, Digital Services Act, która grozi wysokimi karami za niewystarczającą moderację treści, idzie właśnie w tę stronę.

Media społecznościowe są wspaniałym wynalazkiem. Pozwalają łączyć rozdzielone przez setki kilometrów rodziny i przyjaciół, a wyjątkowym treściom rozprzestrzeniać się z dynamiką, na jaką zasługują.

Profesor Nadia Chaudhri, 44-letnia neuronaukowczyni z kanadyjskiego uniwersytetu Concordia, umiera na raka. Jej odchodzenie obserwuje na Twitterze już ponad 130 tys. osób, a z każdym dniem obserwujących przybywa. To dlatego, że Chaudhri oswaja śmierć. Pisze o tym, jak musiała powiedzieć swojemu siedmioletniemu synowi, że wkrótce umrze. Rysuje dla niego i dla swojego męża obrazek, na którym zakopują urnę z jej prochami pod drzewem. A wszystko to robi z uśmiechem i z niewymowną gracją, której nie zabrały jej nawet deformujące rysy twarzy sterydy i wyniszczone ciało.

„Nie boję się” – pisze Chaudhri, smakując każdą minutę z tych niewielu, które jej zostały. Ludzie z całego świata przysyłają jej zdjęcia pięknych krajobrazów, kwiatów, kolorowych motyli – żeby i ona mogła się nimi nacieszyć.

Życie, które zostawia za sobą Nadia Chaudhri, jest piękne. Obserwującym jej konto na Twitterze jej radosna i spokojna obecność (choć nie ukrywa tego, że umieranie wiąże się z fizycznym cierpieniem) pozwala wypełnić lukę, jaką stworzyła współczesna kultura – wyparcie śmierci z naszego codziennego życia.

Zaglądam na jej profil codziennie – po dawkę spokoju, radości i zrozumienia. Mam nadzieję, że kiedy profesor Nadia nas opuści, jej feed zostanie przez Twittera oprawiony w złote ramki i przypięty gdzieś w widocznym miejscu jako coś, co jest najlepsze w mediach społecznościowych.

Nie mam za to ochoty zaglądać na profil Marka Zuckerberga. Pozostał chyba tym samym dzieciakiem. Na filmie z okazji 4 lipca sunie nad powierzchnią wody na hydroskrzydle z wielką flagą USA w rękach. W tle słychać „Country Roads”.

To taki poziom żenady, że miałoby się ochotę raz na zawsze zostawić Facebooka.

A nie, poczekaj.

Miłada Jędrysik


Dlaczego Mark Zuckerberg jest złym człowiekiem

Kategorie: Uncategorized

2 odpowiedzi »

  1. Pierwotnym grzechem Google, Twittera i FB jest cenzura wypowiedzi użytkowników. Cenzura jest zawsze selektywna, bo kierowana przez ludzi którzy mają opinię. Cenzura jest zawsze narzędziem kontroli na rzecz specyficznej ideologii. Zasięg cenzury rośnie. Każda instytucja pozbawiona skutecznej kontroli publicznej rośnie. Cenzura też.

    Szkody cenzury są przeważnie niewidocznie, bo ofiary cenzury tracą możliwość komunikacji ( jak ekskomunikacja z gminy wierzących). I tak lista „zabronionych” opinii na Internecie systematycznie rośnie, a lista „dozwolonych” skraca się.

    Kulturze zachodniej zajęło wiele czasu i morze krwi, aby zrozumieć, że wolność słowa i wolność opinii są złem koniecznym. Bo cywilizacja zachodnia próbowała najpierw inne metody i ta okazała się najlepsza. W ciągu około 150 lat przestrzegania wolności słowa i opinii cywilizacja zachodnia rozkwitła i poprawiła nie do poznania byt ludzki. Nie brakowało wyjątków i kataklizmów po drodze, ale w sumie została osiągnięta niebywała poprawa bytu człowieka na całym świecie.

    Te wolności słowa, opinii i praktykowania zawodu stały się synonimami sukcesu cywilizacji zachodniej.

    Ale cenzura już zdołała obniżyć chęć obywateli na wyrażenie niezależnej opinii i na innowację w cywilizacji zachodniej i już staje się czynnikiem zwolnionego, nawet ujemnego, przyrostu poziomu życia. I rośnie dalej. Jak dotąd nie ma skutecznego mechanizmu kontroli trybunałów cenzury.

    Cenzura toczy fundamenty zachodniej kultury liberalnej i obraca ją w oligarchię, pod wieloma względami o interesach sprzecznych z interesem publicznym.

    Wolność słowa jest denerwująca ale widocznie nie ma lepszej metody na poprawne społeczeństwo.

  2. Siostra Cukerberga, Randi, byla odpowiedzialna za tresc zamieszczanyc wpisow. Kiey zwrocono sie do niej o zablokowanie wpisow Holocaust-deniers i neo-nazi, odmowila.
    ” Freedom of Expression” byla jej odpowiedz.
    Zmienilo sie kiedy o wiele pozniej zwrocono sie o zablokowanie wypowiedzi przeciwko Murzynom amerykanskim. Jakby sie FB wazyl odmowic ?
    Wiec ” woke” FB zablokowal i o Murzynach-i Zydom ,tez sie ” udalo” , przy okazji, nie bardzo mozna bylo odmawiac.
    Nie wiem czy Cukerberg jest ” zly”. Latwo napadac na kogo tak bogatego i wymawiac mu ” ze ksiazek nie czyta”.
    Ale jego siostra Randi, to oddzielna historia

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.