Uncategorized

Różewicz w kompleksie polsko-żydowskim


Henryk Grynberg

Wie­dzia­łem, że „z matki obcej” jak Mic­kie­wicz, i my­śla­łem, że z po­dob­nie mgli­stej, ale tym razem do­kład­nie wia­do­mo, że uro­dzi­ła się w nor­mal­nej ży­dow­skiej ro­dzi­nie i do­pie­ro mając dwa­na­ście lat, ucie­kła – do­słow­nie – w ob­ję­cia ka­to­lic­kie­go ko­ścio­ła. Dzie­ci ucie­ka­ją z domu z roz­ma­itych po­wo­dów, lecz uciecz­kę od wiary ży­dow­skiej uła­twia­ją ra­tow­ni­cy ży­dow­skich dusz. W tym wy­pad­ku mogła ona mieć głęb­sze dno, bo matki po­etów mają in­tu­icję i wy­obraź­nię, a rzecz się dzia­ła po fali po­gro­mów z lat 1905–1907. W swej szcze­gó­ło­wej bio­gra­fii Ró­że­wicz. Re­kon­struk­cja (Do­wo­dy na Ist­nie­nie, War­sza­wa 2021) Mag­da­le­na Gro­chow­ska przy­ta­cza miej­sco­wy po­grom z lipca 1923 roku, gdy „tłum – rów­nież ko­bie­ty – bił Żydów, roz­bi­jał ich stra­ga­ny, tłukł szyby w wi­try­nach, de­mo­lo­wał miesz­ka­nia i kradł” (s. 66). Żydzi ucho­dzą za wy­trwa­ły naród, lecz by­li­by wie­lo­krot­nie licz­niej­si, gdyby od wie­ków nie ucie­ka­li od sie­bie – co jest cał­kiem zro­zu­mia­łe, na­tu­ral­ne i uni­wer­sal­ne. „Była po­boż­na i bar­dzo dobra”, „wszy­scy ją chwa­li­li”, ale „widać było z wy­glą­du, że Ży­dów­ka. Nos, wszyst­ko po­dob­ne… Wieś wie­dzia­ła, że ona prze­chrzci­ła się na Polkę” (s. 96–97). „Na Polkę” – to jeden z ko­rze­ni kom­plek­su.

Był po­dob­ny do matki: nos, po ży­dow­sku „wąski trój­kąt twa­rzy”, gęste, czar­ne, krę­co­ne włosy. Ktoś po­wie­dział, że z nim „coś nie tak”, albo z jego matką. Ktoś życz­li­wy po­ra­dził uciecz­kę. „Serce mi prze­sta­ło bić, a potem po­de­szło ze stra­chu aż do gar­dła i tam utkwi­ło… strach o Mamę, o Braci, o Ojca…” (patrz Drew­nia­ny ka­ra­bin, [w:] Ta­de­usz Ró­że­wicz, Proza 2, Wy­daw­nic­two Dol­no­ślą­skie, Wro­cław 2004). O ojca nie­ko­niecz­nie, bo był stu­pro­cen­to­wym Aryj­czy­kiem, ale trze­ba było ucie­kać. Kilka dni póź­niej do ich miesz­ka­nia przy­szło ge­sta­po i ob­ra­bo­wa­no je „z po­ście­li, na­czyń, za­sta­wy sto­ło­wej, ob­ru­sów” (s. 108) – jak po­ży­dow­skie. Ktoś za­brał z urzę­du kwa­te­run­ko­we­go ich do­ku­men­ty, me­try­ki (s. 200); ktoś życz­li­wy albo nie. Re­gio­nal­na ga­ze­ta prze­szła na służ­bę oku­pan­ta: „bę­dzie­my żyć z na­ro­dem kul­tu­ral­nym, który wy­eli­mi­nu­je wszel­kie zło”; czeka nas „lep­sze i szczę­śliw­sze życie – na­resz­cie bez żydów”. Ga­ze­ta wy­ja­śnia­ła, że aby być żydem, wy­star­czy po­cho­dze­nie jed­ne­go z ro­dzi­ców (s. 183). Prze­gląd ga­dzi­nó­wek – jed­nej z pa­skud­niej­szych form ko­la­bo­ra­cji – na­le­żał do jego obo­wiąz­ków kon­spi­ra­cyj­nych (s. 183). W 1943 po­szedł do lasu. Peł­nił funk­cję ofi­ce­ra oświa­to­we­go (s. 194), lecz brał udział we wszyst­kich ak­cjach zbroj­nych i w wy­ko­ny­wa­niu wy­ro­ków śmier­ci. „Sam nie wy­ko­ny­wa­łem”, wy­ja­śnił (s. 193). W lesie od­by­wa­ły się „szwanc­pa­ra­dy”, czyli prze­glą­dy le­kar­skie nago dla wy­kry­wa­nia cho­rób we­ne­rycz­nych, a w nie­któ­rych od­dzia­łach – ob­rze­za­nych. Tego aku­rat nie mu­siał się bać, ale i tak mu­siał uciec; sam do­wód­ca mu to do­ra­dził. Niby przez po­glą­dy le­wi­co­we, które wy­ra­ził w Czy­nie Zbroj­nym, ale ktoś inny za te same po­glą­dy nie mu­siał­by ucie­kać. „Typy z NSZ” go póź­niej po­szu­ki­wa­ły (s. 249), choć był za mało zna­czą­cym le­wi­cow­cem, żeby go po­szu­ki­wa­ły tylko za to.

Był po­dob­ny do matki: nos, po ży­dow­sku „wąski trój­kąt twa­rzy”, gęste, czar­ne, krę­co­ne włosy.

Ja­nusz, star­szy brat, nie był le­wi­cow­cem i po­uczał go: „Obok bru­nat­nej dyk­ta­tu­ry jest czer­wo­na… jedna nie lep­sza od dru­giej…” (s. 184). Po nie­uda­nej pró­bie wy­do­sta­nia się z kraju przez Węgry Ja­nusz za­an­ga­żo­wał się „w struk­tu­ry wy­wia­dow­cze Pol­skie­go Pań­stwa Pod­ziem­ne­go”. Od­cho­dząc – a miesz­ka­li wtedy w Czę­sto­cho­wie – po­szedł z ojcem na Jasną Górę, gdzie „mo­dlił się długo i żar­li­wie” (s. 232). W 1944 wszedł w skład kie­row­nic­twa Od­dzia­łu II Okrę­gu Łódz­kie­go. Znał nie­miec­ki i uda­wał Ba­war­czy­ka. W czerw­cu aresz­to­wa­ło go w Łodzi ge­sta­po i tor­tu­ro­wa­ło w swo­jej sie­dzi­bie na An­stad­ta. Roz­strze­la­no go 7 li­sto­pa­da – dwa i pół mie­sią­ca przed wej­ściem Armii Czer­wo­nej – i za­ko­pa­no na cmen­ta­rzu ży­dow­skim z grupą in­nych Po­la­ków. Sa­mu­el San­dler, mój póź­niej­szy pro­fe­sor, był człon­kiem grup ro­bo­czych po­zo­sta­wio­nych w get­cie, które co­dzien­nie ko­pa­ły na tym cmen­ta­rzu rowy dla roz­strze­li­wa­nych Po­la­ków (patrz mój Pa­mięt­nik 4). Wy­da­no go jako Żyda, lecz wi­docz­nie się nie przy­znał i zgi­nął jako Polak. Tego dnia z oka­zji rocz­ni­cy bol­sze­wic­kiej re­wo­lu­cji w Do­brem nie­da­le­ko War­sza­wy Armia Czer­wo­na po­ka­zy­wa­ła nam film Lenin w Paź­dzier­ni­ku na wiel­kim ekra­nie, który uno­sił się w po­wie­trzu nad Ryn­kiem na tle ko­ścio­ła i my­śla­łem, że nic wię­cej ni­ko­mu nie grozi.

Parę mie­się­cy póź­niej do tam­te­go bu­dyn­ku na An­stad­ta na miej­sce Ge­sta­po wpro­wa­dzi­ło się UB. Było tam au­dy­to­rium i po­dium, na któ­rym pięć je­sie­ni póź­niej – też 7 li­sto­pa­da – tań­czy­łem z ze­spo­łem ży­dow­skie­go domu dziec­ka na cześć re­wo­lu­cji. Wi­dow­ni naj­bar­dziej po­do­bał się nasz ta­niec ma­ry­nar­ski do taktu „Ech ty, ja­błocz­ko, kuda ty ka­czysz­sja, mie­nia w rot po­pa­diosz nie wo­ro­tisz­sja”, ulu­bio­nej pio­sen­ki NKWD. Ulica An­stad­ta, krót­ka aleja wio­dą­ca do Parku He­le­now­skie­go, na­zy­wa­ła się wtedy 19 Stycz­nia na cześć dnia, gdy do Łodzi we­szła Armia Czer­wo­na. Jesz­cze kilka je­sie­ni póź­niej wpro­wa­dzi­łem się do ma­leń­kiej ka­wa­ler­ki przy tejże alej­ce, parę bu­dyn­ków od tam­te­go po ge­sta­po i po UB, gdzie mie­ści­ła się teraz ope­ret­ka. Ostat­ni raz wi­dzia­łem tę ulicz­kę ja­kieś ćwierć wieku temu; nic się nie zmie­ni­ła i na­zy­wa­ła się znowu An­stad­ta. „Żal tylko ogrom­ny, że go wy­sła­no do tej strasz­li­wej Łodzi”, na­pi­sze w 1994 roku do Ró­że­wi­cza żoł­nier­ka AK Ja­dwi­ga Przy­łu­ska. „To było naj­gor­sze mia­sto kon­spi­ra­cyj­nie, szpie­go­stwo, do­no­sy, zdra­dy…” (s. 233). Szko­da, że ten temat nie zo­stał roz­wi­nię­ty, bo to było rów­nież mia­sto „roz­ryw­ko­we” dla Niem­ców przy­jeż­dża­ją­cych z fron­tu na urlop, by za­ba­wić się w tu­tej­szych noc­nych ho­te­lach, bur­de­lach (patrz Jo­an­na Ostrow­ska, Prze­mil­cza­ne. Sek­su­al­na praca przy­mu­so­wa w cza­sie II wojny świa­to­wej, Wy­daw­nic­two Kry­ty­ki Po­li­tycz­nej, War­sza­wa 2018, s. 309). Łódz­kie getto, choć od­gro­dzo­ne tylko dru­tem, było naj­szczel­niej­sze – żad­nych kon­tak­tów z drugą stro­ną. I było to bo­daj­że chyba je­dy­ne mia­sto, gdzie po po­gro­mie kie­lec­kim straj­ko­wa­no prze­ciw su­ro­wym wy­ro­kom dla mor­der­ców. Or­ga­ni­za­to­rów straj­ku prze­słu­chi­wa­no na An­stad­ta i znów sły­sza­no tam krzyk bi­tych. A w 1968 roku naj­pa­skud­niej­sze an­ty­se­mic­kie pasz­kwi­le uka­zy­wa­ły się w łódz­kiej pra­sie.

                                                                       *

Nikt nie wie, jak zgi­nę­ła ro­dzi­na ich matki. „Nigdy się o tym nie mó­wi­ło w domu” (s. 61). Gdy młod­szy brat Sta­ni­sław się żenił, matka spy­ta­ła na­rze­czo­ną, czy jej po­wie­dział, ale nie wy­ja­śni­ła, o czym… Na­rze­czo­na oczy­wi­ście wie­dzia­ła od są­sia­dów, takie rze­czy w Pol­sce się wie, lecz Sta­ni­sław nigdy jej nie po­wie­dział, a ona nie py­ta­ła (s. 114). Na ame­ry­kań­skiej za­sa­dzie don’t ask, don’t tell, jakby to była brzyd­ka cho­ro­ba. Byłem prze­ko­na­ny, że dys­kre­cja po­zwo­li­ła mu uni­kać przy­kro­ści, lecz oka­zu­je się, że nie. Pol­scy ka­to­li­cy wie­dzą, że zbłą­ka­ną ży­dow­ską owiecz­kę trze­ba na­pro­wa­dzić na drogę zba­wie­nia i że są za to do­dat­nie punk­ty, ale ta owca w ich oczach jest nadal czar­na. „Nie była już Ży­dów­ką, ale też nigdy nie za­ak­cep­to­wa­no w pełni jej pol­sko­ści” (s. 75–76). „W pełni”? Ja bym po­wie­dział, że wcale: „Ty, Ży­dó­wo, krad­niesz mi mar­chew!”, za­wo­ła­ła na nią baba, gdy idąc z wnu­kiem, schy­li­ła się po mar­chew­kę z pola (s. 76). Nie ak­cep­to­wa­no też jej synów, choć nigdy Ży­da­mi nie byli. „W okre­sie Marca 1968 na li­ście lo­ka­to­rów wro­cław­skiej ka­mie­ni­cy ry­so­wa­no przy jego na­zwi­sku gwiaz­dę Da­wi­da” (s. 55). Takie gwiaz­dy wid­nie­ją rów­nież przy „mar­co­wych” wy­cin­kach pra­so­wych na jego temat w bi­blio­te­ce war­szaw­skie­go Domu Li­te­ra­tu­ry (s. 209). Dla­te­go w (nie­pu­bli­ko­wa­nym) dra­ma­cie Kom­ba­tant i dziew­czy­na, któ­re­go akcja roz­gry­wa się w 1968 roku, dwaj neo-szmal­cow­ni­cy po­dą­ża­ją za Męż­czy­zną do bramy, sy­cząc: „Dam se łeb ukrę­cić, że sjo­ni­sta”. Także w sta­nie wo­jen­nym ma­lo­wa­no mu w spi­sie miesz­kań­ców gwiaz­dę i do­pi­sy­wa­no „ŻYD” (s. 76). Bał się wejść na klat­kę scho­do­wą (s. 153). Nie był za­chwy­co­ny, gdy przed­sta­wio­no mu kan­dy­dat­kę na sy­no­wą z domu Wajnsz­tok, któ­rej oj­ciec był więź­niem Au­schwitz i po an­ty­se­mic­kiej na­gon­ce 1968 roku po­peł­nił sa­mo­bój­stwo (wbrew twier­dze­niu pew­ne­go pol­skie­go uczo­ne­go, że „ofiar śmier­tel­nych nie było”). Dla­te­go gdy Gro­chow­ska spy­ta­ła jego wnucz­kę, w jaki spo­sób po­cho­dze­nie matki „za­wa­ży­ło na jego życiu”, usły­sza­ła, że „dzia­dek nie ży­czył­by sobie po­ru­sza­nia tych spraw” (s. 209).

Eli­mi­no­wał wątki bio­gra­ficz­ne, do­pusz­czał „je­dy­nie spra­wy warsz­ta­tu”. Od­rzu­cał au­to­bio­gra­ficz­ną in­ter­pre­ta­cję swo­ich utwo­rów: „Nie bar­dzo mnie ob­cho­dzi, jaką mamę miał Szek­spir…”. Tylko raz, w li­ście do Pawła May­ew­skie­go, „z nie­spo­ty­ka­ną u niego otwar­to­ścią” wy­znał, że nosi w sobie ta­jem­ni­ce „za­ko­pa­ne jak ciało w ziemi”, że „matka jest w środ­ku całej jego twór­czo­ści” (s. 53), i obie­cał, że kie­dyś opo­wie mu hi­sto­rię „za­drę­czo­nej przez cho­ro­bę (i hi­sto­rię) ko­bie­ty”, przed którą „zdaje ra­chu­nek ze swo­je­go tchó­rzo­stwa” (s. 67). Pawła May­ew­skie­go po­zna­łem naj­pierw ko­re­spon­den­cyj­nie, tłu­ma­cząc za­rob­ko­wo an­glo­ję­zycz­ne tek­sty dla jego no­wo­jor­skie­go kwar­tal­ni­ka „Te­ma­ty”, po czym oso­bi­ście w 1972 roku, gdy pra­co­wa­li­śmy w wa­szyng­toń­skiej re­dak­cji mie­sięcz­ni­ka „Ame­ry­ka” (patrz Ciąg dal­szy, Świat Książ­ki, War­sza­wa 2008). Był nie­zwy­kle oczy­ta­nym sa­mo­ukiem, który wojnę prze­żył gdzieś na so­wiec­kim ze­sła­niu. Mówił, że był sie­ro­tą, lecz nie wy­ja­śniał, jak nim zo­stał, a włosy miał takie jak Ró­że­wicz. Po prze­czy­ta­niu mojej Ży­dow­skiej wojny po­wie­dział, że to „bo­le­sne” – i nic wię­cej. Za­pro­sił mnie parę razy do sie­bie do domu. Miał ame­ry­kań­sko-ży­dow­ską żonę, ale o tym się nie mó­wi­ło. Po­ru­szał roz­ma­ite in­te­lek­tu­al­ne te­ma­ty, ale nigdy ży­dow­skie. Au­tor­ka twier­dzi, że Ró­że­wi­cza po­łą­czy­ło z nim „sub­tel­ne po­do­bień­stwo w od­bio­rze świa­ta”. Moim zda­niem także to, o czym nie mó­wi­li.

Karl De­de­cius w li­ście z 2 li­sto­pa­da 1974 pro­sił Ró­że­wi­cza o szcze­gó­ły do jego por­tre­tu bio­gra­ficz­ne­go. Ró­że­wicz na to za­pro­po­no­wał, żeby De­de­cius „wy­ma­lo­wał” por­tret z tego, co „wi­dział i czuł”, gdy tłu­ma­czył jego utwo­ry: „z na­szych spo­tkań i wy­stą­pień na wie­czo­rach au­tor­skich i z na­szych roz­mów, po­dró­ży (…). Jak Ty mnie wi­dzisz – nie jak ja sie­bie widzę”. Wcze­śniej, w po­ło­wie 1973 roku, pod­rzu­cił mu tylko szcze­gó­ły o ro­dzi­nie ze stro­ny ojca:

Dzia­dek był rol­ni­kiem, Oj­ciec był jed­nym z ośmior­ga dzie­ci, ostat­ni brat Ojca An­to­ni był z za­wo­du cie­ślą-sto­la­rzem… Oj­ciec mój żyje jesz­cze w Czę­sto­cho­wie – ma 88 lat. Byłem u niego przed dwoma dnia­mi, była też sio­stra Ojca – ma 90 lat – spę­dza­łem u niej przez wiele lat wa­ka­cje (…), u ciot­ki i u ku­zy­nów, któ­rzy jesz­cze tam go­spo­da­ru­ją na wie­luń­skich pia­skach – w do­li­nie rzeki Warty.

O matce tylko że „zmar­ła w roku 1957 i jest po­cho­wa­na na cmen­ta­rzu w Gli­wi­cach”. Ani słowa o jej ro­dzi­nie, choć nor­mal­nie dziec­ko le­piej zna ro­dzi­nę swej matki niż ojca. W li­ście pi­sa­nym w Nowy Rok 1975 dodał, że jego star­szy brat „był w Łodzi ofi­ce­rem AK, pra­co­wał w kon­spi­ra­cji” i że był „aresz­to­wa­ny przez Ge­sta­po w lipcu 1944”, po czym zo­stał „roz­strze­la­ny z grupą to­wa­rzy­szy broni w li­sto­pa­dzie 44” (patrz „Odra” 2016, nr 6). Także Ta­de­uszo­wi Drew­now­skie­mu po­wie­dział, „żeby wię­cej pisał o [jego] pracy niż o oso­bie” (s. 191). Ow­szem, „ob­da­rza sobą” pro­ta­go­ni­stów swo­ich sztuk i opo­wia­dań, ale plą­cze, „myli tropy”, co wię­cej, sto­su­je „za­bie­gi uni­wer­sa­li­zo­wa­nia i po­lo­ni­zo­wa­nia ofiar Za­gła­dy” (s. 231). Wiele z tych rze­czy nie włą­czy do swo­ich Utworów ze­bra­nych (s. 194).

Bar­dzo się na­ra­ził Mo­cza­ro­wi i jego „par­ty­zan­tom” an­ty­he­ro­icz­ny­mi utwo­ra­mi o za­wszo­nej par­ty­zant­ce „śmier­dzą­cej onucą”. Na wia­do­mość o ogól­no­kra­jo­wym suk­ce­sie par­ty­zanc­kiej śpie­wo­gry Dziś do cie­bie przyjść nie mogę… spy­tał: „A wszy wy­bi­ja­li? – Nie. – A wie pan, od tego za­czy­nał się dzień” (s. 220). Byłem w lesie, nie w par­ty­zant­ce, tylko ży­dow­skiej zie­mian­ce, ale do­brze pa­mię­tam te wszy. My nie mie­li­śmy tego luk­su­su, żeby je wy­bi­jać w dzień, bo cały dzień le­że­li­śmy pod zie­mią. Wy­bi­ja­li­śmy je tylko w nocy nad ogniem, mniej sku­tecz­nie (patrz Ży­dow­ska wojna). Wi­dzia­łem spek­takl w war­szaw­skim Te­atrze Kla­sycz­nym na bar­dzo do­brym po­zio­mie, ale zna­łem przed­tem bar­dziej pod­ziem­ną wer­sję tego te­ma­tu: „Dziś do cie­bie przyjść nie mogę, czeka na mnie nocna brać, nie wy­glą­daj za mną oknem [brzyd­ko, brzyd­ko – H.G.] kurwa mać”. Sły­sza­łem ją od pod­rost­ków z pro­win­cji, gdzie bo­ha­ter­ska wer­sja nie za­wsze ro­bi­ła po­żą­da­ne wra­że­nie. Pisał rów­nież o cien­kiej linii po­mię­dzy (każdą zresz­tą) par­ty­zant­ką a ban­dy­ty­zmem. Dra­mat Do pia­chu uzna­no za pasz­kwil, „roz­pę­ta­ła się burza” i po na­gon­ce i ano­ni­mach („wynoś się mośku do Izra­ela”) mu­siał wy­co­fać go z re­per­tu­aru (s. 220, 262). Co gor­sza, miał w ewi­den­cji, że słu­żył pod do­wódz­twem „War­szy­ca”, który po woj­nie po­zo­stał w par­ty­zant­ce, by wal­czyć z „czer­wo­nym hi­tle­ry­zmem”, a Sąd Spe­cjal­ny tego Kon­spi­ra­cyj­ne­go Woj­ska Pol­skie­go w 1946 roku ska­zał Mo­cza­ra – ów­cze­sne­go szefa łódz­kie­go UB – na śmierć „za zbrod­ni­czy ter­ror i wy­słu­gi­wa­nie się So­wie­tom” (s. 223).

Prze­ko­na­ny, że go szka­lu­ją, że „robią mu koło nogi” (s. 36), Ró­że­wicz wy­brał Gli­wi­ce, a potem Wro­cław – żeby jak naj­da­lej. Mnie Ka­zi­mierz Bran­dys ra­dził, żebym też się trzy­mał z da­le­ka. Do­my­śla­łem się, że cho­dzi o in­try­gi, pro­wo­ka­cje, do­no­sy, bo mia­łem do­świad­cze­nie z ZMP (patrz Życie ide­olo­gicz­ne). Nie przyj­mo­wa­łem sa­lo­no­wych za­pro­szeń. Z Domu Pracy Twór­czej sko­rzy­sta­łem tylko raz – w Ustce, ostat­nie­go lata przed uciecz­ką – lecz nigdy mi nie przy­szło do głowy, że śro­do­wi­sko li­te­rac­kie to „wy­cho­dek”, „łajno ga­ze­ciar­skie”, „wszy li­te­rac­kie”, „mendy”, „pa­pie­ro­wa pa­dli­na”. Był „ob­ra­żo­ny i ob­ra­ża­ją­cy” i „strasz­nie zner­wi­co­wa­ny”, ale do­stał w 1948 roku sty­pen­dium imie­nia – nomen omen – Krzysz­to­fa Ka­mi­la Ba­czyń­skie­go, ufun­do­wa­ne przez matkę poety, która też nie chcia­ła, by wie­dzia­no o ży­dow­skim po­cho­dze­niu jej syna. Wy­jeż­dżał „na Wschód i Za­chód w ra­mach mię­dzy­pań­stwo­wej wy­mia­ny kul­tu­ral­nej” – co też może świad­czyć, że śro­do­wi­sko nie było aż tak wred­ne – ale nie był za­do­wo­lo­ny: „Wy­jaz­dy za gra­ni­cę nie spra­wia­ją mi żad­nej ra­do­ści; czuję się obco, czę­sto czuję wstręt, je­stem wście­kły…” – pisał do May­ew­skie­go. Do­my­ślam się, że czuł się nie­zręcz­nie zwłasz­cza na Za­cho­dzie, gdzie nie ro­zu­mia­no, czemu oca­la­ły z Za­gła­dy poeta unika roz­mów o swym po­cho­dze­niu.

W pol­skiej sali wy­sta­wo­wej na lip­skich Tar­gach Książ­ki (ma­rzec 1996) pod­sze­dłem do Hanny Krall, która stała z siwym star­szym panem nie­po­zor­ne­go wzro­stu. Przed­sta­wi­ła mnie, ale jego na­zwi­ska nie wy­mie­ni­ła. „Prze­pra­szam, a z kim mam przy­jem­ność?”, spy­ta­łem. „Jak to, nie wiesz?”, skar­ci­ła mnie. A skąd mia­łem wie­dzieć? Jego twarz wi­dzia­łem tylko raz na czo­łów­ce war­szaw­skiej „Kul­tu­ry”, gdy był o po­ło­wę młod­szy i miał cał­kiem inną czu­pry­nę. Zaraz ku­pi­łem jego dwu­ję­zycz­ne Po­ezje wy­bra­ne – Se­lec­ted Poems i pro­sząc o de­dy­ka­cję, nie­ostroż­nie po­wie­dzia­łem, że nie­któ­rzy widzą pewne po­kre­wień­stwo mię­dzy nami… Ob­ru­szył się i po­wie­dział: „Trze­ba się ode­rwać!”. To było nie­po­ro­zu­mie­nie, bo ja – mimo zbli­żo­nej te­ma­ty­ki – lgną­łem ra­czej do kla­sy­cy­stów, za­rów­no w po­ezji, jak i w pro­zie. Byłem pod wra­że­niem jego po-ho­lo­kau­sto­wych po­ezji, ale awan­gar­do­wość – zwłasz­cza w tym te­ma­cie – wcale mnie nie po­cią­ga­ła. Na nasze „po­kre­wień­stwo” zwró­cił uwagę Ry­szard Ma­tu­szew­ski po moim pierw­szym tomie: „Nie­któ­re wier­sze przy­po­mi­na­ją pe­re­gry­na­cje pół out­si­de­ra, pół mo­ra­li­sty, znane nam z po­ema­tów Ró­że­wi­cza. Więk­szość z nich jed­nak po­sia­da in­dy­wi­du­al­ny cha­rak­ter” (O de­biu­tach po­etyc­kich,  „Kie­run­ki” 1963, nr 36). Ktoś inny mógł za­uwa­żyć mój wiersz Kro­pla krwi – „ja zaj­mu­ję się iskrą na­sie­niem / nie­trwa­ło­ścią ga­sną­cym pło­mie­niem / i przy­cho­dzę w pry­wat­nej spra­wie” z kodą: „nie ga­lak­ty­ki nie ga­lak­ty­ki bolą / ma­łost­ko­we­go z na­tu­ry poetą / lecz prze­bi­ty ba­gne­tem pro­mień / za­chły­śnię­ty kro­plą krwi / mały liść” (An­ty­no­stal­gia, Lon­dyn 1971) – i ze­sta­wić z jego „I wy­to­czył świa­tu i za­świa­tom / spra­wę / o kro­plę krwi” (s. 211) oraz z no­we­lą fil­mo­wą pod ty­tu­łem Kro­pla krwi. Mnie takie po­życz­ki w do­brej wie­rze nie prze­szka­dza­ją, prze­ciw­nie, je­stem z nich dumny. Na­to­miast nie godzę się na „roz­my­wa­nie Za­gła­dy przez wpi­sy­wa­nie jej w zbrod­nie wobec na­ro­du pol­skie­go” (s. 287), na które Bo­że­na Keff na­tra­fi­ła w jego oświę­cim­skim wier­szu War­ko­czyk, który „nie ko­ja­rzy się z ży­dow­ską dziew­czyn­ką”, twier­dząc, że oświę­cim­skie dzie­ci w jego wier­szach „wy­stę­pu­ją w ma­skach pol­skich dzie­ci”. Ale i bez tego źle by się ze mną czuł, jak kilka in­nych po­sta­ci z pol­sko-ży­dow­skim kom­plek­sem, od któ­re­go ja umia­łem się wy­zwo­lić.

Linia Ró­że­wi­czów „krze­wi się w utwo­rach i li­stach pi­sa­rza jak ży­cio­daj­ne drze­wo” – ni­czym ka­mu­flaż – na­to­miast „linia Gel­bar­dów roz­my­wa się jak we mgle” (s. 63). Udo­stęp­nił wspo­mnie­nia swego ojca do książ­ki o swo­jej kre­acji po­etyc­kiej i był roz­cza­ro­wa­ny, że autor ich nie wy­ko­rzy­stał (s. 86). Matka od­cho­dzi „to jego naj­dal­sza wy­po­wiedź”. Pod ko­niec życia po­wie­dział do syna: „Do cho­le­ry, do czego ja mam się przy­zna­wać? (…) Myśmy nie zro­bi­li ni­cze­go, czego mie­li­by­śmy się wsty­dzić”. To praw­da. Nigdy nie na­le­żał do par­tii, a jego le­wi­co­wość „po­le­ga­ła na tym, że był za­wsze po stro­nie słab­sze­go i po­krzyw­dzo­ne­go” (s. 123). W „póź­nym roku 1995” po­wie­dział nagle do Marii Dę­bicz: „Moja matka, Mario, była Ży­dów­ką”. Co było praw­dą tylko w Pol­sce i paru po­dob­nych kul­tu­rach, gdzie do­mi­nu­ją kry­te­ria ra­so­we, bo matką zo­sta­ła długo po tym, jak z wła­snej i nie­przy­mu­szo­nej woli prze­sta­ła być Ży­dów­ką – i nigdy nie za­mie­rza­ła za­wró­cić. Nie pod­jął nauki an­giel­skie­go na sty­pen­dium ame­ry­kań­skie­go uni­wer­sy­te­tu. A szko­da, bo do­wie­dział­by się, że w tym ję­zy­ku jego matka nie była Ży­dów­ką.

*

W jego za­pi­skach „ude­rza nie­obec­ność po­li­ty­ki, brak re­ak­cji na tętno hi­sto­rii. Mil­czy ka­len­da­rzyk w sta­nie wo­jen­nym”, wska­zu­je au­tor­ka (s. 54). Nie za­bra­kło jed­nak ta­kie­go „tętna” w jego utwo­rach. „W Hisz­pa­nii w Gre­cji / w do­mach pro­stych ludzi / miesz­ka mil­cze­nie… / miesz­ka śmierć / Od­szedł od nich śmiech… / sły­chać pio­sen­kę więź­nia… (…) Daw­niej / kiedy wiel­ką elek­trow­nię w Ban­hi­dzie / mieli w kie­sze­ni An­gli­cy (…) Wi­dzia­łem ry­su­nek / sied­mio­let­niej dziew­czyn­ki / (…) W takim domu będę miesz­ka­ła / jak się skoń­czy pię­cio­lat­ka / (…) Czas który idzie jest pięk­niej­szy / (…) ko­mu­nizm ludzi pod­nie­sie / ob­my­je z cza­sów po­gar­dy // Teraz jest wojna / Zimna mówią / (…) Ge­ne­ra­ło­wie i szpie­dzy / z umar­ły­mi twa­rza­mi / prze­bi­ja­ją mapy / (…) Sza­leń­cy i prze­my­słow­cy / kar­mią fa­szyzm… // Ale są żoł­nie­rze / któ­rzy ka­ra­bin przy­ci­ska­ją do serca / po to aby zabić wojnę / I jest czło­wiek / O nim pisze poeta: / «W trzech kom­na­tach Krem­la Sta­re­go / miesz­ka czło­wiek który zwie się Józef Sta­lin» (…) // Tutaj – przez Dunaj szli żoł­nie­rze / Był gru­dzień rok czter­dzie­sty czwar­ty / W Du­na­ju pły­nie męż­nych krew / Wę­gier­ska chłop­ka pa­cierz mówi / kiedy prze­cho­dzi obok drogą”. To wy­pi­sy z pro­pa­gan­do­we­go to­mi­ku Czas, który idzie (Czy­tel­nik, War­sza­wa 1951). Za ko­niecz­ne uwa­żam tylko spro­sto­wa­nie, że w grud­niu roku czter­dzie­ste­go czwar­te­go w Du­na­ju pły­nę­ła głów­nie krew Żydów. Sta­wia­no ich na brze­gu ze zwią­za­ny­mi rę­ko­ma i strze­la­no. Pewno nie­któ­rzy byli mężni, a inni nie, ale do­brze, że „wę­gier­ska chłop­ka pa­cierz mówi”, bo to Wę­grzy strze­la­li, o czym autor w 1951 roku miał prawo nie wie­dzieć. W ogóle nie mam do niego pre­ten­sji, bo w owych la­tach też byłem lo­ja­li­stą (patrz Życie ide­olo­gicz­neUchodź­cyPa­mięt­nik), choć do tego ro­dza­ju „współ­pra­cy” – jaw­nej i do­bro­wol­nej, nawet jeśli nie ocho­czej – nie zmu­sza­no. Po­le­ga­ła ona głów­nie na uprze­dza­niu ży­czeń wła­dzy. Przy­ta­czam ten kla­syk tylko dla­te­go że autor był wy­bit­nym poetą i warto się za­sta­no­wić, jak to świad­czy o po­ezji (por. Pa­mięt­nik 4, 24 III 2017).

Zatem „re­ago­wał bar­dzo żywo na ak­tu­al­ne za­mó­wie­nia po­li­tycz­ne” (s. 326). Stąd rów­nież po­emat o ge­ne­ra­le Ka­ro­lu Świer­czew­skim (Gwiaz­da pro­le­ta­ria­tu) i dra­mat o ko­mu­ni­stycz­nym bo­ha­te­rze Ma­ria­nie Bucz­ku. Mógł to robić ze stra­chu (jak kilku in­nych by­łych AK-owców) lub w imię nowej wiary, do któ­rej się przy­zna­wał: „Ja też uwa­ża­łem i nadal uwa­żam, że so­cja­lizm to jest dobry po­mysł na spra­wie­dli­wość spo­łecz­ną” (s. 359). Z pew­no­ścią za­słu­żył na na­gro­dę pań­stwo­wą i Złoty Krzyż Za­słu­gi w 1955 roku, a w 1957 na (de­wi­zo­wy) mie­sięcz­ny pobyt w Pa­ry­żu. Miał prawo po­wie­dzieć: „Ja aku­rat z nich wszyst­kich naj­mniej kla­ska­łem” (s. 380), lecz i Gie­droyć miał rację, że ten świet­ny poeta „po­li­tycz­nie za­cho­wu­je się strasz­nie” (s. 400). I może nie na­le­ży się dzi­wić, że spa­rzo­ny po­przed­nim za­an­ga­żo­wa­niem nie po­parł po­li­tycz­nie So­li­dar­no­ści.

Po woj­nie miał po­czu­cie, że „czło­wiek i kul­tu­ra zdra­dzi­li sa­mych sie­bie” (s. 322). Ja do­ro­słem do tego póź­niej, ale mam to po­czu­cie i dziś. Wi­dział, jak „język, słowa, kul­tu­ra słu­ży­ły złu” (s. 281), i do ja­kie­go stop­nia słowo „może być na­rzę­dziem zbrod­ni (s. 369). Jak dziś. Przy­łą­czył się do tych, co pró­bo­wa­li „stwo­rzyć po­ezję po Oświę­ci­miu”, i na­le­ży mu się za to wdzięcz­ność. Strzegł „do­stę­pu do za­ka­mar­ków swego życia”, „ucie­kał przed py­ta­nia­mi”. W la­tach sie­dem­dzie­sią­tych po­ja­wił się w te­le­wi­zji ar­gen­tyń­ski mi­ni­ster go­spo­dar­ki, który uro­dził się w Ra­dom­sku i na­zy­wał Jose Ber Gel­bard – nie do­cie­ka­li ewen­tu­al­nych związ­ków ro­dzin­nych. Nie chciał, „że­by­śmy ujaw­nia­li się z tym, że mamy krew ży­dow­ską, bo nie wia­do­mo, co się może zda­rzyć”, wy­znał jego syn (s. 208). Dziś wiemy, że miał rację. I prawo, bo Żydem nie był i cier­piał bar­dziej nie­spra­wie­dli­wie niż Żyd. Słusz­ne obu­rzył się, że San­dau­er umie­ścił go w książ­ce O sy­tu­acji pol­skie­go pi­sa­rza ży­dow­skie­go po­cho­dze­nia w XX wieku. Na­to­miast po­mi­nął mnie, choć mia­łem już pięć tomów prozy, trzy zbio­ry po­ezji i czte­ry laury (Bo­row­skie­go, Ko­ściel­skich, pa­ry­skiej „Kul­tu­ry” i lon­dyń­skich „Wia­do­mo­ści”), a moja sy­tu­acja była kla­sycz­na.

Po woj­nie miał po­czu­cie, że „czło­wiek i kul­tu­ra zdra­dzi­li sa­mych sie­bie”

Uro­dził się ka­to­li­kiem w ka­to­lic­kiej ro­dzi­nie, cho­dził do ko­ścio­ła, wal­czył z bro­nią w ręku o Pol­skę, „roz­czy­ty­wał się w Ewan­ge­liach” (s. 76). Nic nie po­mo­gło, bo był pol­skim poetą, do tego wy­bit­nym, wy­wie­ra­ją­cym wpływ na pol­skie dzie­ci, pol­ską kul­tu­rę, pol­skie­go ducha. Nie miało zna­cze­nia, że był tylko pół­krwi ży­dow­skiej, do tego prze­chrzczo­nej. Dla­te­go jego brat, obie­cu­ją­cy poeta z wy­da­nej tuż przed wojną an­to­lo­gii dwu­dzie­sto­le­cia 1918–1938, zgi­nął z do­no­su. A Ba­czyń­ski od „za­błą­ka­nej” kuli. Żył w de­fen­sy­wie, „żeby nie dać się wy­klu­czyć z pol­skiej wspól­no­ty na­ro­do­wej czy ka­te­go­rii Po­la­ka”, bo wciąż „po­ja­wia­ją się sy­tu­acje po­li­tycz­ne, które go wy­klu­cza­ją” (s. 215). W jego twór­czo­ści nie ma ju­da­izmu. Jest „pro­te­stan­tyzm Die­tri­cha Bon­ho­ef­fe­ra i aria­nizm”, twier­dzi jego wnuk. „To, że kazał się po­cho­wać na cmen­ta­rzu ewan­ge­lic­kim, nie na kir­ku­cie, naj­le­piej świad­czy o tym, co mu było bli­skie”. Albo o tym, że ze­pchnię­ty do mniej­szo­ści wolał – z wyżej wska­za­nych wzglę­dów – zna­leźć się wśród bar­dziej ak­cep­to­wa­nej. Pod­kre­ślał, że „twór­ca musi krą­żyć do­ko­ła swego środ­ka, jeśli go ma”. On miał go aż nadto. Od za­po­bie­gli­wej matki, która w spi­sy­wa­nych przed śmier­cią wspo­mnie­niach „po­za­cie­ra swe związ­ki z Gel­bar­da­mi” i „umrze jako gor­li­wa ka­to­licz­ka” (s. 69).

PS. Gro­chow­ska przy­po­mnia­ła „małą Ryfkę” z jego prozy (s. 123). Nie wie­dział zatem, że nie jest to szorst­kie zdrob­nie­nie typu „Janka” czy „Fran­ka”, ale pełne imię bi­blij­nej ma­triar­chi­ni, która w he­braj­skim ory­gi­na­le i mo­dli­tew­ni­kach pi­sa­na jest jako Riwka (rejsz, jud, wejt, kuf, hej), a w in­nych ję­zy­kach „Re­we­ka”, „Re­be­ka” – lecz nigdy „Ryfka”

Kategorie: Uncategorized

2 odpowiedzi »

  1. Pisze Rachelle Halpern

    Beautiful. The story raises a question who is a Jew. Can one really stopped being a Jew by converting to another religion? Jewishness is not the same as Judaism.

  2. Pisze Adam B
    Ocalony, opcja atomowa. Najmocniejsze przesłanie, związane z doświadczeniami Żydów, a także Polaków, którzy przeżyli wojnę, w gettach, obozach zagłady, i partyzantce, przekazywane następnym pokoleniom. „Mam 24 lata, ocalałem prowadzony na rzeź https://www.youtube.com/watch?v=i-MVxV6kEdo

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.