Uncategorized

Pojednanie ze złem- Wątek 4 – cz3/5


Leon Weintraub

Widywałeś się z rodziną?

W lutym odwiedził mnie Robert. Pojechaliśmy do Jokkmokk, na targi Lapończyków, czyli Samerów.. Lapończycy to pejoratywne określenie. Był parę dni. Raz odwiedziła mnie żona. W sierpniu przyjechała siostra z Ameryki z mężem. Wsiadłem w samochód po pracy, jechałem całą noc, żeby się z nią spotkać. Popołudniu wróciłem do Luleå.

Na północy zaczął się tragiczny dla mnie okres samotności. Poza szpitalem nie miałem do kogo gęby otworzyć. Zimą było ciemno przez całą dobę, wiosną i latem słońce nigdy nie gasło. Po północy, na chwilę chowało się w morzu i zaraz było znów na horyzoncie. Gdy jest ciemno, możesz światło zapalić, słońca nie wyłączysz. To mnie męczyło i spowodowało chorobę lapońską czyli rodzaj depresji. Praca wiązała się nie tyle z lękiem, ale z wyobcowaniem. Na szczęście ręce same operowały. 

Był zwyczaj, że lekarz wszystkie swoje spotkania z pacjentkami nagrywał na taśmę. Sekretarka to odsłuchiwała i zapisywała w historii choroby. Siedziałem nad tym do nocy. Nagrywałem, kasowałem, nie byłem z siebie zadowolony. Sekretarki mnie chwaliły, mówiłem prostym językiem, ale przynajmniej mogły zrozumieć. Z lekarzami z Danii miały problem. Robiłem też notatki, żeby jako tako dogadać się z pacjentkami, trochę po angielsku, trochę po niemiecku, po szwedzku. To wszystko spowodowało, że wyczerpała się moja rezerwa psychiczna. Jestem silny, mam wolę życia, w porównaniu z tym, co przeżyłem wszystko było o niebo lepsze, jednak ten przejściowy okres, sam od stycznia do września 1970 roku, był trudny. 

Kiedy pracowałem, nie myślałem. Nie było czasu na roztkliwianie się czy przeżywanie. Gdy zostawałem sam, miałem złe myśli. Uwidoczniło się z całą siłą, to co było przyczyną wyjazdu. Rozgoryczenie, żal, przykrości jakich doznałem, prawie roczna walka o uratowanie mojego honoru, godności. To wszystko do mnie wróciło, miało bardzo negatywny wpływ…

Wieczorem siedziałem w skromnym, pustym pokoju: tylko łóżko, stół i szafka. Ręce chowałem pod uda i głośno powtarzałam: „nie rób tego, nie rób tego”. Miałem obraz, że wchodzę do łazienki, puszczam ciepłą wodę, wkładam pod nią ręce i podcinam sobie żyły. Kończę ze sobą. Dokładnie widziałem jak to robię, ale siłą woli zmuszałem się, żeby się powstrzymać. Nie wolno mi było. Zwyciężyło poczucie odpowiedzialności za rodzinę, za synów. Nie byłem w stanie myśleć o przyjaciołach w Warszawie. Musiałem przetrwać do czasu, kiedy się dostosuję i zacznę żyć nowym życiem w nowych warunkach. Napisałem parę listów do Polski, ale nie miałem siły podtrzymywać relacji. Za dużo małem trudności do opanowania. 

Pracowałem nad sobą i ze sobą, prowadziłem autoterapię.

W takim stresie to możliwe?

Jako lekarz wiem, że mózg może pracować w stanie podwyższonego napięcia przez pewien czas, potem ono w naturalny sposób opada. Dlatego mówi się, że 'czas goi rany’. Z czasem najgorsze przeżycia blakną, stają się mniej ważne. Tylko po co czekać miesiącami, skoro mogę uporać się z trudnymi myślami, emocjami, szybciej? Od czego mam mózg? W dodatku nienajgorszy. Tak sobie tłumaczyłem. Ta zasada przydała mi się potem w życiu wielokrotnie. Dzięki temu nie musiałem chodzić do psychologa.

Piłeś?

Alkohol nie jest dla mnie lekarstwem. Do dzisiaj ludzie, którzy tracą kontrolę pod jego wpływem, są dla mnie nie do zaakceptowania. Owszem kieliszek wina, ale żeby się upić? Zrobiłem to raz w sanatorium francuskim po wojnie,  14 lipca 1945 roku. Już o tym wiesz.

Zaprzyjaźniłeś się z kimś?

Pomimo całej przychylności i ciepła z jakim mnie przywitano i traktowano, nie miałem miejsca w sercu i umyśle na przyjaźnie. Ciągle byłem w nastroju smutnym, głową w Warszawie. Przez 19  lat w Polsce uzbierało się wspomnień, kontaktów. Zostawiłem bliskich ludzi, tych, z którymi przeżyłem getto i tych których poznałem w klinice. Również grono przyjaciół ze strony Katji. Tego nie dało się odciąć, zapomnieć.

Tematem wśród szwedzkich kolegów podczas lunchu były podatki i pieniądze. W styczniu 1970, kiedy zacząłem pracować, wprowadzono tzw. reformę siedmiu koron. Przedtem lekarze mogli przyjmować prywatnie pacjentki w szpitalu, w zamian za niewysoką opłatę za lokal dla władz szpitalnych. Reszta szła do ich kieszeni, nikt tego nie kontrolował. Od tej reformy pacjentka płaciła za wizytę siedem koron. Dla lekarzy to była duża strata finansowa, tylko o tym się rozmawiało. 

Ciekawe było jak ordynator zaprosił mnie po raz pierwszy do domu. Byłem na wielu przyjęciach w Warszawie, sam przyjmowałem gości. Tam najpierw na apetyt podano cherry, potem była ryba i białe wino, następnie mięso i czerwone wino. Na koniec kawa z koniakiem. Cztery różne trunki nie odpowiadały mi. Były przyśpiewki, pogaduszki do każdego kieliszka. Ten, kto siedział po prawej stronie pani domu, musiał wygłosić dla niej podziękowania. Nastrój był formalny, nie było ciepła, ale nie było też pijaństwa. Styl przyjęć inny, formalny. Mimo, że wszyscy byli na „ty”, nie było „pan”, obowiązywała hierarchia.

We wrześniu 1970 wróciłeś do Sztokholmu. Znalazłeś inną pracę?

Okazało się, że w SÖS. Södersjukhuset, Szpitalu Południowym jest wolne miejsce. Doktor Fianu z Rumunii chciał odejść, szukali kogoś na jego miejsce. Katja się o tym dowiedziała przez gminę żydowską. Zgłosiłem się. Ordynatorem był Bruno Kaplan, przewodniczący gminy w Sztokholmie. Dostałem tę pracę. Po ośmiu miesiącach w Luleå wróciłem do rodziny. W drugim dniu w nowym miejscu przeprowadzałem operację. Wszedł ordynator, popatrzył przez ramię jak pracuję i więcej się na sali operacyjnej nie pokazał, gdy ja operowałem. Wiedział co robię.

Dla niektórych kolegów w szpitalu praca to było głównie  zarabianie pieniędzy. Troska o pacjentkę leżała na dalszym planie. Nie czuło się ducha lekarskiego. Ja miałem podejście wyniesione z Polski. Kiedy przychodzili studenci, mówiłem: „jeśli zaczniesz traktował pacjentkę jak kuzynkę, ciocię, zostaniesz dobrym lekarzem. Gdy to będzie pacjentka numer taki i taki, daleko nie zajdziesz”. Zawsze reagowałem, kiedy pielęgniarka oznajmiała pacjentka 4, 8. Czyli sala, 4 łóżko 8. Ona miała przecież nazwisko i imię. Uczyłem, żeby tak nie mówić. Miałem uraz do bycia numerem.

Zależało mi, żeby pacjentka po wizycie u mnie, wracała na kontrolę. Mówiłem zapisz się do lekarza z brodą. Wtedy ją nosiłem. Nie dbano o to, kontynuacja leczenia nie była ważna. Ja miałem listę pacjentek, historię choroby, szybko przejrzałem co było wcześniej. Kiedy wchodziła, wszystko o niej wiedziałem, a kobieta czuła się bezpieczna. Dla kolegów pacjentki ambulatoryjne się nie liczyły. To była przymusowa praca do odfajkowania. 

Lekarze w Sztokholmie mieli poczucie wyjątkowości, w hierarchii społeczeństwa stali wysoko. W czasie wojny było wśród nich wielu faszystów, sprzeciwili się np. wpuszczeniu lekarzy żydowskich do Szwecji. Ale w latach 1970. się o tym nie mówiło. Żyło się prywatnie, indywidualnie i mało było kontaktów poza pracą. W Warszawie spotykałem się lekarzami z kliniki neurologicznej i endokrynologicznej, gdzie konsultowałem pacjentów. A na Starynkiewicza to była jedna wielka rodzina. W Szwecji po pracy każdy szedł w swoją stronę. Z nikim z lekarzy się bliżej nie zaprzyjaźniłem, ani na północy w Luleå, ani w Sztokholmie. To były poprawne znajomości. Dobry i wieloletni kontakt miałem z położnymi. Bywaliśmy w swoich domach. Z nimi się zaprzyjaźniłem.

cdn

Ksiazke mozna kupic TUTAJ

Kategorie: Uncategorized

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.