Uncategorized

Jak profesor z angielskim

Jan Hartman

Miałem kiedyś zostać wiceministrem nauki. Takim od uczelni wyższych. Tusk chciał, ale Gowin położył się Rejtanem. A marzyło mi się, że zrobię zamach na tę akademicką rupieciarnię.

To już prawie wstyd być profesorem. Nie dość, że trzeba nim być w bardzo dziwnym nieraz towarzystwie (sam jestem dyżurnym przykładem takiej kompanii), to w dodatku z roku na rok spada się coraz niżej i niżej, aż ku mulistym otchłaniom anachronizmu i nieadekwatności. Wszak nic bardziej nieatrakcyjnego i zbędnego niż starszy mężczyzna, który kiedyś opublikował nieistotne, a w każdym razie nikogo dziś nieobchodzące prace. Jeszcze jeszcze, gdyś młody doktor habilitowany jednej z płci, paplający na filmiku dla gimnazjalistów. Bo nauka dziś to technologia przemieszana z zabawą, zwieńczona filozoficznymi uwagami o zagadkach istnienia, „na które naukowcy wciąż nie mają odpowiedzi”. Jednakże profesor na katedrze, przynudzający przez półtorej godziny, to zwierz dość ambarasujący, a nawet budzący awersję. Skondensowana nieśmieszna śmieszność, z którą nie wiadomo, co począć. Osoby studenckie nudzą się i brzydzą, a osoby dziekańskie odczuwają dyskomfort instytucjonalno-emocjonalny. Może by się go jakoś pozbyć? Ale gdzie miłosierdzie! Więc lepiej już poczekać i wyprawić takiemu jubel na odchodne – święto ulgi i radości z powodu zwolnionego etatu dla normalnego wyrobnika publikacji i punktów. Dla zawodowca po prostu.

Profesjonalizacja nauki prowadzi do jej merkantylizacji, a merkantylizacja – do infantylizacji jej publicznego wizerunku. W dodatku profesjonalizm nauki sprawił, że jej uprawianie jest rzemiosłem, do którego nie potrzeba ani wykształcenia, ani kultury, a już w szczególności tej XIX-wiecznej burżuazyjno-klasycznej ogłady i klasy, z powodu której dawniejsze pokolenia darzyły czcią uniwersyteckich profesorów. Ten system kulturowy, w którym profesor kołysał się nad społeczeństwem jak ziarnami brzemienny kwiatostan słonecznika, już nie istnieje, a sam profesorski tytuł znaczy tyle, ile jakaś śmieszna godność rodowa w rodzaju baroneta. Lepiej się nawet nie przyznawać!

Ów tytuł jest wynalazkiem cesarskim wpisanym w nowoczesny imperializm, głównie niemiecki i rosyjski. „Urzędnik państwowy” od nauki, służący państwu i cesarzowi. Potem, zwłaszcza po rewolucji 1968 r., status profesora wprawdzie osłabł, lecz nabrał cech demokratycznych. Profesor miał być niezależnym i krytycznym intelektualistą. Na Zachodzie nawet to działało, a u nas – jak cię mogę. Kilkudziesięciu odważnych się znalazło, a reszta pozostała na bezpiecznych oportunistycznych pozycjach, zwanych dziś zgrabnie symetryzmem. Tych niezależnych wciąż mamy we wdzięcznej pamięci, ale to tylko profesorska pamięć. Społeczeństwo o nich nie wie. Za to nauczyło się, że mądrość na tym właśnie polega, żeby sprawy rozważać, lecz unikać zajmowania stanowiska. Bo posiadanie opinii kłóci się z bezstronnością, a obstawanie za czymś – z niezależnością. Niech żyją mydłki i tchórze z mądrymi minami! A już zwłaszcza tacy, co krygują się, jacy to oni są skromni i nic nieznaczący, a jedynie cytatami z wielkich ludzi służący. Ale i oni kroczą już po czerwonych dywanach ku alejom zasłużonych i wiecznemu zapomnieniu.

W naszym nie tylko już postfeudalnym, lecz również postburżuazyjnym świecie nie tylko nie ma już przestrzeni, nawet takiej czysto sentymentalnej, dla przebrzmiałych form prestiżu, lecz także sama ich natura staje się czymś dla nowych pokoleń najpierw egzotycznym, a zaraz potem niepojętym. Trzeba się z tym pogodzić. Zostaliśmy z naszymi sążnistymi tytułami i księgami, z naszymi tołstymi żurnalami i łacińskimi mądrościami, jak ten Himilsbach z angielskim. Dobrze chociaż, że nasz angielski taki swojski, nie za poprawny. Pasuje w sam raz do naszych zębów, butów i teczek.

Miałem kiedyś zostać wiceministrem nauki. Takim od uczelni wyższych. Tusk chciał, ale Gowin położył się Rejtanem. A marzyło mi się, że zrobię zamach na tę akademicką rupieciarnię. Za to teraz się cieszę, że nie zostałem hunwejbinem rewolucji proletariackiej w nauce. Zresztą wtedy, 13 lat temu, było na to za wcześnie. Dziś już jednak trzeba by pomyśleć nad stopniowym odejściem od tych reliktów XIX w. w nauce – prezydenckich profesur, habilitacji, dożywotnio płatnego członkostwa w uczonej Akademii. To już przeżytki od dawna nieprzynoszące korzyści ani nauce jako takiej, ani jej społecznemu prestiżowi. Nawet inteligencja nie odróżnia już profesury uczelnianej od tytularnej ani pracy w PAN od członkostwa PAN. A jak odróżnia, to mało kogo to obchodzi. Mnie samego również nie bardzo, bo ani myślę oceniać kogoś wedle rang i tytułów.

Dajmy już sobie z tym spokój. Cesarsko-królewską tytulaturą nie zatkamy dziury w dziurawym balonie akademickiej pychy ani nie uratujemy prestiżu naszych hommes de lettres. Nawet uniwersytety nie są w stanie im pomóc. Trzymają ich jeszcze jako komorników prawem starego przywileju, ale na tym koniec. Młodsi muszą iść na garnuszek wydawców i redakcji, którym mogą nawet się przydać, jeśli tylko wykażą się odpowiednią elastycznością i tzw. zdolnościami adaptacyjnymi. Jednakże myśl poważna, trudna i nieprzymilna pozostanie bezpańska, niechciana i lekceważona. Wiedział to już Nietzsche, który – zdegustowany stosunkami panującymi na uniwersytecie oraz poziomem studentów – zamienił swą świetną karierę filologa na dość beznadziejny żywot pośród owiec i drobnomieszczańskich turystów w tanich pensjonatach. Opłaciło się. Porzuciwszy stan profesorski, przez 16 lat pisał zwariowane teksty, które z zapałem do dziś czytamy. Ach, pójść by w jego ślady! Tylko skąd wziąć 3 tys. euro miesięcznie? Jakieś pomysły?

Jak profesor z angielskim

Kategorie: Uncategorized

Zostaw odpowiedź Czekam na Twoje przemyślenia! Napisz w komentarzu.

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.