
Właściwie Stanisław Jerzy de Tusch-Letz, pseudonim literacki Stach – poeta, satyryk, aforysta, tłumacz literatury niemieckiej. Urodził się 6 marca 1909 roku we Lwowie, zmarł 7 maja 1966 roku w Warszawie.
Pochodził z uszlachconej rodziny żydowskiej, był synem barona Benona de Tusch–Letza i Adeli z domu Safrin. Wychowanek gimnazjów we Lwowie i Wiedniu, maturę uzyskał w 1927 roku we Lwowie. W latach 1927–1933 podjął studia na Uniwersytecie Jana Kazimierza, gdzie po pierwszym roku polonistyki przeniósł się na prawo. W 1928 roku debiutował wierszem „Wiosna” w 13. numerze krakowskiego „Kuriera Literacko–Naukowego”. Ryszard Matuszewski wspominał:
Jako poeta i satyryk zespalał obserwacje społeczne i psychologiczno-obyczajowe z refleksyjnym, drwiącym lub melancholijnym komentarzem, celował w formach epigramatycznie zwięzłych, odznaczających się wyszukanym konceptualizmem językowym i składniowo-kompozycyjnym. Przywiązany do schyłkowej tradycji galicyjsko-wiedeńskiej, którą darzył żartobliwym sentymentem, był zarazem bliski postępowemu nurtowi literatury niemieckiej, co znalazło wyraz w jego pracach przekładowych.
Nie sztuka powiedzieć: „Jestem!” Trzeba być
Poeta potwierdzał swoim życiem prawdziwość własnych najbardziej paradoksalnych maksym. Dziedzic baronowskiego tytułu na przekór swojej sferze miał zdecydowanie lewicowe poglądy. Trójczłonowe nazwisko skrócił i spolszczył do prostego: Lec, co po hebrajsku oznacza wesołka, ale i bystrego obserwatora, który to, co widzi, „na swój sposób interpretuje i wyjaśnia”. Salomon Łastik powiedział:
W języku hebrajskim wyraz Lec występuje jako określenie wesołka, klowna, cynika, i jako abrewiacja ze słów Lewi Cedek – lewita sprawiedliwy. Jest rzeczą oczywistą, że Lec upierał się, że właśnie jego nazwisko wywodzi się z abrewiacji, nie bacząc na to, iż często w swoich wierszach satyrycznych i „Myślach” nazywał siebie wesołkiem. Mało tego: udowadniał, że wywodzi się z sefardytów to jest z arystokratycznych Żydów Zachodu, że jest pochodzenia hiszpańskiego. Przytaczał przy tym jako dowód nazwisko matki – Safrin.
Stanisław Jerzy Lec jawnie komunizował, co mu nie przeszkadzało trwać w kulcie cesarza Franciszka Józefa, którego portret w kolejnych mieszkaniach wieszał zawsze na poczesnym miejscu. Mimo poglądów zbieżnych z postulowaną polityką władz powojennej Polski, miewał poważne zatargi z komunistyczną cenzurą. W końcu – a może i przede wszystkim – uważał się za poetę, mimo że największą sławę zyskał jako autor celnych sentencji. Włodzimierz Maciąg pisał:
Rozgłos zdobył Lec przede wszystkim jako autor znakomitych aforyzmów, gromadzonych w zbiorach „Myśli nieuczesane”. Wcześniej uprawiane fraszki nasyciły się bogatym i dramatycznym materiałem doświadczeń z lat 1955–1957, doświadczeń zwłaszcza politycznych i ideowo–społecznych. Fraszka przestaje być żartem, zrzuca rym, stając się aforyzmem, nie tracąc jednak ironiczno–żartobliwego charakteru. Pokazuje, z jakich pozorów korzysta wstydliwość moralna, jakimi maskami posługuje się człowiek, jak bezradny bywa wobec zmienności form i kodeksów. Chodzi więc o człowieka, który się gubi, błądzi i ośmiesza, tworzy reguły, aby je następnie omijać, kreuje bogów, aby aby ich następnie oszukiwać. Człowiek jest pyszny, tchórzliwy, egoistyczny – mówią aforyzmy, ale człowiek chce być dobry, tworzy iluzje, że mu się to udaje i to go właśnie rehabilituje. Wiele trafnych, wnikliwych spostrzeżeń Leca odnosi się do obyczaju codziennego, do konwencji erotycznych, do form towarzyskich środowiska artystycznego.
Najzwięźlej (aforystycznie!) twórczość Stanisława Jerzego Leca podsumował Andrzej Nowicki:
Osiągnął ideał: potrafił jak najkrócej powiedzieć jak najwięcej

Tragizm epoki oddaje jej śmiech
W okresie międzywojennym Lec związał się z ruchem lewicy społecznej. Był współzałożycielem lwowskiego pisma „Tryby”, zawieszonego przez władze po ukazaniu się pierwszego numeru w 1931 roku. Jako stały felietonista, podpisujący się pseudonimem Stach, współpracował z komunistycznym „Dziennikiem Popularnym” (1933–1936). Publikował także w „Lewarze” (1936–1937), organie Komunistycznej Partii Polski, „Sygnałach” (1936–1938) oraz w pismach satyrycznych „Cyrulik Warszawski” (od 1931) i „Szpilki” (od 1937). W 1934 roku przeniósł się do Warszawy. Wziął udział w we lwowskim Zjeździe Pracowników Kultury w 1936 roku.
W latach okupacji radzieckiej 1939–1941 przebywał we Lwowie, gdzie wstąpił do Związku Radzieckich Pisarzy Ukrainy i podjął współpracę z „Nowymi Widnokręgami”. 19 listopada 1939 roku podpisał oświadczenie pisarzy polskich witające przyłączenie Zachodniej Ukrainy do Ukrainy Radzieckiej. W „Czerwonym Sztandarze” publikował między innymi teksty do propagandowych rysunków satyrycznych Franciszka Pareckiego. Z tego okresu pochodzi szereg jego utworów zgodnych z oczekiwaniami władz radzieckich, między innymi pierwszy polski wiersz opiewający Stalina. Jacek Trznadel napisał:
W powojennej historii literatury biografia Leca uległa zafałszowaniu. Lec pozostał w literaturze przede wszystkim jako autor zbioru aforyzmów „Myśli nieuczesane”, tłumaczonego także na inne języki. A przecież w grupie pisarzy komunistycznych we Lwowie Lec należał do najaktywniejszych apologetów zaboru i systemu sowieckiego. Ogłaszał w pismach sowieckich reportaże, tłumaczenia z politycznej poezji sowieckiej, wiersze, satyry. W jednej z satyr grozi deportacją za łapownictwo, w innej atakuje polską emigrację polityczną, co oznaczało także atakowanie konspiracji lwowskiej, rozstrzeliwanej przez okupanta. To wszystko uległo po wojnie, a i dziś ulega zatarciu.
Po wybuchu wojny radziecko–niemieckiej Lec trafił do niemieckich obozów śmierci na Janowskiej we Lwowie i w Tarnopolu, skąd zbiegł w przebraniu żołnierza Wehrmachtu. Po przedostaniu się do Warszawy rozpoczął działalność konspiracyjną w Gwardii Ludowej. Wszedł w struktury Polskiej Partii Robotniczej. Brał udział w walkach partyzanckich na Lubelszczyźnie. Jako żołnierz Armii Ludowej uczestniczył w bitwie pod Rąblowem (14 maja 1944).
Współredagował pisma „Żołnierz w Boju” i „Wolny Lud”. W lipcu 1944 wstąpił do Ludowego Wojska Polskiego, gdzie otrzymał stopień majora. W 1945 roku uczestniczył w pracach nad pierwszymi numerami tygodnika „Szpilki”, z siedzibą jeszcze w Łodzi. W latach 1946-1950 był attaché prasowym Misji Polskiej w Wiedniu. Pisał w liście do Anny Kamieńskiej i Jana Śpiewaka:
Byłem 2 lata w obozie śmierci, uciekłem znad grobu do Warszawy, potem robota konspiracyjna, potem partyzantka, potem wojsko, teraz służba dyplomatyczna. Słowem żywot człowieka poczciwego. Łatwo napisać, trudniej przeżyć, ale najtrudniej na nowo napisać. Dlatego o obozie jeszcze nie napisałem. O partyzantce mało.
W 1950 roku wyemigrował do Izraela, co spowodowało, że rok później wszystkie jego utwory zostały objęte zapisem cenzury i wycofane z bibliotek. W 1952 roku w atmosferze sensacji Stanisław Jerzy Lec powrócił do kraju. Stefan Kisielewski wspominał:
Było bardzo śmiesznie, bo nie miał gdzie pójść, i poszedł do kawiarni literatów, z walizką, prosto z dworca, a tam akurat Minkiewicz siedział. Wszyscy, zobaczywszy Leca, zaczęli zwiewać, myśleli, że coś okropnego się dzieje, bo przecież wiadomo było, że on uciekł. Natomiast Minkiewicz podszedł do niego, przywitał się, i powiedział: „No a kiedy Cześ wraca…?” Chodziło o Miłosza oczywiście.
Mimo powrotu do kraju Lec był objęty zapisem cenzury do 1956 roku. Potem publikował między innymi na łamach tygodnika „Świat”.
Mów mądrze, wróg podsłuchuje
Jan Śpiewak uważał, że poezja Stanisława Jerzego Leca jest „poza modą, może dlatego, że jest tak bardzo krystaliczna”. Na potwierdzenie swoich słów przytacza krótki wiersz Leca „Nagle”:
Nagle otworzyłem oczy,
szedłem z piosnką na ustach
przez byłe Getto!
Miliony żywych, zabitych oczu patrzyło na mnie,
jedynie ja szedłem martwy
i tylko własna krew,
czerwona od wstydu,
biła mnie po twarzy.
To jeden z tych wierszy, do którego jakikolwiek komentarz byłby sporym nietaktem. Pokazuje nam potęgę poetyckiego warsztatu Stanisława Jerzego Leca, przy których nie tak dawne lwowskie wiersze do „Czerwonego Sztandaru” zdają się być napisane przez zupełnie innego człowieka. Lec konsekwentnie dopomina się o należne mu miejsce na poetyckiej mapie kraju, Europy, świata. Sięgając po formułę starożytnych sentencji, posługując się ostrym dowcipem, kalamburem, skrótem myślowym, Lec budował wyjątkowo trafny komentarz do współczesnych zjawisk społecznych. Jego tomy aforyzmów „Myśli nieuczesane” (1957) i „Myśli nieuczesane nowe” (1964) przetłumaczono na wiele języków. Stanisław Jerzy Lec był odznaczony Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski, Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski, Krzyżem Walecznych, Krzyżem Partyzanckim i Medalem za Warszawę 1939–1945. Dwukrotnie żonaty, z Elżbietą Rusiewicz miał syna Jana i córkę Małgorzatę, a z Krystyną Świętońską – syna Tomasza. Jan Śpiewak pisał:
Rzecz ciekawa, Lec był racjonalistą, a jednak wierzył w magię liczby 22, która jego zdaniem często powtarzała się w jego życiu. […] Zachował ogromne poczucie dowcipu. Kiedy leżał już po raz drugi w szpitalu przyniesiono mu korektę książki. Powiedział: „Nie mogę zrobić korekty, jestem zajęty wyłącznie umieraniem”. Umarł 7 maja 1966 roku, 22 lata po ucieczce z obozu.
Został pochowany na Cmentarzu Wojskowym na warszawskich Powązkach.
Będę pisarzem regionalnym, ograniczę się do naszego globu
Danuta Butler w pracy „Polski dowcip językowy” wielokrotnie cytuje Stanisława Jerzego Leca, podkreślając wszechstronne możliwości jego pióra. Zmiana formy graficznej jednego z wyrazów sprawia, że otrzymujemy zupełnie inny, przewrotny kontekst dobrze przyswojonego zwrotu: „Nie wiem, kto jest praworządny. Ja jestem praworządny”. Wskazuje na modyfikacje związków frazeologicznych „salto morale”, czy inwencję neologiczną „XI przykazanie: Nie cudzosłów!”.
Wyłapuje paradoksy językowe „Ciemne okna są często bardzo jasnym dowodem” lub komiczną transpozycję w żartobliwym złagodzeniu trywialnego przekleństwa „Hej tam, do wszystkich mamuś, które się zapomniały!”. Dowcip polegający na wieloznaczności wyrazów Lec wykorzystywał np. we fraszkach: „Trudno jeszcze żywić cześć, kiedy nie masz sam co jeść”; „Położenie a postawa, to piekielnie trudna sprawa”. Ale i w maksymach „Niektórym ludziom należałoby wytoczyć proces myślenia”.
Lec okazuje się też mistrzem w uprawianiu komizmu rymu: „Dłużej autora niźli utwora” to żartobliwa trawestacja polskiego przysłowia „Dłużej klasztora niźli przeora”. Albo w takim oto zestawieniu wyszukanego zwrotu z rymem gwarowym „Był w nim żywioł, ale wywioł”. Jeszcze inny przykład wybrany z twórczości Leca ilustruje maskę nałożoną na dobrze znaną treść imitujący język francuski zapis „Jean d’Arme” w bezpośrednim odczycie oznacza: żandarm.
Inny badacz, Bohdan Dziemidok, w albumie „O komizmie” równie często przytacza przykłady zaczerpnięte z aforyzmów i fraszek Leca. Wypowiedź sarkastyczną, która „różni się od ironii tylko znacznie intensywniejszą jadowitością, bardziej ponurym zabarwieniem uczuciowym i smutniejszą wymową” ilustruje przykładem dostarczonym przez Leca „Człowiek ma jeszcze tę wyższość nad maszyną, że może się sam sprzedać”. Wiktor Woroszylski napisał:
Krytycy chętnie zastanawiają się, czy jakieś dzieło jest „nowoczesne”. Jeżeli kryterium stanowi tu, po pierwsze, nasycenie intelektualne, po drugie – krańcowa oszczędność słów, ograniczenie się wyłącznie do słów niezbędnych, po trzecie wreszcie – humanistyczne doświadczenie współczesnego człowieka, to twórczość Leca wypadnie uznać za szczyt nowoczesności.
Bez względu na zamierzony efekt komiczny własnych utworów, Stanisław Jerzy Lec bywał bohaterem niecodziennych sytuacji. Jego galicyjsko–wiedeńska skłonność do pracy w kawiarnianej atmosferze, pełnej dymu i gwaru, przynosiła niekiedy zaskakujące efekty. Ludwik Jerzy Kern w „Moim abecadłowie” daje wyraz swego podziwu dla umiejętności koncentracji Leca w kawiarnianym tłumie i zgiełku. I dodaje:
Z małych arcydzieł, których stworzył setki, przedkładam nad inne taką myśl nieuczesaną: Wolę napis „Wstęp wzbroniony” od napisu „Wyjścia nie ma”.
Stanisław Jerzy Lec nikogo nie pouczał, ani nie moralizował. Jego maksymy, mocno zakotwiczone w antycznej formie sentencji, zadziwiały ponadczasową, nieodpartą logiką. Autor przemawiał do zdrowego rozsądku czytelnika, pozostawiając mu zawsze wybór właściwej, choć niełatwej drogi:
Nie skostnieć, ani nie sflaczeć, trwać na posterunku, ale nie stać na miejscu, być giętkim, ale nieugiętym, być lwem czy orłem, lecz nie zwierzęciem, nie być jednostronnym, ale nie mieć dwóch twarzy, trudna rzecz!
CZY ISTNIAŁA KIEDY KASTA, KTÓRA SOBIE RZEKŁA: BASTA?
Kategorie: Uncategorized

