Uncategorized

Wielka loteria wolności


Jan Hartman

Przedwyborcze spekulacje obchodzą was dziś tyle, co niegdysiejsze śniegi. A jednak jest coś, co interesuje nas zarówno przed, jak i po dokonaniu się demokratycznego wyboru o wielkim znaczeniu.

Gdy piszę te słowa, to nie wiem, ale mam nadzieję. Wy zaś, którzy je czytacie, wiecie i albo się radujecie, albo jesteście przerażeni. Tak czy inaczej, nagle, w jednej chwili cała wielotygodniowa praca dymiących z analitycznego wysiłku głów została zapomniana i unieważniona. Przyszłość bowiem stała się teraźniejszością. Albo mamy normalnego prezydenta, albo…

Przedwyborcze spekulacje obchodzą was dziś tyle, co niegdysiejsze śniegi. A jednak jest coś, co interesuje nas zarówno przed, jak i po dokonaniu się demokratycznego wyboru o wielkim znaczeniu. To fascynująca siła i fatalność ludzkiej wolności, wyrażająca się w demokratycznym akcie. Siła potężnej, rozproszonej i nieokiełznanej woli, którą wyborcza procedura potrafi jedynie na chwilę skanalizować, by dzięki martwej i obojętnej arytmetyce pewnego konkretnego, przypadkowego dnia przemówiła jednym słowem. Słowem „tak” albo „ten”, a raczej po prostu nazwiskiem. Jutro i wczoraj ten werdykt mógłby być inny, ale liczy się tylko dzisiaj. Tak się umówiliśmy i tylko tego jednego dnia rzucamy nasze kości. Ludzie głosują, a Pan Bóg głosy nosi. Co wyjdzie? Nie w naszej to już mocy, lecz Losu czy Boga, jak kto woli (a co za różnica?).

Chciałoby się, aby to był „nasz wybór”. A przecież to żywioł, wielki społeczny proces, którym nikt nie kieruje. Gdyby można nim było kierować, to nie byłby już wolny i demokratyczny. Skoro jednak ma być wolny, to musi być „ktoś”, kto apodyktycznie i autonomicznie oświadczy w pierwszej osobie: „Ja tak chcę”. Zbiorowy „ktoś”, zbiorowe „ja”? Dobre sobie! Cóż, nie ma demokracji bez mitu woli powszechnej i jej zbiorowego podmiotu, zwanego od jakiegoś czasu narodem. „Naród przemówił”. Ale co to znaczy? Nie pytamy, bo wszyscy wiemy, że to tylko tak się mówi. Że to mit, a naprawdę głosują pojedynczy ludzie ulegający rozmaitym wpływom, mający wiedzę lub nie, kierujący się tym czy tamtym, lecz raczej emocjami niż kalkulacjami, nie mówiąc już o pryncypiach i ideałach. „Wypadkowa” jest poza nami. Każda rybka w ławicy może sobie ogonkiem machnąć w lewo albo w prawo, lecz to nie jej rzecz, gdzie popłynie ławica. Gdzieś popłynie – ku wodom pożywnym albo jałowym. Kaprys to Neptuna.

Bardzo byśmy chcieli, aby wyraz naszej woli, nasza decyzja – indywidualna i zbiorowa – była prawdziwie nasza, z rozumu i serca, z rozeznania i z doświadczenia poczęta. Bardzo byśmy chcieli czuć się sobą w decydowaniu – spełniać to, „ja chcę i ja decyduję” całkiem autonomicznie i świadomie. Tylko że wola tak nie działa. Jest apodyktyczna i nachodzi nas od środka, wynurzając się z czarnej głębi, która nie jest przecież mną. Wybierasz smaki lodów? Tedy pytasz się grzecznie swego wewnętrznego archiwisty przyjemności: czy większa będzie rozkosz z truskawkowych, czy może z malinowych? Dostajesz odpowiedź, która jest dla ciebie rozkazem. A jeśli ten rozkaz serdecznie afirmujesz, czekając na lodową rozkosz, to wtedy właśnie czujesz się wolny i szczęśliwy. Upojony wolnością i lodami. I twoja jest ta wolność! I twoje, wchłonięte już prawie do środka ciebie, są te cudowne lody!

Tak to jest z naszymi wyborami. Choćby były bardzo przemyślane, to przecież musimy dojść do takiego punktu, w którym nasza świadomość pochyla się nad ciemnym szybem nieświadomości i wyczekuje werdyktu. Patrzy w głąb i czym więcej wysiłku włożyła w pracę myśli i wyobraźni przed podjęciem decyzji, tym bardziej ucieszy się na wszystko, co z tej głębi wyjdzie. „Ja” cieszy się sobą, cieszy się pracą budowania siebie („tożsamości”), polegającą na rozważaniu i ustalaniu, czego to by się chciało. I to jest właśnie wolność woli! Ta radość, że sam, własnym wysiłkiem zapracowałem sobie na werdykt, który usłyszę w sobie. I to pełne satysfakcji przytwierdzenie: „Mój ci on jest, ten werdykt!”. To ja sam zechciałem tego, a nie czegoś innego, tego, a nie innego smaku lodów, tego, a nie innego kandydata w wyborach. Pewność tej samodeterminacji sprawia, że nie obchodzi mnie już wcale, czy podlegam jakiejś zewnętrznej konieczności – czy sterują mną prawa psychologii, czy może Bóg, który o wszystkim już za mnie postanowił w dniu stworzenia.

Tak właśnie działa demokracja – ta wielka loteria wolności. Wielkie wyborcze dionizja. Każdy uczestnik festynu jest zaproszony na lody i każdy może sam wybierać: truskawkowe albo malinowe. Jego to rzecz, czy zagłosuje sercem, czy rozumem, roztropnie czy spontanicznie, mądrze czy głupio, etycznie czy niemoralnie. Dostał malutką zabaweczkę, mały gadżecik – wyborczą kartę – i może z nim zrobić, co zechce. Może wziąć udział w wielkiej narodowej loterii albo nie. A jeśli weźmie udział, to może obstawić to, co „czuje, że wygra”, albo to, co „chciałby, żeby wygrało”. Jego sprawa i nikomu nie wolno się w to wtrącać.

Jest w demokracji coś okrutnego i demonicznego. Działa w niej kaprys zmieszany z przypadkiem, uczucia dobre i złe, ułomne i logiczne rozumowania, wiedza i niewiedza, egoizm i odpowiedzialność, dobro i zło. Bo to nie jest tak, że „wola ludu” jest dobra i święta. To afektowana i haniebna bzdura. Wręcz przeciwnie: nie ma wolności bez zła i bez możliwości wybrania tego, co złe. O, losie, jak wybierzemy?

Kategorie: Uncategorized

1 odpowiedź »

  1. To o rybkach, to nie bardzo..
    Kazda rybka powtarza to co jej sasiad robi, wiec, owczym pedem, wszystkie rybki w lawicy zmieniaja kierunek zeby uniknac niebezpieczenstwa, imitujac ta ktora to niebezpieczenstwo pierwsza zobaczyla. Albo wypadkowa tych co zobaczyly, przeciwne temu co J.H. twierdzi, ze to ” Kaprys Neptuna”

Zostaw odpowiedź Czekam na Twoje przemyślenia! Napisz w komentarzu.

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.