
Uważny komentator zwrócił mi uwagę, że w ubiegłotygodniowym wpisie raz piszę o Mordzie Jedwabnieńskim, drugi raz o Mordzie Jedwabińskim, jednak nie rozstrzyga której formy gramatycznej, dotyczącej nazwy miasteczka „Jedwabne”, powinno się używać. Autor J.T.Gross w książce „Sąsiedzi” używa pierwszej z nich i wydaje się ona poprawniejsza, drugą w swoich kazaniach stosował proboszcz miejscowej parafii śp. ksiądz prałat Edward Orłowski, żeby pozostawać w zgodzie z lokalną tradycją językową. Osobnik dbały o poprawność językową powinien używać jakiejś trzeciej formy, bo polskie , dotknięte koszmarnym pogromem miasteczko, nazywa się Jedwabne, a nie Jedwabno , lub też Jedwabin. Niestety nie potrafię powiedzieć jak powinna ta forma brzmieć, a słowniki w niczym mi nie pomagają. Dlatego zapalam i Panu Bogu świeczkę i diabłu ogarek.
Nic i nigdy nie ugodziło mnie tak boleśnie, jak słowa Krzysztofa Teodora Teoplitza wydrukowane kursywą w socjaldemokratycznym„Przeglądzie”:
«Z ogromnym smutkiem przeczytałem wywód w artykule p. Jakuba Kopcia zamieszczonym w „Trybunie”, który podlicza ofiary i zaraz dodaje, że w dniu tej rzezi gotowano także w Jedwabnem jakiś obiad dla kilkudziesięciu żandarmów czy esesmanów, a więc polscy uczestnicy tej zbrodni nie byli sami. Czy te argumenty statystyczne, że spalonych żywcem zostało nie 1600, lecz powiedzmy 500 czy 600 osób, a Polacy współdziałali z Niemcami, mogą cokolwiek zmienić, złagodzić, zatuszować? Wstydem zaś napawa mnie w artykule Kopcia aluzja łącząca sprawę Jedwabnego ze współczesnymi roszczeniami majątkowymi amerykańskich Żydów. Znam ten styl i nie przypuszczałem, że napotkam go kiedykolwiek w Trybunie, piśmie lewicy.”
„Ogromny smutek” KTT stąd się bierze, że to właśnie Toeplitz po przeczytaniu i wydrukowaniu jednego mojego kawałka o polskich krwawych Miesiącach na łamach swoich „Wiadomości Kulturalnych”, namówił mnie do napisania kilku jeszcze eseistycznych tekstów na ten sam temat. KTT podpowiedział tematykę, podsunął naukowe lektury, zachęcił dobrym słowem i zanęcił obietnicą wysokiego honorarium. Teksty wydrukowane u Toeplitza stanowiły jądro książki „Prowokacja – tumult – pacyfikacja”, ocenionej wysoko przez profesora paryskiej Sorbony Ludwika Stommę w recenzji na łamach „Polityki”, i omówionej entuzjastycznie na łamach „Przeglądu” przez Piotra Kuncewicza, najwybitniejszego w owym czasie krytyka literackiego, autora pomnikowego dzieła o historii literatury polskiej. W tym momencie całkowicie obumarł we mnie niegdysiejszy reportażysta i niepoczytalny biznesmen czasów nowożytnych, narodził się zaś „publicysta historyczny” (takim terminem gatunkowym na łamach „Gazety Wyborczej” ochrzcił moje świeże wysiłki dziennikarskie politolog z Instytutu Nauk Politycznych PAN, dr Sergiusz Kowalski).
Właściwością moich burzliwych losów jest zawodowa niestabilność. Zaledwie na łamach „Trybuny” narodził się „publicysta historyczny”, a już umarł w niemowlęctwie i w smrodzie pieluch. Tekst, w którym podliczałem ofiary w Jedwabnem i dodawałem, że gotowano jakiś obiad dla „żandarmów czy esesmanów”, napisany został w czasie, kiedy redaktorem naczelnym „Trybuny” był jeszcze Janusz Rolicki, siłą inercji ukazał się zaś w kilka dni po tym, jak Leszek Miller, przewodniczący SLD, zwalił go ze stanowiska za morderczo przenikliwy artykuł, w którym Rolicki przepowiedział zarówno błyskotliwą karierę przewodniczącego SLD na stanowisku premiera Rzeczypospolitej, jak i szybki upadek. W geście solidarnościowym z postkomunistą Rolickim, jednym z głównych reżyserów „propagandy sukcesu” za Edwarda Gierka, który jednak w proteście przeciwko wprowadzeniu stanu wojennego miał czelność i odwagę oddać legitymację PZPR w komitecie dzielnicowym, wypowiedziałem pracę w „Trybunie”.
Kiedy chciałem spytać swojego mentora Toeplitza, dlaczego roztropne liczby i sensowne napomknienie o znamiennej obecności „żandarmów czy esesmanów” w Jedwabnem napawało go wstydem, nie miałem już łamów, na których mógłbym z KTT polemizować, zabrakło mi ostatniej trybuny, do której, jak Luter, mógłbym przybić swoje dziewięćdziesiąt pięć tez przeciw sprzedaży odpustów en Gross. Najpierw spróbowałem repliki na łamach „Trybuny”, zaczepionej słowami o wstydzie dla „pisma lewicy”. Jednak nowy redaktor, poseł do sejmu RP Andrzej Urbańczyk, człowiek dobrego serca, lecz niezłomnych zasad, kategorycznie odmówił.
Poseł Urbańczyk także decyzję o protestacyjnym odejściu z „Trybuny” kategorycznie unicestwił. „Jest pan już stary” – powiedział do człowieka dobiegającego sześćdziesiątki. – „Pan musi jakoś doczołgać się do emerytury. Rezygnację z etatu wycofujemy. Daję panu bezterminowy i bezpłatny urlop”. Odtąd zacząłem się czołgać. W sześć miesięcy starzałem się o rok cały, żeby tylko dożyć emerytury, doczłapać do niej, doczołgać się do wieczystych wakacji. Urlop bezpłatny, po przeszło dwu latach przerwany na trzy dni przed przekroczeniem progu sześćdziesięciu lat, pozwolił mi spełnić formalne warunki do przejścia w stan spoczynku dziennikarskiego. Tyle czasu w sumie przepracowałem jako „publicysta historyczny” w Trybunie, ile przebimbałem na urlopie bezpłatnym.
Szlachetność postawy nowego redaktora naczelnego „Trybuny” w tym miała swoje uzasadnienie, że wcześniej, kiedy przy składaniu w dniu Święta Niepodległości rocznicowych wieńców pod krakowskim Pomnikiem Zbrodni Katyńskiej, godność Andrzeja Urbańczyka, obrzuconego nieświeżymi jajami, podeptana została przez watahę aktywistów Ligi Republikańskiej niejakiego Mariusza Kamińskiego, natychmiast wyraziłem na łamach jednoznaczną i druzgocącą opinię o przyszłym szefie Centralnej Agencji Antykorupcyjnej, gdy tymczasem premier Donald Tusk , na przykład, potrzebował jeszcze siedmiu lat, żeby dojść do tego samego poglądu. Ale wyrozumiałość posła Urbańczyka nie szła aż tak daleko, żeby wydrukować odpowiedź na obrzucenie mnie zgniłymi jajami przez KTT : „znam ten zapach, ten styl”!
W przekonaniu, że Prawo Prasowe jest prawem, że zatem po zaczepce ze strony „Przeglądu” przysługuje mi prawo repliki, udałem się do redaktora Jerzego Domańskiego i od progu inwokowałem: „Towarzyszu i przyjacielu, porozmawiajmy jak socjalista z socjalistą…” Redaktor tygodnika, nota bene prezes postkomunistycznego Stowarzyszenia Dziennikarzy RP nade wszystko dbały o dziennikarską etykę, odmówił mi prawa do odpowiedzi. Motywacja: „Przegląd” ma swój utarty już pogląd na sprawę. Ale przecież ja nie chciałem redaktorowi Domańskiemu narzucać swojego o sprawie mniemania, ja mu proponowałem dyskusję. Jednomyślność dobra jest przy wyścigach wioślarskich ósemek bez sternika, natomiast bez różnicy poglądów straciłyby sens wyścigi konne.
W krańcowej beznadziei faxem wysłałem do Adama Michnika list, w którym wyłuszczyłem swój odrębny pogląd na zbrodnię w Jedwabnem, czy też raczej na relację Grossa o zbrodni. Zdarzało się wcześniej, że Michnik jakiegoś mojego listu „do Redakcji” nie wydrukował. Tym razem nie było nawet odpowiedzi, dlaczego tekst został wyrzucony do redakcyjnego kosza.
I tak oto zrozumiałem, na czym polega wolność słowa w demokracji liberalnej. Żeby skorzystać z wolności słowa, muszę sobie jakiś dziennik całkiem po prostu kupić, biorąc na ten cel długoterminowy kredyt bankowy.
Kredytu starczyło na wydrukowanie własnym sumptem w tysiącu egzemplarzy książki pt. „Lokalny Holokaust”, w której temat zbrodni jedwabińskiej potraktowany został całościowo. Kilkaset egzemplarzy rozeszło się w sprzedaży wysyłkowej, drugie kilkaset rozesłałem do swoich przyjaciół z chederu przy Zakonie Machabeuszowym, z liceum przy Ratuszowej, z Uniwersytetu Warszawskiego i z klubu młodzieżowego TSKŻ przy Nowogrodzkiej. Nadawałem książki pocztą lotniczą za Ocean, wysyłałem pocztą pantoflową za Bałtyk i za Morze Śródziemne do Izraela, osobiście roznosiłem do redakcji czasopism.
Przyzwyczajonego do jazgotu prasowego po wszystkich moich „publikacjach historycznych”, teraz tym silniej uderzyła mnie po uszach martwa cisza. W kulturach, w których pojawia się „syndrom gromadomyślenia”, równolegle występuje niekiedy „syndrom gromadomilczenia”, zamilczania spraw i ludzi na śmierć. Są sprawy, o których się nie mów , istnieją nazwiska. których się nie wymawia, bo taki jest nakaz chwili, bo tak dyktuje „mądrość etapu”.
Może gdzieś tam ktoś jeszcze bąknął coś tam na łamach prasy w związku z „Lokalnym holokaustem”. Jednak dotarła do mnie tylko opinia Stefana Zgliczyńskiego, dyrektora edycji polskiej „Le Monde Diplomatique”, osoby światłej, bo innych przecież do lewicującego „Le Diplo” w ogóle nie dopuszczano.
«Cennym wzbogaceniem argumentacji oburzonych książką Grossa okazała się publikacja Jakuba Kopcia „Lokalny Holocaust w Jedwabnem”. Autor domaga się bowiem „naukowej” analizy przytoczonych przez Grossa relacji. Kopeć przytacza rzekome twierdzenie honorowego konsula Rzeczypospolitej w Izraelu – „Holocaust to także biznes”.»
Dlaczego przytoczona za wiarygodnym źródłem wypowiedź izraelskiego konsula honorowego w Polsce (nie zaś polskiego w Izraelu), który ma przecież swoje imię i nazwisko, uznana jest za „rzekomą”? Czy zjadliwy kalambur na temat boleściwej literatury – „Drang nach Holokosten!” – autorstwa poetki Joanny Kulmowej, która jest nie tylko najwybitniejszą naszą twórczynią literatury dla dzieci, lecz także „dzieckiem Holokaustu”, uratowanym przed zagładą w klasztorze katolickim, również jest „rzekomy”?
I dalej: „Idąc tym tropem Kopeć radzi, aby poddać książkę Grossa „krytycznej analizie”. Aby odrzucić w całości tezę Grossa o spaleniu w stodole 1600 Żydów wystarczy, według Kopcia, po prostu… „przeczytać jakieś opracowanie o budowaniu stodół w Jedwabnem i okolicach. Zważywszy na bagienny charakter ziem położonych w widłach Biebrzy i Narwi, a także miejscowy zwyczaj przechowywania siana w stogach, nie musiały to być stodoły zbyt wielkie. (…) Pewien pracownik naukowy z Opola (chodzi o dr. Dariusza Ratajczaka, współpracownika Bubla, który w wydanej przez siebie książce kwestionował istnienie komór gazowych w Oświęcimiu – przyp. S.Z.), który zakwestionował w ogóle Holocaust, wyliczyłby, że w stodole spalono nie więcej niż sto osób. I chociaż liczba ofiar nie ma znaczenia dla moralnej oceny zbrodni, my, ludzie światli i porażeni ohydą zbiorowego mordu w Jedwabnem, poczyńmy założenie, że w stodole spalono żywcem sześć razy więcej ofiar. Do pełnego rachunku brakuje nam tysiąca.”
I tak oto znalazłem się w towarzystwie Leszka Bubla, wydawcy i autora sfiksowanego na tle „zagrożenia żydowskiego”. W wydanej kilka lat później książce „Antysemityzm po polsku”, dyrektor „Le Diplo” silnie swoje zapatrywania koryguje. Tej pozycji nie miałem okazji przeczytać, zapoznałem się jedynie z recenzją:
«Książka mówi coś, co lewica na zachodzie zrozumiała już dawno. Mianowicie, że autentyczna pamięć o ofiarach antysemityzmu winna polegać na poważnym potraktowaniu zasady „nigdy więcej”, a zatem zobowiązuje także do solidarności z ofiarami okupacyjnej przemocy na Zachodnim Brzegu i w Strefie Gazy. Być przeciwko antysemityzmowi, to także przeciwstawiać się izraelskiej okupacji. To łączyć obowiązek solidarności z żydowskimi ofiarami antysemityzmu z obowiązkiem krytyki agresywnych poczynań władz Izraela. Wybitny amerykański socjolog Norman Birnbaum ujął to następująco: „Jeśli Europejczycy na serio traktują swoją odpowiedzialność za Holocaust, powinni powstrzymać Izrael przed rozkręcaniem przemocy”.»
Dyrektor „Le Diplo” dokształcał się szybko. Wprawdzie wcześniej powtórzył epitet Krzysztofa Toeplitza wobec mojej argumentacji i dodatkowo przypisał Ryszardowi Bugajowi tendencję antysemicką w publicystyce („Bugaj w publikacji jakby żywcem wyjętej z pisemek Bubla, dowodził, iż podtrzymywanie tezy o antysemickiej Polsce służy także uzasadnieniu roszczeń majątkowych wobec Polski”), lecz z całą pewnością zmieni swój pogląd po zapoznaniu się z cytatem z „Gazety Wyborczej”, w którym zaledwie dwa miesiące po inkryminowanej publikacji na łamach lewicowej „Trybuny”, toeplitzowski ideał po norwidowsku sięgnął bruku:
„W swym pozwie prawnicy z kancelarii „Klain and Solomon” napisali, iż panujący w Polsce powojennej klimat antysemityzmu pozwolił władzom na zagarnięcie żydowskiego mienia (podczas przesłuchania rozdane będą egzemplarze książki Jana T. Grossa o Jedwabnem, zeznawać będzie świadek w tej sprawie). Prawnicy poproszą parlament stanowy o przyjęcie ustaw, które umożliwią b. właścicielom dochodzenie praw własności w Polsce przed sądami stanowymi w USA.”
We wszelkich sporach sądowych strona wnosząca powództwo zawsze stara się nie tylko powiększyć swoje roszczenia, lecz także wykazać, że strona pozwana pod względem moralnym jest zerem. Dopiero taka taktyka pozwala powodowi uzyskać to, co mu się od strony pozwanej należy. I nie ma niczyjej krzywdy, gdy poszkodowanemu dostanie się jakaś nawiązka.
Wartość użytkowa książki profesora Grossa jest niewątpliwa, zakwestionowany jest tylko jej naukowy charakter.
CDN
Jan Kopec
Wszyskie wpisy Jakuba TUTAJ
Odkryj więcej z Oficjalny blog emigracji 1969
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.
Kategorie: Uncategorized

