Uncategorized

Fałszywi przyjaciele Palestyńczyków i upadek lewicy

Anna Grabowska

Do napisania tego artykułu zmusiła mnie refleeksja nad dzisiejszym postem Ahmeda Fouad Alkhatiba – Palestyńczyka z Gazy, z którym nie zawsze się zgadzam, ale ostatnio niemal w każdej kwestii podzielam jego spojrzenie. Jego słowa o Shaunie Kingu, fałszywym „obrońcy Palestyny”, były tak trafne i mocne, że trudno je pominąć w milczeniu.

King, celebryta lewackich kręgów „sprawiedliwości społecznej”, potrafi w jednym zdaniu świętować terroryzm i paraliżować realne wysiłki humanitarne. Niedawno gloryfikował terrorystę, który prowadząc ciężarówkę z pomocą humanitarną zamienił swoją misję w śmiercionośną pułapkę, zabijając dwóch Izraelczyków. Tym samym zablokował możliwość dotarcia pomocy do samych Gazanów, tych, którzy desperacko uciekają przed wojną i naprawdę potrzebują wsparcia. To nie „opór”. To cyniczna zdrada, która odbiera Palestyńczykom szansę na życie.

A jednak w oczach zachodniej lewicy King urasta do rangi autorytetu. To on zmusił senatora Berniego Sandersa do wypowiedzenia słowa „ludobójstwo”, wpychając go w nurt łatwych, medialnych sloganów, pozbawionych rzetelnego odniesienia do realiów konfliktu. Nie pierwszy raz Shaun King uczynił ze sprawy palestyńskiej trampolinę do własnej kariery, organizował wydarzenia za wygórowane stawki, które ostatecznie musiał odwołać po oburzeniu opinii publicznej. To nie jest walka o Palestynę. To komercjalizacja cierpienia.

W Polsce analogiczną rolę odgrywa Omar Faris- od lat powtarzający, że Hamas „ma prawo istnienia, bo jest integralną częścią Palestyny”. Tak, jakby ruch terrorystyczny, powstały na fundamencie ideologii Bractwa Muzułmańskiego, był czymś naturalnym i nieuniknionym. Tak, jakby fakt, że Hamas strzela rakietami do cywilów, morduje dzieci i wykorzystuje Gazę jako zakładnika, można było usprawiedliwić historią. Polską lewicę ta narracja oczarowuje, bo łatwiej bronić „egzotycznego oporu”, niż zmierzyć się z faktem, że Hamas jest największą przeszkodą na drodze do wolnej i bezpiecznej Palestyny.

We Francji prym wiedzie Rima Hassan, posłanka do Parlamentu Europejskiego, pochodzenia palestyńskiego. Jej teza, że Hamas „nie jest organizacją terrorystyczną” i że ma prawo do rządzenia po wygranych wyborach, brzmi jak jawna kpina z historii. Bo jeśli przyjąć taki tok rozumowania, to należałoby również uznać, że każdy, kto kiedykolwiek wygrał wybory – niezależnie od zbrodni – ma legitymację do sprawowania władzy. To retoryka skrajnie niebezpieczna, bo zrównująca demokrację z tyranią.

Nie lepiej wygląda to w Niemczech. Tamtejsze ruchy skrajnie lewicowe z Antifą na czele – w imię „antyimperializmu” maszerują dziś ramię w ramię z islamistami, wykrzykując hasła, które jeszcze wczoraj same uznałyby za skrajnie reakcyjne. Niemieccy aktywiści, tacy jak Mohammed El-Kurd wspierany przez część lewicowych środowisk akademickich, stali się idolami młodzieży, choć wprost usprawiedliwiają przemoc wobec Żydów. W kraju, który powinien być szczególnie wyczulony na antysemityzm, niemiecka lewica zasłania się „solidarnością z Palestyną”, by na nowo dawać przyzwolenie na nienawiść wobec Żydów. To groteska historyczna, która powinna przerażać, a zamiast tego zbiera poklask u lewicy.

W Anglii sytuacja jest równie dramatyczna. Jeremy Corbyn, były lider Partii Pracy, przez lata flirtował z Hamasem i Hezbollahem, nazywając ich „przyjaciółmi”. To on otworzył drzwi do tego, by brytyjska lewica została przesiąknięta narracją, w której terroryzm usprawiedliwia się „walką o wolność”. Do dziś w brytyjskich środowiskach akademickich i studenckich nie brakuje aktywistów, którzy twierdzą, że Hamas jest „ruchem oporu”, a Izrael to „państwo apartheidu”. Tak, jakby życie Izraelczyka było mniej warte niż życie kogokolwiek innego. Tak, jakby śmierć palestyńskiego dziecka była zawsze winą Izraela, nigdy Hamasu, który te dzieci wystawia na linię frontu. To nie solidarność. To moralne bankructwo.

I tu pojawia się pytanie fundamentalne: jak lewica mogła upaść tak nisko? Jak ruch, który od dziesięcioleci walczył o prawa mniejszości, kobiet, osób LGBT, o godne życie wszystkich ludzi – może dziś bić brawo ugrupowaniom, które kamieniują kobiety, prześladują gejów i zamieniają dzieci w żywe tarcze? Jak tradycja emancypacyjna, której źródłem była walka o równość i wolność, mogła przeobrazić się w groteskową obronę tyranów i oprawców?

Warto też pamiętać, że Żydzi sami są jedną z najmniej licznych mniejszości świata. W wielu krajach Europy – choćby w Polsce, Czechach, na Węgrzech czy w Portugalii -niemal zniknęli. W innych, jak we Francji czy Niemczech, ich liczebność dramatycznie maleje pod naporem fali emigracji i rosnącego antysemityzmu. A jednak właśnie tę mniejszość lewica wytypowała jako jedyną, którą można bezkarnie piętnować. Co za paradoks, że ci, którzy bronią praw każdej grupy: muzułmanów, migrantów, osób LGBT, kobiet – odmawiają prawa do obrony i istnienia narodowi żydowskiemu. To nie jest już tylko hipokryzja. To moralna schizofrenia.

To zdrada nie tylko Palestyńczyków. To zdrada samej idei lewicy. Dziś wielu, którzy wychowali się i dojrzewali w klimacie lewicowych ideałów, musi przyznać: z taką lewicą nie mamy nic wspólnego. Bo ta lewica przestała być głosem wolności i równości, a stała się tubą propagandową ruchów, które nienawidzą demokracji i pragną tylko śmierci i zniszczenia.

Nie bez winy są też przywódcy Zachodu. Szefowie państw, premierzy i prezydenci wolnego świata krytykują Izrael, apelują o „natychmiastowe zawieszenie broni”, ale nie robią nic, by pomóc w unicestwieniu Hamasu. Milczą wobec zachodnich działaczy lewicy, którzy wspierają terrorystów. Nie wyciągają konsekwencji wobec posłów w europarlamencie, profesorów na uczelniach czy samozwańczych celebrytów „walki o sprawiedliwość”, którzy wprost legitymizują przemoc wobec Żydów. Ich bierność nie jest neutralnością. To współudział , bo każde niepodjęte działanie pozwala Hamasowi oddychać dłużej i odbierać życie kolejnym niewinnym ludziom.

Shaun King, Omar Faris, Rima Hassan, Jeremy Corbyn i cała plejada niemieckich aktywistów, każdy w swoim środowisku pełni rolę „fałszywego przyjaciela Palestyńczyków”. Zamiast budować mosty, umacniają barykady. Zamiast wspierać wysiłki na rzecz odbudowy Gazy, gloryfikują tych, którzy Gazę pogrzebali pod własnymi tunelami. Zamiast walczyć z antysemityzmem, podsycają go w imię źle rozumianej sprawiedliwości.

Najbardziej tragiczne jest to, że ich działalność nie uderza ani w Izrael, ani w świat zachodni, uderza w samych Palestyńczyków. To oni płacą cenę za to, że ich „reprezentanci” zachwycają się terroryzmem i powielają mit, jakoby Hamas był jedyną drogą. Palestyńczycy w Gazie nie potrzebują Shauna Kinga, Omara Farisa, Jeremy’ego Corbyna czy Rima Hassan. Potrzebują chleba, bezpieczeństwa, prawa do normalnego życia i wolności od reżimu Hamasu.

Lewica na Zachodzie, zapatrzona w takie figury, ponosi współodpowiedzialność za przedłużanie tragedii. Zamiast wyciągać rękę do Palestyńczyków, klaszcze wtedy, gdy ktoś depcze ich nadzieje. W imię politycznej mody i ideologicznych haseł wspierają tych, którzy naprawdę zabijają szansę na przyszłość.

Jeżeli naprawdę chcemy pomóc Palestyńczykom, pierwszym krokiem musi być odcięcie się od fałszywych proroków – zarówno w Ameryce, jak i w Europie. Bo inaczej pozostanie tylko Gomorra: symbol miasta upadku i samozagłady.

Link do postu Ahmeda Fouada Alkhatiba

TUTAJ

Dziękuję za uwagę.

Kategorie: Uncategorized

Zostaw odpowiedź Czekam na Twoje przemyślenia! Napisz w komentarzu.

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.