
JULIAN TUWIM MIAŁ TALENT i ambicję poety narodowego, co w większości krajów tego świata nie było i nie jest dopuszczalne dla Żyda. Nawet dla byłego jak chrzczony Borys Pasternak, któremu zabroniono odebrać Nagrodę Nobla. Tuwim się nie ochrzcił, ale Żydem być nie chciał i moim zdaniem nie był. Tak samo myślał o nim i Brunonie Schulzu Izaak Singer, zarzucając im obu niewierność. Żydowskość była wówczas niewskazana, nieakceptowana i ledwo tolerowaną. Co mógł wybitny poeta tak niewłaściwego pochodzenia? Odcinać się, wybrzydzać a ściślej wybżydzać. Jak Borys Pasternak, który stracił cierpliwość: dość już tego, nie potrzeba być Żydem, nie potrzeba Żydów i lepiej przestać być… Nie bronił Osipa Mandelsztama, gdy Stalin próbował telefonicznie zasięgnąć jego opinii, co zapamiętał w swych impresjach („Personal Impressions”) Isaiah Berlin, który wszystkich tam znał. Lojalny Pasternak zakamuflował żydowskie pochodzenie doktora Żiwago i jego otoczenia i z mitycznie żydowskim poczuciem winy posłusznie nie przyjął Nobla.
Tuwim o tych sprawach nie mówił, lecz dawał coś do zrozumienia w wierszach i między wierszami. Jako wielbiciel rosyjskiej poezji łatwo uległ poglądom Pasternaka, co widać w satyrycznym wybrzydzaniu a ściślej wybżydzaniu z refrenem, że niech ci co go nie akceptują pocałują go w dupę. Posunął się tam przy nawet do antysemickich i antysyjonistycznych aluzji jak „parchy” i „syjontki”. Wiersz ten zacytował mi pół wieku temu znany hollywoodzki kompozytor Bronisław Kaper w obecności kilkorga innych swych gości z naturalnym poczuciem humoru, lecz bez owych antyżydowskich wtrętów, o których dowiaduję się dopiero teraz z Facebooka, przy czym najbardziej dostaje się wszelakim antysemitom. Tuwim napisał to pod wpływem przedwojennej nagonki na Żydów i jego osobiście. Był fizycznie tak podobny do Żyda i znany, że bał się wychodzić z domu, co wkrótce potem było typowe podczas okupacji. Stąd jego stres, nadmiar alkoholu i desperacka ucieczka na koniec świata.
Drastycznie mienił stosunek do siebie i świata po tym co się stało, gdy był za oceanem i stąd jego bolesna wiwisekcja w wyzywającej deklaracji „My Żydzi polscy”, którą całkowicie zasłużył sobie na żydowskie rozgrzeszenie, ale w głębi ducha pozostał sobą i instynktownie wciąż chciał się od tych Żydów polskich odżegnać. Bardzo źle i błędnie potraktował Juliana Stryjkowskiego, który powierzył mu maszynopis „Głosów w ciemności” z prośbą o ocenę i nadzieją na otuchę. Odrzucił go i jego bezcenne dzieło, bo takie żydowskie. Nie zaakceptował miłości niejakiego Arona Sztarka z prowincjonalnego Stryja, który na jego cześć nazwał się Julianem. Te żydowskie „Głosy w ciemności” przepadły na dziesięć lat, lecz przetrwały Tuwima do czasu, gdy w Polsce przybyło światła dla żydowskiej prozy pisanej po polsko-żydowsku jak później „Austeria”. „Przybysz z Narbony” świadczy o nawrocie byłego komunisty do żydowskiego ducha a „Jehuda Makabi” wprost do syjonizmu co dla zakompleksionego Tuwima było nie do przyjęcia.
Jego wybitnie polska poezja zasługiwała na Nobla nie mniej od innych, które ją dostały, ale nikt nie wysunął jego kandydatury. Nawet po Zagładzie i solennej deklaracji „My, Żydzi polscy”. Pewno przez zuchwalstwo w/w utworu i dość skandaliczny „Bal w Operze”, w którym poeta i ekspert Stanisław Barańczak zarzuca mu znęcanie się nad językiem. (?)
Kategorie: Uncategorized


Tuwim nie antysemitom nie był, ale nim bywał.