Uncategorized

Świat siły. Europa się budzi


Anna Grabowska

Wczorajszy dzień nie zaczął się od przemówienia w Davos, o którym już Państwu pisałam. Zaczął się od decyzji Izraela o wyburzeniu opuszczonych budynków UNRWA – instytucji, która od miesięcy nie prowadziła tam żadnej działalności, ponieważ została z tej lokalizacji usunięta na mocy izraelskiej decyzji. I w tym momencie świat, jak zwykle, zareagował odruchem Pawłowa: automatycznym i rytualnym oburzeniem. Według komentatorów Izrael znowu „eskaluje”, „łamie prawo międzynarodowe” i „atakuje ONZ”.

Tyle że w tej historii nie ma żadnego „znowu”. Jest za to ciągłość decyzji państwa, które po 7 października 2023 roku przestało udawać, że fikcja neutralności kogokolwiek chroni. Izrael wyburzył kompleks, który nie był już ani operacyjny, ani humanitarny, ani tym bardziej neutralny. Był symbolem systemowej patologii, o której od lat mówiono półgłosem, a głośno dopiero wtedy, gdy okazało się, że część pracowników UNRWA była powiązana z Hamasem. Nie byli oni jedynie „podejrzewani” czy „oskarżani” w ramach izraelskiej narracji – zostali realnie zidentyfikowani: z nazwiska, funkcji i z konkretnym materiałem dowodowym.

Nadszedł czas końca hipokryzji. Jeśli organizacja humanitarna toleruje infiltrację przez strukturę terrorystyczną, po prostu przestaje być humanitarna – staje się elementem infrastruktury konfliktu. Izrael nie zburzył szpitala ani szkoły pełnej dzieci; zlikwidował fizyczny ślad instytucji, która przez lata korzystała z immunitetu moralnego, jednocześnie tracąc bezstronność. Krytyka była natychmiastowa, ale odpowiedź Izraela pozostała prosta: państwo mające obowiązek chronić swoich obywateli nie może utrzymywać na swoim terytorium struktur współpracujących z tymi, którzy chcą je zniszczyć. Kropka.

W tym punkcie narracja zaczęła przesuwać się z Jerozolimy do Teheranu.

Iran – państwo, które od dekad finansuje, szkoli i uzbraja Hamas, Hezbollah i inne swoje regionalne „przedłużenia” – błyskawicznie odczytał sekwencję wydarzeń. Ruchy amerykańskiego lotnictwa, relokacje baz i wzmożona aktywność wojskowa w regionie zostały potraktowane przez Teheran nie jako rutyna, lecz jako jasny sygnał. Odpowiedź była klasyczna dla reżimu, który nie zna języka dyplomacji, a jedynie język groźby. Pojawiły się komunikaty i półoficjalne przecieki sugerujące, że Donald Trump jest celem zemsty.

I wtedy padły słowa Trumpa, które obiegły świat: „Wydałem bardzo jasne rozkazy”. Powiedział wprost, że jeśli Teheran spróbuje go zamordować, Iran zostanie starty z mapy. Bez niuansów, dyplomatycznego watowania i ONZ-owskiego słownika. W europejskich redakcjach zapanował szok. Pisano: „nieodpowiedzialne”, „niebezpieczne”, „eskalacyjne”. Jakby groźba zamachu na byłego (i potencjalnie przyszłego) prezydenta mocarstwa była czymś, co można skwitować łagodnym komunikatem rzecznika. Trump zrobił coś, czego Zachód od dawna unika: nazwał konsekwencje. Nie groźbę – realną konsekwencję. Tu zaczyna się prawdziwy problem Zachodu z Trumpem: nie chodzi o styl, lecz o to, że mówi on na głos to, o czym inni boją się nawet pomyśleć.

Wreszcie nadeszło Davos. Wczorajsze, 70-minutowe przemówienie było oczywiście pełne megalomanii. Nieustanne „ja”, wyliczanie sukcesów, przedstawianie siebie jako jedynego skutecznego lidera, który „miał odwagę”. To stały rejestr Trumpa – tak przewidywalny, że aż banalny. Nie ma sensu udawać zaskoczenia, bo to tylko tło, swoisty szum informacyjny. Istotne nie było to, jak Trump mówił o sobie, lecz co powiedział o świecie. Megalomania stanowiła formę, ornament przykrywający konkretny komunikat strategiczny. Wielu krytyków popełnia tu klasyczny błąd: skupiają się na narcystycznej autoprezentacji, bo łatwo ją wyśmiać, ignorując fakt, że kryje się za nią spójna wizja władzy i bezpieczeństwa. Trump mówił przede wszystkim o granicach cierpliwości Stanów Zjednoczonych.

Trzeba tu jednak dodać coś jeszcze, bez krętactwa: Donald Trump jest jednoznacznie proizraelskim politykiem i z tego faktu się cieszę. Cieszę się, że Izrael ma w Waszyngtonie sojusznika, który nie relatywizuje prawa do obrony i nie chowa się za frazesem o „złożoności konfliktu”. W świecie, w którym Izrael bywa traktowany jak problem do „zarządzania”, a nie państwo do obrony, taka jasność ma realną wartość strategiczną.

Nie oznacza to jednak, że zamierzam Trumpa gloryfikować jako człowieka. Jego język, styl czy wizja społeczeństwa nie są moim wzorcem. Sojusz polityczny to nie akt adoracji, a zbieżność interesów nie czyni z nikogo autorytetu moralnego. Można doceniać skuteczność państwa i jednocześnie nie akceptować całego pakietu ideologicznego jego przywódcy. W polityce międzynarodowej nie wybiera się świętych – wybiera się sojuszników.

Dokładnie taką logiką kieruje się Benjamin Netanjahu. Przyjął on zaproszenie do rady narzuconej w dużej mierze przez Trumpa nie dlatego, że mu się to podoba, ale dlatego, że jest premierem państwa żyjącego pod realnym zagrożeniem. Netanjahu nie jest uczestnikiem seminarium z „moralnej wyższości”. Może negocjować czy protestować, ale nie może pozwolić sobie na teatralne obrażanie się, jak czynią to niektórzy europejscy przywódcy, którzy nie muszą martwić się o to, kto próbuje wysadzić ich płot.

Tu leży sedno problemu Europy. Musi ona wreszcie nauczyć się żyć w nowym świecie. Nie tym wyobrażonym i wygodnym, gdzie wystarczy rezolucja, ale rzeczywistym, w którym siła zawsze miała i będzie mieć znaczenie. Jeśli nie Trump, to pojawi się ktoś inny – jest Putin, są Chiny, będą kolejni tyrani. Historia nie zna próżni.

Z takim światem nie wygra się moralizatorstwem. Państwo, które chce przetrwać, musi być silne. Trump pokazuje to bez kompleksów. Reprezentuje mocarstwo, które wie, czym dysponuje i jak tego użyć. Europa natomiast wciąż zachowuje się tak, jakby siła była czymś nieprzyzwoitym, a bezpieczeństwo dało się wynegocjować samym językiem wartości. Jeśli Europa chce przetrwać, jej państwa muszą zacząć działać jednomyślnie. Bez wspólnej armii, spójnych decyzji budżetowych i realnej koordynacji obronnej nie będzie żadnej autonomii strategicznej – będzie tylko bezradność opakowana w piękne słowa.

Europa musi się obudzić. To przebudzenie nie oznacza porzucenia demokracji czy humanizmu. Izrael udowadnia codziennie, że da się łączyć siłę z demokracją i bronić granic, nie wyrzekając się człowieczeństwa. Problem Europy nie polega na tym, że wyznaje wartości, lecz na tym, że próbuje nimi zastąpić trudne decyzje. A nowy świat na to nie pozwala.


Świat siły. Europa się budzi

Kategorie: Uncategorized

Zostaw odpowiedź Czekam na Twoje przemyślenia! Napisz w komentarzu.

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.