
Były premier Ehud Barak podczas konferencji zorganizowanej przez Ruch na rzecz Jakości Rządów w Tel Awiwie, 28 stycznia 2026 r. Zdjęcie: Avshalom Sassoni/Flash90.
Były premier, a obecnie lider protestów, wtajemniczył Jeffreya Epsteina w swój plan zaludnienia państwa żydowskiego „odpowiednimi ludźmi”.
Wśród milionów dokumentów dotyczących Jeffreya Epsteina, ujawnionych właśnie przez Departament Sprawiedliwości USA, znalazły się materiały dowodzące powiązań zmarłego finansisty i pedofila z byłym premierem Izraela, Ehudem Barakiem.
Pomijając sensacyjne doniesienia tabloidów, materiały te uwypuklają coś znacznie bardziej niepokojącego niż tylko relację zrodzoną z chciwości. Ujawniają one sposób myślenia, który tłumaczy snobizm i elitaryzm od dawna przenikający samozwańczą klasę rządzącą Izraela.
Na szczególną uwagę zasługuje jeden fragment. W nagranej rozmowie Barak omawia strukturę demograficzną Izraela oraz kwestię aliji, sugerując, że kraj mógłby zmienić swoją tożsamość, gdyby przywiązywał większą wagę do tego, kogo przyjmuje i kogo promuje na wysokie stanowiska. Podkreślił znaczenie sprowadzania do kraju „odpowiednich ludzi” i ułatwiania konwersji na judaizm w taki sposób, by powstrzymać wzrost wpływów środowisk ortodoksyjnych.
To, że izraelskie elity podzielają pogląd Baraka, nie jest nowością. Według tej wizji to „hołota” – głównie religijni Żydzi oraz Mizrachijczycy (Żydzi pochodzący z Bliskiego Wschodu) – odpowiada za bolączki społeczne państwa i „niewłaściwe” nawyki wyborcze. Ta głęboka niechęć datuje się od „przewrotu” z 1977 roku, kiedy to Likud pod wodzą Menachema Begina wygrał wybory, kładąc kres trzydziestoletniej dominacji Partii Pracy.
Choć sam Begin był Aszkenazyjczykiem o europejskich korzeniach – i człowiekiem zasadniczo świeckim, choć przywiązanym do tradycji – cieszył się ogromną popularnością wśród ortodoksów oraz Żydów z Afryki Północnej i Bliskiego Wschodu. Dał tym wykluczonym grupom poczucie dumy i przynależności.
Podziwiali go jednak nie tylko za to. Obie te grupy skłaniały się ku prawicy: piersi przedkładali judaizm nad sekularyzm, drudzy zaś sprzeciwiali się kompromisom z Arabami, w których widzieli zagrożenie dla istnienia państwa. Co więcej, obie grupy były postrzegane przez elity jako intelektualnie gorsze i zbyt mało wyrafinowane, by można było im zaufać przy urnach. Ta wyniosłość była i nadal jest powszechna w kręgach akademickich, mediach, sądownictwie i na wyższych szczeblach aparatu bezpieczeństwa.
Ten ekosystem jest tak jawny, że nazywanie go „głębokim państwem” trąci śmiesznością – nie ma bowiem nic tajnego w felietonach, panelach telewizyjnych czy forach politycznych promujących idee wyznawane przez Baraka i jemu podobnych.
I tu wracamy do rozmowy z Epsteinem. Nie była to zwykła polityczna refleksja. To była deklaracja, że „wymiana ludności” ma kluczowe znaczenie dla zneutralizowania, a nawet wyeliminowania tych, których wartości zagrażają lewicowemu zeitgeistowi.
Uderza fakt, że ta pogarda została wyrażona w języku angielskim znacznie odbiegającym poziomem od wykształcenia i międzynarodowej reputacji Baraka. Jeszcze bardziej wymowne jest to, że dzielił się takimi przemyśleniami z Epsteinem – człowiekiem o wątpliwej proweniencji majątku i zdeprawowanej naturze. Mamy tu do czynienia z obopólną moralną nikczemnością graniczącą z groteską, zwłaszcza że Barak utrzymywał te relacje w ich szczytowym momencie, wiedząc już o wyroku Epsteina za przestępstwa seksualne.
To właśnie dlatego w 2016 roku Barak wchodził do rezydencji Epsteina na Manhattanie z twarzą zasłoniętą szalikiem. Nikt, kto widział zdjęcie w tym żałosnym przebraniu, nie uwierzył w jego późniejsze tłumaczenia, że po prostu ubrał się ciepło, bo było mu zimno.
Znamienne, że Barak nie miał oporów przed wyjawieniem swoich segregacyjnych poglądów na to, którzy Żydzi budują prestiż narodu, a którzy go niszczą. Czuł się na tyle swobodnie, by bez cienia wstydu sączyć ten jad w prywatnej rozmowie.
Niestety dla niego, im bardziej tacy ludzie starają się wywołać rewolucję, tym bardziej oddalają się od celu. Twarde realia sprawiają, że to Benjamin Netanjahu jest najdłużej urzędującym premierem w historii, podczas gdy Barak stał się polityczną przeszłością, której fantazje o powrocie do władzy spełnią się dopiero wtedy, gdy „piekło zamarznie”.
Nie oznacza to jednak, że wypadł z obiegu. Wręcz przeciwnie – w izraelskich mediach wciąż występuje w roli wyroczni w kwestii demokratycznych cnót. Za granicą zaś jego nieustanne ataki na demokratycznie wybrany rząd Izraela zjednują mu poklask w środowiskach, które coraz chętniej zacierają granicę między krytyką Netanjahu a wrogością wobec syjonizmu i Żydów w ogóle.
Barak zdaje się nie dbać o to, że szkodzi Izraelowi na arenie międzynarodowej, dopóki służy to jego obsesji obalenia Netanjahu. Udowodnił, że nie ma dla niego interesów narodowych zbyt świętych, by nie można ich było złożyć w ofierze na ołtarzu osobistej zemsty. Jak pokazały dialogi z Epsteinem, Barak wcale nie musiał zostać przyłapany w towarzystwie młodych dziewcząt, by zasłużyć na miano człowieka moralnie upadłego
Kategorie: Uncategorized

