Ludwik Lewin – Praktyczne prezenty

PRAKTYCZNE PREZENTY
Ludwik Lewin

”’
Pewnego dnia Filip, sąsiad z naszego piętra, podarował mi nóż kuchenny.
Znaczy sprzedał za pięć groszy, a to dlatego, że jestem przesądny i wiem, że
tnące podarki przeciąć mogą spokój, szczęście, przyjaźń. Nóż, choć kupiony,
okazał się wspaniałym prezentem i to nie tylko ze względu na użyteczność. Za
każdym razem, gdy brałem go do ręki – a doskonały był do drobienia, siekania,
talarkowania – myślałem o Filipie. Z tych myśli wynikały jakieś pytania, które
zadawałem mu podczas spotkań w windzie, na podwórku, w okolicznych
sklepach. Pytań było coraz więcej, a odpowiedzi robiły się coraz bardziej
osobiste, kontynuowaliśmy więc rozmowę w narożnym bistro albo u mnie w
domu, kiedy przypominałem sobie, że jest tam lekko tylko napoczęta butelka
armaniaku, czy też u niego, po to by mógł mi pokazać kilka nowych prac. Filip
po kilku latach w agencji reklamowej, zaczął zajmować się fotografią artystyczną
i coraz więcej malował. Któregoś dnia wyciągnął akwarelę, w której zachwycił
mnie zarówno poetycki nastrój, jak i wirtuozeria rysunku. Wzruszony
pochwałami, Filip machnął dedykację na odwrocie swego dzieła i mi je wręczył.
Obrazek powiesiłem na widocznym miejscu, w salonie – dlatego, że mi się
podobał, ale również dlatego, że sąsiad często do mnie wskakiwał, chciałem by
w ten sposób miał dodatkową przyjemność ze swojego prezentu.
Niektórzy artyści są przeciwnikami muzeów. Twierdzą, że to cmentarze sztuki.
A przecież w muzeum, jeśli już się tam człowiek znalazł, to chcąc, nie chcąc,
naprawdę ogląda obrazy. Natomiast w mieszkaniach obrazy wchłaniane są
przez ściany i po pewnym czasie znikają, a w każdym razie domownicy
przestają je zauważać. I tak też się stało z tym od Filipa. Choć przy każdym
posiłku miałem go przed oczami, zapomniałem o nim i wyłaniał się z nicości
tylko wtedy, gdy jakiś gość zwracał na niego uwagę.
Natomiast nóż, którego mój przyjaciel nie wykonał, mimo codziennego
używania wcale mi nie spowszedniał i zarówno kiedy łzy mi ciekły nad cebulą,
jak i przy wymagającym precyzji, rozcinaniu marchewki, mówiłem sobie –
dobrze kroi ten nóż od Filipa.
Coś podobnego, jeszcze ostrzej, zdarzyło mi się z innym praktycznym
prezentem.
Kiedy kończyłem pracę we wrogiej rozgłośni, moja redakcyjna koleżanka Gosia
Francis przyszła do mnie z mężem i na pożegnanie dała mi piękną porcelanową
salaterkę. Prawdziwy wedgwood, zauważyłem i jeszcze goręcej
podziękowałem.
Najpierw używaliśmy jej tylko od wielkiego święta, żeby goście odwiedzający
nasze skromne progi widzieli i wiedzieli, że może ściany od lat nie pomalowane,
ale je się nie byle co i nie na byle czym.
Nie było oczywiście mowy by salaterkę wkładać do zmywarki z fajansowymi
talerzami. Po posiłku zawsze starannie, ręcznie myłem coraz bardziej ulubione i 2
coraz bardziej cenne dla mnie naczynie. Kiedyś, po suto zakrapianej kolacji, gdy
łagodnie, pieszczotliwie niemal, gładziłem gąbką porcelanę, ukazała mi się
uśmiechająca się Gosia, przytulona do Goeffa. Nie było w tym nic
nadprzyrodzonego, żadne objawienie. Coś jakby fotografia, w której za kamerę
posłużyła intensywność myśli. Po prostu myślałem o Gosi trzymając w rękach jej
prezent. Myślałem ze wzruszeniem zarówno o niej, jak i o jej mężu. Wysoki,
bardzo szczupły, miał wygląd przerośniętego chłopca i jak kilkunastolatek
poruszał się niezręcznie, z niezręcznością pełną uroku. Wpatrzony w Gosię, jak
w obraz, (ale nie jak ja w ten od Filipa), namawiał nas do mówienia po polsku i
wierzył nawet, że coś rozumie. Gosia uśmiechała się z wyrozumieniem dla
syzyfowych wysiłków męża, a ten opiekuńczy uśmiech podkreślał spokojną, ale
fascynującą i bardzo seksowną urodę, przywodzącą na myśl renesansowy
portret Antei Parmigianina.

Ręczne zmywanie angielskiej salaterki stało się dla mnie rodzajem rytuału.
Może jednak było tylko pretekstem, bo tak naprawdę bardzo lubię mycie
naczyń. Ta bezmyślna robota nie wymaga najmniejszego nawet intelektualnego
zaangażowania, dzięki czemu pozwala na spokojne myślenie o różnych innych
ważnych sprawach, na które nie ma czasu pośród nieważnych czynności, do
jakich należy zarabianie na życie.
Ponieważ nad salaterką myślałem o Gosi, zastanawiałem się nad skojarzeniami
między jej urodą a portretami włoskich malarzy. Te skojarzenia, prawie
oczywiste, a w każdym razie łatwe nad Tamizą, nad Wisłą stawały się
trudniejsze i traciły oczywistość.
Było coś włoskiego w rysach Gosi, ale ciemnocie w rodzinnym Toruniu, ta
włoskość wydawała się wątpliwa. Ciemność jej oczu i włosów uznawano za
niewątpliwie semicką, co powodowało, że chłopcy biegali za nią, krzycząc:
Żydówa. Dziewczynka o Żydach wiedziała tylko tyle, co z lekcji katechizmu, więc
nie kojarzyła tego z antysemityzmem, prześladowania brała raczej za rodzaj
beznadziejnego podrywu. Nie wywołały w niej niechęci do Żydów, raczej na
odwrót. Kiedyś, w rozmowie, jaką prowadziliśmy po nagraniu audycji o
dzieciach holokaustu, powiedziała mi – może i jestem, ale nie jestem w stanie
odnaleźć żadnych śladów, może rodzinna zatarła, jak wstydliwą plamę –.
Naczynia zmywam uważnie, ale bez przesady, zgodnie z zasadą – druty
wysokiego napięcia rozciągać należy na luzie. Któregoś wieczora, trochę
niepewnie stojąc na nogach, zapomniałem widać o tej regule, przydatnej do
wszystkich czynności i zamierzeń. Bojąc się, że coś rozbiję, ściskałem kieliszki i
filiżanki. Zmniejszało to skuteczność mycia, zwiększało za to ryzyko wypadku. I
faktycznie, przy odkładaniu do kredensu, wyślizgnęła mi się salaterka Gosi.
Złapałem ją przecież w ostatniej chwili i nic się nie stało.
A jednak. Zadzwoniłem nazajutrz do Londynu i z trudnością poznałem głos
koleżanki. Był jakiś zapuchnięty, jakby w miejsce niewidocznych przez telefon
oczu, wskazywał, że rozmowę poprzedził długi płacz.
– Goeff chce ode mnie odejść – wyrzuciła z siebie Gosia i znów zaczęła płakać. Po
kilku dniach, a może trwało to kilka miesięcy, dowiedziałem się, że miał żonie za
złe, że przez nią nie poznał świata, że zamknęła mu wszystkie drogi zanim
zdążył przekroczyć próg, że przez nią pozostał żółtodziobem i tak naprawdę nie
wie ani, co to miłość, ani, co to seks. Oknem na świat okazała się niewiele tylko
młodsza od Gosi i na pewno brzydsza kasjerka z miejscowego supermarketu –
obelga dodana do rany.
O wiele częściej rozmawialiśmy. Może dlatego, że czułem się w obowiązku
podtrzymywać na duchu nieszczęśliwą koleżankę, może dlatego, że
systematycznie jadaliśmy sałatę i salaterka przestając być odświętnym
rekwizytem, prawie codziennie przypominała mi o samotnej kobiecie z
Londynu.
Samotnej do czasu. Zaczęło się od tego, że miałem trudności z zastaniem Gosi
w domu. Nagrywałem wiadomość, a ona albo szybko oddzwaniała, albo 4
wysyłała mail. Sporo czasu minęło zanim przyznała mi się, że ma przyjaciela i
przemieszkuje głównie w jego domu, w północnym Londynie. Na Golders Green?
– rzuciłem, bo to dzielnica żydowska, jedyne znane mi miejsce w tej części
angielskiej stolicy. Na co Gosia roześmiała się – niezupełnie, ale tak jakby –.
Tak jakby, bo jej przyjaciel ani nie mieszkał na Golders Green, ani stamtąd nie
pochodził, jego dziadkowie, po przyjeździe z Litwy, zainstalowali się na
Whitechapel, wtedy getcie żydowsko-irlandzkim, a teraz miał dom w
Hampstead, jedną stację metra od Golders Green, ale jeśli idzie o prestiż, lata
świetlne.
Przechodzisz na judaizm? – zażartowałem. – Tylko jeśli zajdę w ciążę – poważnie
odpowiedziała Gosia.
Zaszła i urodziła syna, a ja pomyślałem, że toruńskie szczeniaki miały dobry
węch, bo choć myliły się w dawnej teraźniejszości, to przecież przepowiedziały
przyszłość, która już stała się teraźniejszością.
Poznałem nowego męża Gosi w kawiarni hotelu Bristol, gdzie zatrzymali się
podczas krótkiego pobytu w Warszawie. Zupełnie nie rozumiałem jego
angielszczyzny, a myślę, że gdybym rozumiał, to też bym go nie rozumiał. Za
wysokie progi.
Bezpośrednie kontakty bardzo się między nami rozluźniły, ale dzięki salaterce
nie przestawałem myśleć o Gosi. Myślałem i myłem, myłem i myślałem. Nie
tylko o niej, również o poprzednim mężu, który zmył się bez śladu i został tylko
w tym naczyniu, ale była to obecność ledwie śladowa.
Mijały lata. Wspaniała salaterka była coraz piękniejsza w moich oczach, choć
dwa kwiatki i podpis, cistus purpureus, po polsku czystek, wydawały się jakby
przybrudzone za siateczką krakelury. Patrzyłem na porcelanę i przypominałem
sobie porcelanową niegdyś cerę Gosi, żałowałem, że tak mało między nami się
zdarzyło, że tylu rzeczy jej nie powiedziałem.
Nie wiem dlaczego po samotnej kolacji, która składała się wyłącznie z sałaty,
umyłem salaterkę, ale jej nie wytarłem. A rano, kiedy wszedłem do kuchni,
zobaczyłem na suszarce skorupy. O Boże! – wykrzyknąłem, nie z żalu po
porcelanie, ale przestraszony o Gosię.
Niepotrzebnie. Przecież Gosia nie żyje już od trzech lat – uświadomiłem sobie.
A może cos się stało z Goeffem – przemknęło mi przez głowę – może, ale też już
nie ważne, bo z Goeffem nie mam przecież żadnego kontaktu.
Ludwik Lewin

One Response to “Ludwik Lewin – Praktyczne prezenty”

  1. A ja lubie Ludwiczku takie praktyczne prezenty jakie dostaje od ciebie: smakowite, pachnace i znikajace w mgnieniu oka z talerzyka. Wszystkie zostaja na zawsze we wdziecznej pamieci 🙂

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d bloggers like this: