Kopisci z Fabryki Tycjanow cz. 2

Znalazl Mis

.mis

reunion68

 

czesc 1 patrz wpis z 6 stycznia

Bliźniacy zginęli w ostatnim dniu wojny

Jak w prawdziwej pracowni malarskiej są tu sztalugi należące do artystów różnych pokoleń (najstarszą z nich jeszcze przed wojną od jakiegoś żydowskiego artysty kupił białostocki malarz), są pędzle, są i obrazy. Jak u kopistów – to kopie. Twórcy wystawy dotarli do zdjęć dosłownie czterech obrazów, namalowanych przez artystów przed wojną, funkcjonujących gdzieś w świecie. Niektórzy kopiści znani byli bowiem jeszcze przed wojną, jak choćby Abraham Behrman, kierownik pracowni. I znów robi się symbolicznie. W ponad 70 lat po tym, co się działo w stolarni przy Kupieckiej, obrazy żydowskich kopistów kopiują uczniowie Liceum Plastycznego w Supraślu. Dlatego zobaczyć możemy m.in., co malowali bliźniacy (widok z okna, portret kobiety), co uwieczniła Natalia Landau czy wspomniany Behrman, absolwent ASP w Monachium. Malarz przed wojną podróżował po Afryce, stąd na jego obrazie jest scena z afrykańskiego targu. Podobno jego obraz, na którym – na zamówienie jakiegoś niemieckiego konesera malarstwa – uwiecznił kobietę w stroju łowickim, został podarowany cesarzowi austriackiemu…

Mija prawie 30 lat, dochodzi do likwidacji getta i artyści nie są już potrzebni niemieckiej rasie panów. Behrman ginie w sierpniu 1943 roku przy sztalugach, zastrzelony przez Niemca, gdy nie chce wyjść z pracowni, bo musi skończyć obraz. Reszta artystów ucieka, ukrywa się. W getcie ginie Chaim Urison (przyjechał do Białegostoku w 1941 roku, by odwiedzić chorą matkę, tu został i tu zginął podczas powstania; ale jego obraz dokumentujący codzienne życie w getcie zdołała wywieźć jego żona).

Gina Frydman umiera podczas formowania transportu z getta do obozu. Gdy następuje selekcja i rozdzielają ją prawdopodobnie z dzieckiem (choć są różne wersje tego wydarzenia – druga mówi o tym, że rozdzielono ją z Izaakiem Celnikierem, który był w niej zakochany, razem ukrywali się w getcie, mąż Giny zmarł w getcie dużo wcześniej) – kobieta rzuca się na gestapowca z nożem. Ginie na miejscu. Na dzień przed wyzwoleniem umierają bracia Seidenbeutlowie – zatłuczeni na ulicy łomem. O reszcie słuch zaginął, nieznane są szczegóły ich śmierci.

Chciał odnaleźć bliskich, znalazł miasto cmentarz

Z białostockich kopistów zagładę (kilka obozów, marsz śmierci) przeżył jedynie Izaak Celnikier. W pracowni przy ul. Kupieckiej pracę zaczynał jako 18-letni pomocnik – napinał płótna na krosna, gruntował je, mieszał farby. Światową sławę zyskał po wojnie – gdy umierał w 2011 roku, miał już ugruntowaną pozycję w świecie sztuki, jego prace były w muzeach europejskich, amerykańskich i izraelskich.

Jego życie to gotowy scenariusz filmowy. Bardzo dramatyczny.

Choć warszawiak z urodzenia, to z Białymstokiem był związany. Miał zaledwie 16 lat, gdy przyjechał tu w listopadzie 1939 roku z matką i siostrą. Białystok był wówczas pod okupacją sowiecką. Izaak z rodziną uciekł z Warszawy zajętej przez Niemców. Talenty malarskie wykazywał już od dzieciństwa – już jako 14-latek wykonał pierwszą artystyczną pracę dekoracyjną do sztuki Aleksandra Lewina „Czy jutro będzie wojna?” w Domu Sierot Janusza Korczaka, gdzie z powodu choroby mieszkał w latach 1934-38 i był pod opieką Korczaka.

W Białymstoku dalej zajmował się malarstwem – w Domu Narodowo Tworczestwa uczył się pod okiem starszych artystów (m.in. Giny i Abrahama Frydmanów; dodajmy, że Gina zajmowała jego myśli przez całe życie, malował ją nawet w kilkadziesiąt lat po wojnie). Po likwidacji getta Celnikier trafił do Stutthofu, w styczniu 1944 roku – do Birkenau. Niemcy pędzili go w tzw. marszach śmierci. Podczas ostatniego etapu deportacji, jakim był Flossenburg – Dachau, w kwietniu 1945 roku ranny w nogę Izaak uciekł z pociągu i 20 kwietnia znaleźli go amerykańscy żołnierze.

W grudniu 1945 roku wrócił do Białegostoku. Chciał odnaleźć bliskich – a znalazł miasto cmentarz. Pracował przy ekshumacji na gettowej nekropolii przy ul. Żabiej. W 1946 roku przedostał się nielegalnie do Pragi, gdzie rozpoczął studia w Wyższej Szkole Sztuk Stosowanych. W 1952 roku wrócił do Warszawy, współpracował z pismami „Nowa Kultura” i „Przegląd Kulturalny”. Po pięciu latach, w reakcji na narastający w Polsce antysemityzm, wyjechał na stypendium do Paryża. I już tam został.

To, co widział na własne oczy, malował przez całe życie. Kilka lat temu w Muzeum Podlaskim oglądać można było wystawę 24 grafik artysty (które muzeum zdążyło kupić jeszcze za jego życia; wydatnie pomogła w tym wizyta białostockich historyczek w jego mieszkaniu w Paryżu, gdy nagrywały rozmowę z Celnikierem).

Grafiki są wstrząsające – poświęcone wyłącznie jednemu tematowi – traumie, której wymazać z umysłu nie sposób. To świat pełen cierpienia i rozpaczy, zapis najgorszych chwil białostockich Żydów: spalenie bożnicy z ludźmi zamkniętymi w środku, likwidacja getta, nierówna walka między powstańcami a Niemcami, wywózka ocalałych niedobitków do obozów. Jego grafiki w sumie sięgają wręcz jakiegoś poziomu abstrakcji. Ale mimo abstrakcyjności niewiarygodnie działają na emocje. Z plątaniny kresek wyzierają strach, lęk, panika, poczucie beznadziei, jakich – możemy sobie tylko wyobrazić – doświadczali zamknięci w palonej bożnicy, wagonach, komorach gazowych. To niekończący się marsz cieni – z ciemnych plam wyłaniają się zastygłe w bólu twarze, oczy, usta rozwarte do krzyku, ściągnięte rysy.

Jedną z takich prac Celnikiera oglądać można również na wystawie w Galerii im. Sleńdzińskich. A właściwie zobaczymy ją jeszcze przed wystawą. Olbrzymi wydruk umieszczono bowiem na fasadzie dawnej synagogi Cytrona. To „Popioły” – obraz akurat pochodzący z Muzeum w Auschwitz.

Pamiętam, chcę pamiętać

– Nie wiemy tak wielu rzeczy – historii z życia wielu artystów, okoliczności ich śmierci. Nie wiemy nawet, czy Oskar Steffen coś kopistom obiecywał. Choć drobna analogia nasuwa się sama: dobry przedsiębiorca stwarza chwilową enklawę dla artystów. Ale nawet nie wiedząc tak wielu szczegółów, chcielibyśmy opowiedzieć ludziom ciekawą historię o niezwykłych ludziach – mówi Wojciech Koronkiewicz. – Wystawa nie daje gotowych rozwiązań, macie i podziwiajcie. Bo jak zrobić wystawę, gdy wszystko zniknęło? Tu raczej chodzi o uczucia, które się rodzą w człowieku, gdy wchodzi i widzi puste ściany. Gdy widzi, jak niewiele zostało. Dlatego też wciągnęliśmy do pracy uczniów z VI LO. W różnych formach literackich napisali, jak wyobrażają sobie moment śmierci Behrmana. Gdy się nie ma nic, trzeba postawić na wyobraźnię. Ich teksty, choć nie mają wiele wspólnego z prawdą historyczną, też są na wystawie. Całość zaś to nasza próba powiedzenia, że pamiętamy, chcemy pamiętać. Może ktoś nam jeszcze coś dopowie?

Cały tekst: KLIKNIJ TUTAJ

No comments yet... Be the first to leave a reply!

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

%d bloggers like this: