Poza czasem – fragment ksiazki Dawida Grosmana

Nakładem wydawnictwa Świat Książki w serii Mistrzowie Prozy ukazało się kolejne, po powieściach „Patrz pod: Miłość” i „Tam, gdzie kończy się kraj”, dzieło wybitnego izraelskiego pisarza Dawida Grosmana. „Poza czasem” to osobliwa, lecz porażająca w swojej wymowie książka, napisana po części białym wierszem, rozpisana na dialogi, monologi i narrację Miejskiego Kronikarza. Udajcie się wraz z głównym bohaterem na poszukiwania zmarłego syna we fragmencie utworu, który możecie przeczytać poniżej.

poza-czasem-fragment

Kobieta:
Na koniec
świata za tobą
bym poszła, przecież
wiesz. Ale ty nie
idziesz do niego, idziesz
w inne miejsce, a tam
nie pójdę, nie
mogę. Nie pójdę.
Łatwiej iść
niż
zostać.
Od pięciu lat
się zadręczam,
żeby nie iść, nie
tam,
bo nie ma, nie ma
żadnego tam!

Mężczyzna:
Jeśli tam
pójdziemy,
to będzie
tam.

Miejski kronikarz: Kobieta odwraca od niego wzrok. Jest tak daleko, jakby już go nie było – tu, po tej stronie. On bierze głęboki wdech, zdaje się chłonąć tę małą kuchnię, cały dom i ją samą, jej twarz i ciało. Nagle prostuje się, rusza z miejsca, omija ją, przelotnie, niemal nie dotykając, muska ręką jej biodro. Wychodzi z domu, zamyka za sobą drzwi.
Przystaje: niebo jest niskie, czarne, a noc szeroką piersią pcha go z powrotem do domu. Spogląda na zatrzaśnięte drzwi. Jego nogi wahają się, obmacują grunt. Rusza, dziwacznie zatacza wokół siebie kółko. Powoli, ostrożnie, raz i drugi, jedno kółko i następne dokoła siebie. Rozkłada szeroko ręce, kółka są coraz większe, obchodzi podwórko, a teraz dom, okrąża cały dom –

Idący mężczyzna:
Zaraz upadnę,
na pewno upadnę –

I nie upadam.

Zaraz na pewno
serce mi
ustanie –

I nie ustaje.

Jest cień
i mgła –
Teraz,
teraz
upadnę –

Miejski kronikarz:

 

Noc jest chłodna i wilgotna. Znad rozległych moczarów na wschodzie ciągną chmury, przesłaniają ostatni skrawek księżyca. On nadal okrąża dom, jakby miał nadzieję, że te gesty przebudzą kobietę, pociągną za nim –

Idący mężczyzna:
Chłód
twego głosu
plącze mi
nogi. Jak mam iść
bez twego ciepła, bez światła
twoich oczu na sobie. Jak
mam iść,
kiedy zbraknie
mi twojej
życzliwości?

Miejski kronikarz: Oczy ma wciąż utkwione w opuszczonych żaluzjach, ciągle idzie dokoła domu, ale z każdym kręgiem zdaje się odsuwać, jakby otwierał się i rozpościerał, dalej i dalej. Idzie, zatacza coraz większe, coraz szersze koła, idzie tam, nie ma żadnego tam, oczywiście, że nie ma, ale skoro się tam idzie? Skoro jest człowiek, który tam idzie?

Idący mężczyzna:
Nie jestem sam, nie jestem
sam, szepczę,
jakbym zaklęcie wymawiał,
a jego dech
przez moje usta
osiada parą na lustrze –
Nie jestem z nim
sam, nie jestem
sam –

Miejski kronikarz: Idzie i okrąża całą wieś, raz i drugi, mija domy, podwórza, studnie i pola, mija stodoły i obory, i sterty drewna na opał. Psy go obszczekują, ale zaraz odstępują, skowycząc, a on idzie –

Idący mężczyzna:
Nie jestem sam, z nim
nie jestem osamotniony,
jestem z nim
sam na sam w całym
swoim zagubieniu, całym zatraceniu,
on we mnie tętni, żyje
ze mną, złączony
ze mną, jestem
z nim w całej tej ogromnej
krainie,
jaka powstała we mnie,
gdy umarł –
Wypełnia się razem ze mną
i maleje
niespokojny,
niespokojny
błąka się,
szlocha
i wybawia,
i skuwa,
i uzdrawia,
i oczyszcza,
nie daje spokoju,
nie daje spokoju,
to dziecko
samotne,
nieżywe.

Miejski kronikarz: Noc, następna noc i jeszcze jedna. Tyle się dzieje w Twoim mieście, Książę, obawiam się, że nie zdołam wszystkiego dla Ciebie spisać.
Oto teraz, gdy bije północ, na starym pomoście nad jeziorem ktoś się poruszył w stercie rybackich sieci. Wychynęła jakaś głowa i rozgląda się dokoła. Drobne, giętkie ciało wysuwa się z kłębu sieci, przysiada i dyszy. To człowiek, nie ma wątpliwości. Na umorusanej twarzy błyskają białka wylęknionych oczu, pilnie śledzą otaczające miasto wzgórza. Szeroko rozwarte usta odwracają się i też patrzą, niczym trzecie ciemne oko.
Już widzę: to ta naprawiaczka sieci, być może Wasza Wysokość pamięta – przed laty, podczas wizyty w porcie, uraczyła Cię swoim niewyparzonym językiem, spierając się o podatek od igieł, który w swej łaskawości raczyłeś ustanowić. Do jej piersi taśmą barwnej tkaniny przywiązany był mały chłopczyk, kędzierzawy i roześmiany, który bawił się z Tobą w grę spojrzeń, a Ty obdarowałeś go złotą monetą. Nie wiem, co się z nim stało. Ją zaś widuję od czasu do czasu, jak snuje się po portowych zaułkach, zrzędzi, mamrocze bezsensowne słowa, tak szczelnie zaplątana w gęste sieci, że można by pomyśleć, że tam w środku nikogo nie ma.
Nagle podskakuje jak ukąszona przez węża. Ręce unoszą się, wskazują na coś w oddali, a ona wydaje z siebie jęk – Jeśli jeszcze nie śpisz, mój Książę, i zechcesz rzucić okiem ze swego okna, to sam zobaczysz: niczym drobna plamka kręci się po mieście. Jakiś człowiek tam idzie, wspina się na wzgórza i schodzi w dół –

Idący mężczyzna:
Krok,
jeszcze krok, jeszcze
jeden,
idę,
wciąż idę
do ciebie.
Jestem
rzuconym pytaniem,
otwartym krzykiem

mój synku

gdybym
tylko jednym
krokiem
mógł
ciebie
poruszyć.

Miejski kronikarz: A o trzeciej straży nocnej, w bocznej uliczce przedmieścia, w małym domku z jedną zaledwie izbą, siedzi przy oknie Centaur. Tak go zwą w mieście, Wasza Wysokość, i obiecuję, że niebawem postaram się dowiedzieć dlaczego. Ogromną głowę okoloną siwym włosem zwiesił na piersi, okulary zsunęły mu się na czubek nosa, a od chrapania trzęsie się cały dom. Rzut oka na prawo i lewo: ani żywego ducha. Wspinam się na palcach i zaglądam do środka. Panuje tam głęboki półmrok, ale wygląda na to, że izba jest niebywale zagracona: dziwaczne stosiki i sterty, może to zwały kurzu albo śmieci, albo nagromadzone stare sprzęty, które otaczają Centaura i gdzieniegdzie piętrzą się do sufitu. Trudno pojąć, jak on się porusza w tym pomieszczeniu.
Na stole, przy którym siedzi, leży brudny koc. Parę pustych butelek po piwie, stalówki, kredki, szkolne zeszyty, wszystko porozrzucane byle jak. Zeszyt jest otwarty, na każdej stronie widać cienkie niebieskie linie. Stronice, o ile dobrze stąd widzę, są puste.
„Spadaj, bo ci jaja powyrywam”, warczy Centaur, nie otwierając oczu, więc umykam co sił w nogach.
Dopiero gdy docieram do płotu przy domu kobiety, od której się wyniosłem, serce odzyskuje normalny rytm.

Żona miejskiego kronikarza:
Upływający czas
sprawia ból. Zatraciłam
mądrość
poruszania się w nim
zwyczajnie, naturalnie.
Coś ciągnie mnie
do tyłu, pod
prąd, a on jest
wściekły, mściwy –
Cały czas, cały
czas
wbija we mnie
kolce.

Miejski kronikarz: A następnej nocy w chałupie, gdzieś w błotnistej dzielnicy na obrzeżach miasta, młoda kobieta – z zawodu położna – dźwiga się nagle z klęczek przy misce wody i stoi z ociekającymi rękami. O ile dobrze widzę, nie ma w izbie rodzącej, nie ma też noworodka, w misce moczą się tylko spodnie i męska koszula. Kobieta zastyga w miejscu. Jej szyja przypomina łodygę, twarz ma pociągłą i delikatną. Ociężałym ruchem odwraca się i podchodzi do okna. Na dworze jest zimno i wietrznie, a ponieważ z komina nie uchodzi dym – dlatego mogę przez niego zajrzeć do środka – przypuszczam, że i w chacie panuje przenikliwy ziąb.
Spojrzeniem błądzi gdzieś daleko, po wzgórzach, po widnokręgu. Milczy, ale palce ma rozdarte wokół ust niczym krzyk, tak że i ja wstrzymuję oddech. Na koniec wzdycha i opuszcza ramiona, jakby znienacka opadła z sił.
A mąż tej kobiety – tors jak beczka, zaczerwieniona wygolona czaszka, na karku trzy grube fałdy – który przez cały czas siedział w kącie izby i naprawiał kawaleryjskie buty, wystukując i odmierzając jej milczenie szybkimi uderzeniami młotka, cedzi przez zęby, bo w ustach trzyma gwoździe –

Szewc: Znowuż zatruwasz sobie duszę?

Położna: W-w-wczoraj by miała p-p-pięć lat.

Szewc: Ze sto razy ci mówiłem, że nie trza se głowy zawracać takimi rzeczami! Będzie już tego, dosyć!

Położna: Świeczkę przed jej z-z-zdjęciem zapaliłam, a ty n-n-nic nie powiedziałeś. Nigdy o niej nie pomyślałeś?

Szewc: A bo co tu myśleć, no co? Ile przeżyła w ogóle? Rok?

Położna: I p-p-pół.
(…)

poza-czasemDawid Grosman „Poza czasem”
Tłumaczenie: Regina Gromacka
Wydawnictwo: Świat Książki
Liczba stron: 176

Opis: Mężczyzna wstaje nagle od nakrytego do kolacji stołu, rozstaje się z żoną i rusza w drogę, żeby odszukać zmarłego syna. Dzień za dniem kroczy uparcie przed siebie, zataczając kręgi z wolna ogarniające całe miasto. Do wędrowca dołączają ci spośród mieszkańców, którzy tylko czekali na to, by ktoś mocą wielkiego pragnienia ośmielił się podważyć granicę pomiędzy „tu” a tym, co jest drugą stroną, negatywem życia… Jeden z najwybitniejszych współczesnych pisarzy, autor monumentalnych, egzystencjalnych powieści, swą najnowszą książką zaskoczył wszystkich – to lament rodziców po śmierci ukochanego dziecka. „Poza czasem” to wyjątkowa pozycja we współczesnej literaturze. Książce Grosmana, który sam stracił syna w tzw. drugiej wojnie libańskiej, patronują Beckett ze swymi lapidarnymi dialogami i francuski realizm poetycki, a polski czytelnik odnajdzie tu frazy godne najlepszego Różewicza. Groteska i poezja spajają się w opis egzystencjalnego tragizmu o niebywałej intensywności, który wciąga niepokojącym rytmem, urzeka urodą i przenikliwą mądrością.

No comments yet... Be the first to leave a reply!

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

%d bloggers like this: