Ucieczka z piekla cz. 6

 

Pociąg ruszył powoli. Wyjeżdżaliśmy z bocznicy, oddalonej od Dworca Głównego.

W wagonie, oprócz nas, 24 obce osoby.

Na prycze rzucona była słoma, my wybraliśmy jedną z tych  na dole. Oprócz prycz, w wagonie była jeszcze beczka i kubeł drewniany. Beczka była pusta. Powiedziano nam, że kiedy pociąg zatrzyma się na następnym postoju, będziemy mogli napełnić ją wodą.

Rano zaczęliśmy rozmawiać, opowiadać o sobie, przedstawiać się… W wagonie były  małżeństwa, bracia małżonków, i jeszcze trzy samotne kobiety- z Krakowa, Bochni, Katowic, Rzeszowa i Biłgoraja.

Na początek, postanowiliśmy wybrać spośród nas „starszego”. Jednogłośnie wybraliśmy Platnera z Bochni. Był on z żoną, bratem żony i kuzynem.

Pierwszą decyzją było osłonięcie „kubła” czyli ubikacji. W wagonie leżało kilka desek, musiały zostać po budowie pryczy. Ktoś podarował dwa prześcieradła. Nie mieliśmy potrzebnych narzędzi, ale po paru godzinach udało się nam urządzić łazienkę.

Zapadał zmierzch. Byliśmy głodni. Każdy miał ze sobą suchary, konserwy, jakieś picie. Siedząc na pryczy, Lusia przygotowała jedzenie, które przynieśli nam  Janek i Zenka. Zjedliśmy prędko, robiło się coraz ciemniej, a w wagonie nie było światła, tyle tylko, że ludzie mieli latarki. Położyliśmy się jeden obok drugiego,  tak ciasno,  że sąsiad dotykał sąsiada.

Pociąg  jechał prawie całą noc,  zatrzymał się nad ranem, i to nas obudziło. Otwarły się się drzwi  wagonu i usłyszeliśmy wołanie po rosyjsku: „ jest kipiatok i woda zimna”. Pytaliśmy się, jak długo tu postoimy, ale odpowiadali nam tylko: „nie znaju”.  Staliśmy na bocznicy przez cały dzień. Otrzymaliśmy porcję zupy rano i wieczorem, całe szczęście, że mieliśmy ze sobą garnuszki. Nie było jeszcze tak źle, bo na razie, każdy miał ze sobą jeszcze trochę zapasów.

Mieliśmy swoje obowiązki: kobiety sprzątały wagon, a mężczyźni przynosili wodę, mogliśmy się więc umyć,  w wagonie było ciepło. Staliśmy na bocznicy, ale żołnierze nie pozwalali  nam podejść do stacji, wydaje mi się, że byliśmy jeszcze na terenie przedwojennej Polski, ale teraz teren należał do Białorusi.

Dzień przeszedł. Zagnano nas do wagonów i zamknięto. W środku było ciemno, i tak, po ciemku rozmawialiśmy z sąsiadami na naszej pryczy. Było to małżeństwo oraz brat żony, pochodzili z Bochni. Pociąg ruszył, powoli zasypialiśmy.  Po jakimś czasie zatrzymał się, a nad ranem znowu ruszył. Dopiero w południe stanął na dobre, i  znowu wszystko odbyło się  tak, jak  poprzedniego dnia. Wyszliśmy z wagonu, otrzymaliśmy zupę, nosiliśmy wodę, kobiety sprzątały…. I tak jechaliśmy przez 14 dni. Gdzieś tak, od trzeciego czy czwartego dnia, nie mieliśmy już żadnych zapasów. Teraz żyliśmy  tylko na zupie, którą dostawaliśmy od żołnierzy.

Pogoda była piękna. Przejeżdżaliśmy przez zielone pola i lasy, drzwi wagonu były do połowy otwarte, więc wszystko widzieliśmy. Przejechaliśmy przez most na Wołdze, i pod Kazaniem nasz pociąg przekierowano  na drogę kolejową Moskwa –Władywostok. Później przejechaliśmy góry Ural. A więc,  jesteśmy  w Azji.

Po kilku dniach pociąg zatrzymał się. Tym razem, nie otworzono drzwi, ale przez okienko widzieliśmy nazwę stacji- Tjumen.

 

Po  trzech godzinach postoju  rozkazano nam zabrać wszystkie rzeczy,  i zaprowadzili nas do  linii wąskotorowej. Stały tam wagony towarowe, ale mniejsze, pociąg do którego nas załadowali nazywał się „tiepłuszka”.

Jechaliśmy jakieś 3 godziny, była już późna noc, gdy dojechaliśmy do osady Tropińsk. Czekały tam na nas wozy zaprzężone w konie.  Jazda trwała całą noc. Droga prowadziła cały czas przez las, dopiero rano dotarliśmy do olbrzymiej polany, gdzie stało 10  drewniany, małych domków. Prawdopodobnie  opróżniono je dzień, dwa wcześniej, bo leżały przed nimi rzeczy, których nie zdołali zabrali poprzedni mieszkańcy.

Przydzielono nam pokój wspólny  z małżeństwem Szac, to była młoda para z Krakowa. Pomieszczenie  było puste, nie było nawet łóżek, dostaliśmy tylko sienniki wypchane słomą, niestety były bardzo zapluskwione.

W południe zebraliśmy się koło kuchni polowej, stanęliśmy w  kolejce, każdy dostał zupę i jaglaną kaszę. Przy tej sposobności zwołał nas komendant obozu, oficer N.K.W.D., i ogłosił: „jutro rano wszyscy muszą się zgłosić do magazynu, mężczyźni dostana piły a kobiety siekiery do obcinania gałęzi”. „Kto pracuje, dostanie 2 razy dziennie zupę i 400 gram chleba na dzien. Kto nie pracuje połowę przydziału”. Na zakończenie powiedział „poka lasu chwatit Polszy nie uwidzicie” – „dopóki wystarczy lasu- Polski nie zobaczycie”.

Pomyślałem wtedy, że lasu wystarczy na 100 lat… Wróciliśmy do domu, wyrzuciliśmy zapluskwione senniki, i położyliśmy się na podłodze, ale to nie pomogło dużo, bo  pluskwy były też w ścianach.

W środku  nocy obudziło nas walenie do drzwi. Kucharz zapytał, czy są tu kobiety, i zabrał Lusie i Szacową do kuchni polowej.

Stały tam dwa olbrzymie kotły, pod którymi palił się ogień.

W  tej kuchni polowej, otoczonej parkanem, pracowało dwóch rosyjskich kucharzy, i około dziesięć kobiet, wyciągniętych w nocy z baraków.

Dzięki temu, że Lusia pracowała przy dzieleniu  zupy i chleba, mogła dawać do przydziałowej porcji zupy, dodatkową chochlę mnie i mojemu bratu, a nawet, po pracy, przyniosła 2 łyżki i trochę chleba.

Rano, po zjedzeniu zupy i 200 gramów chleba, ruszyliśmy do lasu. Podzielono nas na grupy po czterech mężczyzn i osiem kobiet.

Mężczyźni dostali  po dwa topory i piłę, a kobiety siekiery do odrąbywania gałęzi.

Grupy pracowały w odległości 50 metrów od siebie. Przydzielono nam instruktorów, którzy  pokazali jak ścinać grube drzewa. Naturalnie, że im szło to prędko, ale kiedy pierwsza para od nas zaczęła pracować, nic się nie kleiło. Większość mężczyzn to byli urzędnicy, adwokaci, krawcy albo sprzedawcy, którzy w życiu nie mieli w rękach toporka i piły… a co dopiero  kobiety? Z najwyższym trudem, i przy pomocy instruktorów, udało się nam ściąć kilka drzew. Zmęczeni i spoceni wróciliśmy do baraków. Byłem wykończony. Oblałem się zimną wodą i zacząłem szukać Lusię. Ale ona już była w pracy, w polowej kuchni.

Poszedłem  z bratem, stanęliśmy w kolejce do kotła, przy którym pracowała Lusia. Dostaliśmy pełną menażkę zupy i więcej chleba. Wieczorem  komendant obozu ogłosił, że jeżeli nie zaczniemy wypracowywać normy, to zmniejszy nam przydział chleba.

Trzeba sobie powiedzieć, że do końca naszego pobytu w tym obozie, nigdy nikt normy nie wykonał, ale komendant nie zmniejszył racji chleba.

Lusia dowiedziała się od kucharzy, że za kilka dni zostaniemy przeniesieni do obozu obsługującego tartak. I tak się stało. Po dziesięciu dniach pobytu w Tropińsku, w nocy, podstawiono  furmanki I znowu  załadowaliśmy nasz dobytek na wozy i ruszyliśmy w drogę. Dalszy ciąg nastąpi

Napisal HENEK GRÜNGRAS 98 lat

Poprzednie odcinki

KLIKNIJ TUTAJ

Anna Karolina Klys (  Tajemnica Pana Cukra ) poprawila tekst i wyszla taka perelka

No comments yet... Be the first to leave a reply!

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d bloggers like this: