Nathan Gurfinkiel

ROSJA W JEROZOLIMIE

Natan Gurfinkiel

maria­nowi marzyń­skiemu

arnold – mój tutej­szy pol­ski ex-sąsiad (kilka lat temu prze­pro­wa­dził się na odle­głe przed­mie­ście i od tego rza­dziej go widuję) jest żydem z gatunku tych, co są marze­niem każ­dego anty­se­mity. aż mi wstyd się przy­znać, ale gdy­bym trak­to­wał poważ­niej to, co zda­rza mu się wyga­dy­wać, sam został­bym chyba anty­se­mitą i roz­trza­skał lustro, w któ­rym, ile­kroć wejdę do łazienki, muszę oglą­dać, tę idio­tycz­nie roze­śmianą żydow­ską mordę…

arnold okrop­nie się dener­wo­wał, gdy czy­tał lub oglą­dał w tele­wi­zji jakąś nie­po­chlebną wia­do­mość na temat spo­sobu zacho­wy­wa­nia się izra­el­skich żoł­nie­rzy na tere­nach pale­styń­skich,

– dla­czego wszy­scy inni mogą zabi­jać, a nam nie wolno? jak zrobi to jakiś izra­el­ski żoł­nierz w obro­nie wła­snej, pod­nosi się wrzask na cały świat, jakby nie wia­domo co się działo. gdyby to zro­bił ktoś inny, nie byłby to żaden news, a jak to jest izra­el­czyk, od razu robi się wiel­kie aj waj i wia­do­mość natych­miast tra­fia się na czo­łówki gazet…

opo­wie­dzia­łem o tej roz­mo­wie hus­saj­nowi – memu pale­styń­skiemu przy­ja­cie­lowi, któ­rego znam od nie­pa­mięt­nych cza­sów. w poło­wie lat 70. w kopen­ha­dze powstała pierw­sza kawiar­nia „somer­sko” (nazwa ta w dosłow­nym tłu­ma­cze­niu zna­czy letni but, ale nie ma nic wspól­nego z obuw­nic­twem. powie­dział­bym nawet, że wręcz prze­ciw­nie – zgod­nie z ówcze­sną łach­ma­niar­ską modą wiele dziew­czyn cho­dziło boso po mie­ście i tak roz­zute odwie­dzały też kawiar­nię braci som­mer­sko, w któ­rej wie­czo­rami wszyst­kie sto­liki były zajęte, więc tłum kłę­bił się w przej­ściach).

któ­re­goś wie­czoru w dro­dze do domu wstą­pi­łem z joanną (moją żoną) do kawiarni. sta­li­śmy w przej­ściu i sącząc jakieś napoje roz­ma­wia­li­śmy – dosyć gło­śno, bo trzeba było prze­krzy­czeć gwar. kiedy sto­jący obok inten­sywny bru­net w oku­la­rach usły­szał pol­ską mowę, uśmiech­nął się rado­śnie i zawo­łał: uwaga uwaga, roz­bie­ram się do naga! bar­dzo szybko oka­zało się, że było to jedyne całe zda­nie, jakie hus­sajn potra­fił wypro­nun­cjo­wać po pol­sku w następ­stwie swego kil­ku­mie­sięcz­nego pobytu w war­sza­wie, bo jego pol­scy roz­mówcy sikali nie­mal w gatki z ochoty popi­sa­nia się przed nim swą zna­jo­mo­ścią pid­gin english.

hus­sajn miesz­kał w jor­dań­skiej czę­ści jero­zo­limy i był dzien­ni­ka­rzem w miej­sco­wej tele­wi­zji. po woj­nie czerw­co­wej wyje­chał do europy i zaha­czył się w pol­sce, mając nadzieję zatrud­nie­nia się w war­szaw­skiej WFD, ale obiet­nice, które mu dano przed przy­jaz­dem oka­zały się nazbyt lek­ko­myślne i sfor­ma­li­zo­wa­nie zatrud­nie­nia napo­ty­kało coraz to nowe prze­szkody. huss­sajn wylą­do­wał więc w kopen­ha­dze i dołą­czył do innych moich tutej­szych zna­jo­mych, któ­rzy, choć nie powio­dło im się nad wisłą, wspo­mi­nali pobyt w pol­sce z sen­ty­men­tem…

hus­sajn zako­twi­czył się na dobre, bo oże­nił się z duń­ską dziew­czyną, więc dość szybko uzy­skał oby­wa­tel­stwo.

pisał arty­kuły do gazet, był arabko- duń­skim tłu­ma­czem i wygła­szał odczyty, w któ­rych sta­rał się roz­wi­kłać przed tubyl­cami taj­niki arab­skiej psy­che. ile­kroć miał przed sobą muzuł­mań­skie, w prze­wa­ża­ją­cej czę­ści, audy­to­rium tłu­ma­czył jak można zagłę­biać się w stu­diach nad kora­nem dzier­żąc jed­no­cze­śnie butelkę wina i dole­wa­jąc sobie do kie­liszka. dzięki udzia­łowi w pro­gra­mach tele­wi­zyj­nych stał się znaną posta­cią w danii. kilka lat temu obro­nił pracę dok­tor­ską z kul­tu­ro­znaw­stwa.

przed moim pierw­szym lotem do izra­ela w latach 80. spo­tka­łem hus­sajna na lot­ni­sku i oka­zało się, że ma w samo­lo­cie miej­sce tuż przy moim.

– napijmy się – powie­dział, bo kiedy wylą­duję moja muzuł­mań­ska rodzina nie pozwoli mi wypić ani kro­pelki. będą mnie pil­no­wali.

zamó­wi­li­śmy kilka drin­ków i robiło nam się coraz wese­lej. w pew­nym momen­cie poczu­łem kop­nię­cie w nogę i hus­sajn powie­dział dono­śnie, żeby jak naj­wię­cej ludzi mogło usły­szeć: ty ohydny syjo­ni­sto!

– zamknij, się ty pale­styń­ski ter­ro­ry­sto – powie­dzia­łem – wcale się cie­bie nie boję!

bawi­li­śmy się oby­dwaj obser­wu­jąc reak­cję współ­pa­sa­że­rów, bo samo­lot pełen był duń­skich żydów lecą­cych w odwie­dziny do krew­nych lub po to by zoba­czyć ojczy­znę swych przod­ków, a my uda­wa­li­śmy praw­dziwą kłót­nię.

kiedy opo­wie­dzia­łem hus­saj­nowi o owej roz­mo­wie z arnol­dem, uśmiech­nął się z wyro­zu­mie­niem. – wiesz, to nie jest już armia, w któ­rej słu­żył twój kuzyn (mój o pra­wie trzy­dzie­ści lat młod­szy, uro­dzony w izra­elu kuzyn alon był sier­żan­tem w lot­nic­twie). teraz jest ona zdo­mi­no­wana przez dzieci imi­gran­tów z ZSRR, nic więc dziw­nego, że zacho­wują się tak jak ich ojco­wie i dziad­ko­wie w czter­dzie­stym pią­tym roku w niem­czech…

oglą­da­łem w izra­elu tych ludzi. to prze­cież jed­nym z nich jest dzi­siej­szy mini­ster spraw zagra­nicz­nych avig­dor lie­ber­man.

nie­gdy­siejsi oby­wa­tele ZSRR, czę­sto nie prze­ry­wa­jąc mar­szu, wprost z kom­so­mołu i par­tii zasi­lili top­nie­jące zastępy pra­wo­myśl­nych żydów w mocno zla­icy­zo­wa­nym spo­łe­czeń­stwie izra­el­skim. ogar­nięci fana­ty­zmem pouczają teraz wszyst­kich jak być dobrym żydem – naj­chęt­niej po rosyj­sku, bo hebraj­ski staje się zwolna dru­gim co do waż­no­ści języ­kiem w izra­elu. imi­granci z rosji wszyst­kim zarzu­cają brak patrio­ty­zmu, a kiedy sły­szą kawały na temat izra­ela. wie­trzą w nich zdradę główną i nie­mal nawró­ce­nie się na arab­ski ter­ro­ryzm…

kie­dyś, kilka lat temu, kiedy zama­chy ter­ro­ry­styczne były w izra­elu na porządku dzien­nym, spo­tka­lem arnolda.

– czy znasz modli­twę dzieci z jero­zo­limy? – zapy­ta­łem

– nu?

–hamasu, hamasu, jak już musisz rzu­cać te swoje bomby, to zbomb naszą panią od hebraj­skiego z klasy 3-b

arnold odpo­wie­dział tak, jakby był świe­żej daty izra­el­czy­kiem z rosyj­skiej alii

– ludzie giną, a ty opo­wia­dasz dow­ci­pasy

– czy nie przy­szło ci do głowy, że te kawały wymy­ślają sami żydzi z izra­ela, bo ina­czej nie prze­trzy­ma­liby tego kosz­maru?

nie są to jed­nak imi­granci z ZSRR. oni są zawsze śmier­tel­nie poważni. w izra­elu każda spo­łecz­ność, wywo­dząca się z jakie­goś kraju wydaje przy­najm­niej jedną gazetę. imi­granci z pol­ski wyda­wali dwie: jedna nazy­wała się „nowiny„, druga „kurier„. póź­niej nastą­piła fuzja i  i nie­ist­nie­jąca już dziś nowa gazeta przy­brała nazwę „nowiny i kurier” – w języku potocz­nym „kur­winy„. coś takiego nie mogłoby przy­tra­fić się wychodź­com z ZSRR. ich organ dum­nie prę­żył się pod nazwą „наша страна

kiedy we wspo­mnia­nej roz­mo­wie refe­ro­wa­łem hus­saj­nowi świeże wia­do­mo­ści z „arnold daily„, przy­ja­ciel mój tylko się uśmiech­nąl – nie przej­muj się. my też mamy swo­ich oszo­ło­mów. jedni są warci dru­gich.

cie­kaw jestem czy rosja­nie na kry­mie zaczną pouczać wszyst­kich dookoła, że dobry ukra­iniec mówi tylko po rosyj­sku…

 

nathan gur­fin­kiel

Jedna odpowiedź to “ROSJA W JEROZOLIMIE”

  1. Pomimo wszystko, bardziej przyswajam Libermana niz powyzszego autora i w dalszym ciagu zycze lepszych artukulow.

    Lubię

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: