POLSKIE OBOZY KONCENTRACYJNE?

Jerzy Surdykowski

Wstawanie z kolan nie sprzyja myśleniu. Przesławna nowelizacja ustawy o IPN stawia przed wymiarem sprawiedliwości w Polsce zadanie po pierwsze niewykonalne, po drugie dewastujące i tak nadwątloną opinię o naszym kraju.


Niewykonalne, bo pozwala ścigać osoby przypisujące „narodowi polskiemu” współudział w zbrodniach wojennych gdziekolwiek w świecie, także tam gdzie nasza jurysdykcja nie sięga. Dewastujące, bo uderza w wolność słowa, do której państwa demokratyczne są przywiązane. Wolność słowa oznacza również wolność kłamstwa, a zwłaszcza omyłek, bo one są tutaj najczęstsze.

Sam uważam, że nawet negacji Holokaustu nie należy karać (choć czyni tak wiele państw, w tym Polska), lecz przygważdżać argumentami. Ale przynajmniej nie wychylajmy się poza tę granicę. Nikt nie lubi, gdy zamiast argumentów wyciągamy z rękawa prokuratora.

Niestety, tak uczyniliśmy, sejmowa maszynka do głosowania zadziałała, pan prezes przepchnął ustawę kolanem. Mleko się rozlało; ustawa, która miała ratować naszą reputację, gruntownie ją pogrążyła. Jedno zyskaliśmy: znamy już przyczynę prezesowskich problemów zdrowotnych. Kiedy się wyleczy, może Trybunał Przybłęcki (przepraszam: Konstytucyjny) uzna nowelizację za sprzeczną z ustawą zasadniczą i wtedy będzie można zacząć sprzątanie tego, co sami napaskudziliśmy.

Chciałbym tutaj – gwoli tego przyszłego, acz nieuniknionego sprzątania – zaproponować nieco inną metodę walki z wciąż popularnym na Zachodzie sformułowaniem „polskie obozy koncentracyjne”. Przetestowałem ją z niezłym skutkiem w USA, gdzie jego użycie jest szczególnie uporczywe. Nie wynika ono jednak ze złej woli, lecz z nędzy nauczania historii w amerykańskiej szkole średniej.

W latach dziewięćdziesiątych, gdy byłem konsulem generalnym w Nowym Jorku, przeglądałem kilka amerykańskich podręczników historii dla „high school”. Są one różne w różnych stanach, ale tak samo skupiają się na dziejach USA, a nad historią Europy prześlizgują się lekko, łatwo i przyjemnie. Nic więc dziwnego, że zdań dotyczących dziejów Polski znalazłem w nich trzy do czterech, najwyżej. Trudno więc, by przeciętny Amerykanin – nawet jeśli ukończy nauki techniczne, czy zarządzanie na uniwersytecie – coś wiedział o naszym kraju, najwyżej mu zaświta, gdy usłyszy „Walesa” albo „Solidarity”.

Skoro więc obozy koncentracyjne były w Polsce, to na pewno są „polish”. O tym, że nie było tam żadnej polskiej władzy, a nawet o tym, że było to terytorium podbite i okupowane na ogół nie wie.

Tak to właśnie gdzieś w początku lat dziewięćdziesiątych siedzę w swoim biurze i męczę się nad kolejnym listem do „The New York Times”, bo właśnie w związku ze sprawą Demianiuka (białoruski kapo obozu zagłady w Sobiborze, odnaleziony wtedy w USA) posypały się „polish concentration camps”. Na to wkracza mój przyjaciel Roman Kent, polski Żyd i serdeczny człowiek, powiadając: „Po co się wysilasz? Albo ci to wydrukują maczkiem na którejś tam stronie, albo i nie. Idziemy do Abe Foxmana!”.

Roman przeżył Auschwitz, jako młody chłopak skierowany do pracy, nim nadejdzie jego kolejka do komory gazowej, potem „marsz śmierci” od obozów w Niemczech, aż w Dachau wyzwolili go Amerykanie. Był prezesem Amerykańskiego Zgromadzenia Żydów Ocalałych z Holokaustu, a więc na szczytach nowojorskiej hierarchii żydowskiej. Przed takimi jak on wszystkie drzwi są otwarte, a dostanie się na audiencję do Abrahama Foxmana, ówczesnego szefa Anti Defamation League było poza zasięgiem nawet konsula średniej wielkości państwa europejskiego. Bo i po co?

Liga Przeciw Zniesławianiu powstała jeszcze przed wojną jako organ samoobrony amerykańskich Żydów przed antysemityzmem, wtedy w USA dość powszechnym. Zasilana hojnymi składkami tej społeczności i mająca do dyspozycji najlepszych żydowskich prawników, wytaczała proces za procesem zarówno politykom, jak redakcjom pozwalającym sobie na antyżydowskie ekscesy, również klubom obojętnie czy towarzyskim, czy sportowym, które miały w statucie zakaz przyjmowania Żydów. No i wykrywała, oskarżeni płacili słone odszkodowania, aż Ameryka zaczęła się bać ADL i zrozumiała, że antysemityzm nie uchodzi. Cóż mogła pomóc ta groźna Liga na polskie kłopoty, przecież czym innym się zajmuje?

Foxman przyjął mnie chłodno, ale wysłuchał, zwłaszcza tyrady Romana, usiłującego go przekonać, że nadszedł czas na opowiedzenie się Ligi po stronie prawdy historycznej. Wziął ode mnie przygotowaną wcześniej listę mediów, które – od Atlantyku po Pacyfik – beztrosko szafowały owym „polish concentration camps”. No i na papierze firmowym ADL napisał do nich wszystkich listy, że wprawdzie były w Polsce liczne przejawy antysemityzmu, ale nie było żadnych polskich obozów koncentracyjnych, tylko hitlerowskie obozy w okupowanej Polsce. Po tym warknięciu Ligi, której boi się cała Ameryka, na kilka lat ustało używanie kontrowersyjnego sformułowania.

Usiłowałem z tego uczynić wielką sprawę: oto po raz pierwszy w dziejach, potężna organizacja żydowska ujęła się za Polakami w imię prawdy historycznej! Wysłałem notatki gdzie się tylko dało – i prawie nic. Opublikował coś nowojorski „Nowy Dziennik” i „Gazeta Wyborcza” w Warszawie, zignorował PAP i inne polskie dzienniki. Ministerstwo Spraw Zagranicznych milczało, mimo że domagałem się podziękowania dla Foxmana. Tak sprawę przywalił czas i zapomnienie.

Po paru latach przyjechał do Nowego Jorku Aleksander Kwaśniewski, niedawno wybrany prezydentem RP. Miał w planach spotkanie z Foxmanem, bo prezydentowi się nie odmawia. Miałem z nim chwilę czasu na rozmowę w przeddzień, więc relacjonuję jak było i sugeruję podziękowanie. Następnego dnia Kwaśniewski zaczyna od słów: „Panie przewodniczący, chciałem panu bardzo podziękować…” Foxman zmienia się na twarzy i nagle mówi: „Pane prezydencze, Polska and Anti Defamation League to som dwe najwspanalsze rzeczy na szwece!”*)

Na tym skończyła się jego wyniesiona z dzieciństwa polszczyzna.

Żydowskie dziecko urodzone w Baranowiczach przygarnęła poczciwa Polka i ochrzciła w Wilnie jako swego syna, aby mieć jakikolwiek papier sankcjonujący niemowlę. Oczywiście pozostałych bliskich czekał straszny żydowski los Zagłady. Po wojnie tłumaczono chłopakowi w Izraelu, że Polacy chcieli go wynarodowić, stąd później nienajlepszy jego stosunek do naszego kraju. Studia ukończył już w USA. Ale ten incydent pokazuje tajemnicę duszy nie tylko żydowskiej: potrzebę dobrego słowa, znaczenie prostego sformułowania „dziękuję”.

Wzbraniamy się go używać, skąpimy serdeczności nawet tam, gdzie sami jej doznajemy. Za to potrafimy bez sensu i potrzeby podlizywać się tym, którzy na to ni zasłużyli. Czy to tajemnica duszy polskiej?

Dziś Abraham Foxman jest już tylko emerytowanym szefem ADL. Roman Kent dobiega dziewięćdziesiątki. Trzeba zaczynać od nowa. Trzeba pozyskiwać przyjaciół, a nie odstręczać ich wyniosłą głupotą.

Jerzy Surdykowski: Polskie obozy koncentracyjne?

No comments yet... Be the first to leave a reply!

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d bloggers like this: