.Jestem znów Zydem cz. 21

Szlomo Adler

Książka ta opiera się na moich wspomnieniach. Piszę tylko o tym co sam przeżyłem, widziałem lub słyszałem. Większość imion wspomnianych w tekście jest prawdziwa.

Przez wiele lat odkładałem opisanie moich wspomnień, ponieważ praca nad tym była dla mnie bardzo ciężka, otwierała jeszcze niezabliźnione rany. Po wojnie czułem się jakbym był w koszmarnym śnie.  Często myślałem, że to nie jest jawa, a moje prawdziwe życie zacznie się dopiero wtedy, gdy obudzę się z okrutnego koszmaru, zobaczę moich rodziców, siostrę, krewnych i kolegów.
Na początku próbowałem zbudować nowe życie, pod przybraną polską tożsamością. Przyjąłem polskie maniery, ale komunistyczny reżim w Polsce sprawił, że zostałem aresztowany. Oskarżono mnie o zdradę i faszyzm. Ostatecznie okazało się, że mój areszt korzystnie wpłynął na moje życie. Wróciłem do żydostwa i uciekłem z Polski. Ale nawet po przyjeździe do Izraela, moja depresja nie zniknęła.

Byłem nieszczęśliwy, nie miałem ochoty na budowanie rodziny i nowego pokolenia w tym okrutnym świecie. Nie chciałem, aby i moje dzieci były nieszczęśliwe.  Ale los chciał inaczej.   W 1949 roku, gdy odbywałem służbę wojskową, spotkałem moją wybrankę serca, Ester. Ester przeżyła Holocaust na Syberii, dokąd ja wygnano wraz z rodziną, co uratowało im życie. Ester pragnęła dużej rodziny. Pobraliśmy się i urodziło się nam dwóch synów.


Pierwsza kryjówka i druga wielka Akcja. cz.2

W nocy, gdy trzeba było być bardzo cicho, zdecydowaliśmy się uchylić pokrywę na kilka minut, żeby zaczerpnąć trochę świeżego powietrza. Nagle usłyszeliśmy ciche kroki na strychu. Każdy pomyślał, że to koniec.  Zamarliśmy. Ktoś zbliżył się do pokrywy i w jidysz cicho powiedział: ”Bądź błogosławiony Boże za otwarcie pokrywy”.

Pan Eisensztab myślał, że może to jego syn, ale to był sąsiad, członek rodziny Surkis, który wiedział o tej kryjówce. W ciemności udało mu się wspiąć się na poddasze i czekał na świt, aby znaleźć pokrywę. Tłok stał się jeszcze bardziej uciążliwy. Opowiedział nam szeptem o tym co działo się w mieście. Według niego, strzałami, które słyszeliśmy poprzedniego dnia po południu, zamordowano między innymi całą rodzinę Abrahama Lewa, w tym moich dwóch przyjaciół, Jakuba i Siunia.  Strzały wybawiły ich od śmierci głodowej.  Myślałem cały czas, że nas czeka ten sam los. Pan Surkis powiedział, że Niemcy, Ukraińcy, żydowscy policjanci i Polacy spędzają Żydów do ogrodzonego dziedzińca magistratu. Żydzi, których znajdowano w kryjówkach, byli zabijani na miejscu. Tak stało się z rodziną Lew.

W końcu nastał świt i znów słychać było nieliczne strzały. Tym razem już wiedzieliśmy, że każdy strzał oznacza koniec żydowskiego życia.  Przez szpary w deskach sufitu przeciskało się światło dzienne. Mój nastrój stopniowo się pogarszał. Zazdrościłem ptakom, których ćwierkanie dochodziło z zewnątrz. Wydawało mi się, że są na strychu. Ale czego te ptaki by tam szukały? Chyba nie nas. Pewnie ziarna z siana, które kiedyś tam było. Na pewno nie szukały nas.  A może były to wróble, którym do niedawna dawałem okruszynki chleba, i które jadły bez strachu prawie z mojej ręki. Teraz są tutaj, aby mnie ostrzec, jeżeli ktoś obcy się zjawi. Chora dziewczynka znowu zaczęła bełkotać: „Ahaja heja, aheja haja”.  Drżeliśmy ze strachu. Ciocia Rózia i Luba ponownie dały jej kawałki cukru i jabłka, aby ją uspokoić. Byliśmy bardzo głodni, ale nie było nic do jedzenia. Mieliśmy tylko trochę wody do picia. Przezorny Pan Eisensztab przygotował beczkę wody i umieścił ją w pobliżu tej dla naszych potrzeb. Smak wody był ohydny. Nie mieliśmy innego wyboru i musieliśmy ją pić.

Kolejny dzień minął mozolnie, ale bez szczególnych wydarzeń. Tylko znów pojawili się nasi „przyjaciele”, Edzio i Zbyszek Poźniakowie. Chodzili po okolicy i nawoływali: „Józik, Salek! Gdzie jesteście? Chodźcie się bawić z nami!”.  Kiedyś bawiliśmy się z nimi w chowanego. Każdy, kogo nie znaleziono mógł się „zaklepać”. „Raz, dwa, trzy”, stukaliśmy w ścianę lub drzewo, i wtedy byliśmy już bezpieczni. Ostatni wychodzący z kryjówki był uznawany za zwycięzcę.  Dzisiaj wyjście z kryjówki oznaczałoby śmierć. 

W nocy zasnęliśmy ze zmęczenia i głodu. Dorośli budzili nas ze snu: „Cicho, cicho! Wasze chrapanie nas wyda!” Następnego dnia, koło południa, usłyszeliśmy cichy głos z sąsiedniej komórki: „Mamo, tato możecie wyjść”. To był starszy syn rodziny Eisensztab.  Nie udało mu się dotrzeć na czas do kryjówki, więc ukrył się na pobliskich bagnach. Teraz przyszedł, aby powiedzieć nam, że możemy wyjść z kryjówki. Akcja była zakończona. Podobnie jak po pierwszej, wszystko jakby wróciło do normy. Tylko ci, którzy stracili swoich bliskich płakali. Życie zaczęło płynąć „jak zwykle”. Bracia Poźniakowie nie wierzyli własnym oczom, gdy zobaczyli nas po akcji. „Gdzie byliście? Szukaliśmy Was cały czas, żeby się bawić z Wami. Byłoby fajnie razem”. Kto wie, ilu Żydów udało im się znaleźć i zadenuncjować? 

Dowiedzieliśmy się jak wyglądała akcja. Judenrat dostał rozkaz zebrania dwóch tysięcy Żydów w ciągu kilku godzin, na placu magistratu. Kilku członków Judenratu zostało aresztowanych jako zakładnicy. Wśród nich był przewodniczący, dr. Schindler. Niemcy nie chcieli polegać tylko na żydowskiej policji i sami, przy pomocy Ukraińców, także polowali na Żydów przeznaczonych do deportacji.  Starych i dzieci mordowali na miejscu. Ukraińscy policjanci byli szczególnie okrutni. Wyrywali małe dzieci z rąk matek i rzucali nimi w powietrze, na oczach matki. Gdy dziecko spadło na głowę, umierało na miejscu. Łapali też niemowlęta za nóżki i roztrzaskiwali ich główki o krawędź trotuaru lub o pień drzewa. Ten rodzaj sadystycznej zabawy był ulubiony szczególnie przez ukraińskiego policjanta o nazwisku Matwyjecki. Żydów, którzy mieszkali daleko od placu, nawet nie starali się przyprowadzić do miasta. Ich mordowali na miejscu. Tych, których znaleziono w ukryciu również od razu mordowano. Setki Żydów uciekło do pobliskich lasów. Większość z nich zostało złapana przez chłopów i doprowadzona na plac w mieście. W ciągu tych trzech dni Żydzi cierpieli z głodu i pragnienia. Zdarzały się przypadki, że żydowska policja dawała bezradnym ofiarom trochę wody. 

Na trzeci dzień akcji, ustawiono Żydów w szeregi i kazano im śpiewać popularne przed wojną tango: „Mein Sztetełe Bełz„. Tę śpiewającą kolumnę zagnano na dworzec kolejowy. Stamtąd wywieziono ich do obozu zagłady w Bełżcu. W owym czasie jeszcze w ogóle nie wiedzieliśmy o istnieniu obozu zagłady w Bełżcu.

 

Poprzednie czesci  TUTAJ

Zredagowala Anna Karolina Klys

 

Cdn.

Ksiazka zostala wydana w USA po angielsku.

O drugim wydaniu TUTAJ

 

No comments yet... Be the first to leave a reply!

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d bloggers like this: