Julian Stryjkowski

„Żydów palono, mordowano zawsze, z przerwami. (…) Nam dzięki Bogu udało się żyć w przerwie” – mówi w książce Juliana Stryjkowskiego przybyszowi z Narbony anonimowy Żyd z niewymienionego z nazwy hiszpańskiego miasta.

Zmarł dwadzieścia lat temu.


Znałem go osobiście. I zawsze 8 sierpnia o nim pamiętam. Julian Stryjkowski, pierwotnie Pesach Stark, urodził się 1905 w Stryju, zmarł 8 sierpnia 1996 w Warszawie. Wielki polski pisarz żydowskiego pochodzenia. „Moją ojczyzną jest język polski” – powtarzał.

W czasie wojny i zaraz po wojnie komunista, zaangażowany w budowę nowego systemu. W 1943 Stryjkowski wstąpił do Związku Patriotów Polskich i do PPR. Ktoś powie: gorzej nie można. Stał się wówczas aktywnym działaczem środowiska, któremu przewodziła Wanda Wasilewska. Wtedy także rozpoczął pracę nad wielką i ostatecznie ukończoną w 1946 roku, powieścią „Głosy w ciemności”.

Właśnie ta powieść stanowi pierwszą część tetralogii, obok późniejszych: „Echa”, „Austerii” (według której Jerzy Kawalerowicz nakręcił piękny film) i „Snu Azrila”, przedstawiającej rzeczywistość galicyjskich miasteczek i ich żydowskich mieszkańców tuż przed I wojną światową. Wojciech Kaliszewski tak pisał o tej serii powieściowej: „Ten wielki cykl, zamknięty ostatecznie dopiero w końcu lat osiemdziesiątych, w którym objawił się epicki talent Stryjkowskiego, pokazuje rozpad tradycyjnego świata, obojętność młodych na religię, ich dążenia do asymilacji z wielonarodową i wielokulturową społecznością monarchii austro-węgierskiej. W tym złożonym fabularnie cyklu Stryjkowski nakreślił zapowiedź katastrofy i zagłady Żydów w czasie następnej wojny, ale uchwycił także ostatnie blaski odchodzącego do historii świata Austro-Węgier”.

Osobiście bardzo cenię także inną powieść Stryjkowskiego pod tytułem: „Przybysz z Narbony”, opowiadającą o losach Żydów w Hiszpanii w okresie inkwizycji. Kiedyś zekranizował ją dla teatru telewizji Laco Adamik (grali Gustaw Holoubek, Władysław Kowalski i Bartosz Opania). Pisarz opatrzył tę powieść dedykacją współczesną: „Powstańcom Getta Warszawskiego poświęcam”. Zagłada Żydów w piętnastowiecznym barrio i dwudziestowiecznym getcie to dla pisarza kolejne odsłony tego samego dramatu, powtarzającego się cyklicznie przez wieki. „Żydów palono, mordowano zawsze, z przerwami. (…) Nam dzięki Bogu udało się żyć w przerwie” – odpowiada przybyszowi z Narbony anonimowy Żyd z niewymienionego z nazwy hiszpańskiego miasta.

W 1966 roku Stryjkowski wystąpił z partii, ewoluował, aż w końcu przeszedł do ostrej opozycji antykomunistycznej. Był między innymi sygnatariuszem Listu 59 przeciwko zmianom w konstytucji PRL. Związany był z miesięcznikiem „Twórczość” Jarosława Iwaszkiewicza. W lutym 1978 został członkiem opozycyjnego Towarzystwa Kursów Naukowych. Współpracował z KOR-em i z podziemnymi pismami, m.in. z „Zapisem”. W 1980 w drugim obiegu ukazała się powieść autobiograficzna „Wielki strach”, będąca ostatecznym rozliczeniem z komunizmem.

Nie był wierzącym Żydem, ale był zachwycony Janem Pawłem II

Stan wojenny stał się dla niego przeżyciem traumatycznym; to wtedy w dominikańskim wydawnictwie „W drodze” opublikował swój tryptyk biblijny:  „Odpowiedź” (1982), „Król Dawid żyje!” (1984) i „Juda Makabi” (1986).

Wtedy również poznałem go osobiście. W Seminarium Duchownym w 1986 roku dostaliśmy od księdza Wojtka Drozdowicza pierwszą kamerę, nowoczesną jak na tamte czasy. Przełożeni zgodzili się, żebyśmy nagrywali rozmowy ze znanymi ludźmi kultury i nauki. Jacek znał się na technice, umiał obsługiwać tą wielką kamerę, więc filmował wszystko i nagrywał na VHS-y. Ja miałem zadawać pytania, czyli prowadzić te rozmowy. Na Alei Szucha nagraliśmy Stefana Kisielewskiego; rozmowa się skończyła, a my spędziliśmy jeszcze w mieszkaniu państwa Kisielewskich wspaniałe, nieoficjalne pół dnia. Na Wiślanej nagraliśmy rozmowę z prof. Stefanem Swieżawskim, pod czujną kontrolą uroczej żony Maryś Swieżawskiej. Potem utrzymywałem stały kontakty z profesorem, aż do samego końca.

Było jeszcze kilka innych osób. I był przede wszystkim Julian Stryjkowski. Mieszkał przy Alei Wyzwolenia. Ze swojego balkonu miał widok na Plac na Rozdrożu i knajpę, w której uwielbiał bywać Stefan Kisielewski. Wjeżdżało się do pisarza rozklekotaną windą, chyba na siódme piętro. Na biurku sterty szesnastokartkowych zeszytów w kratkę. Stryjkowski pisał bowiem swoje powieści ręcznie w takich właśnie zeszytach, potem ktoś musiał to wszystko przepisać na maszynie. Na ścianie widoczne duże zdjęcie Adama Michnika, którego pisarz uwielbiał. Emocje polityczne buzowały w nim, to było widać. Z wielką niechęcią – najdelikatniej mówiąc – opowiadał o Jerzym Urbanie (wtedy rzeczniku rządu) i Arturze Sandauerze, który po 13 grudnia odwiedził jednostkę wojskową. „Jak to możliwe?” – rozpaczał pisarz.

Po spotkaniu z Janem Pawłem II w kościele św. Krzyża był zachwycony papieżem. Opowiadał o nim jak o Bogu. Nie był wierzącym Żydem, żył poza światem judaizmu. Sam odszedł od tej religii; miał swoją wizję Absolutu; wierzył w swojego Boga jedynego. Uznawał paradygmat Spinozy: był pijany Bogiem, wszędzie widział boskość. Nagrywaliśmy go kilka dni. Wszystko poszło dobrze. Potem spotykałem się z nim od czasu do czasu.

W 1990 roku po święceniach kapłańskich zaprosiłem go na swoje tzw. drugie prymicje, czyli drugą mszę świętą w życiu. Odprawiam ją w kościele na Placu Zbawiciela, gdzie wcześniej odbywałem diakońskie praktyki. Jest niedziela, wychodzę do ołtarza. Patrzę, a w przedostatniej ławce siedzi ten stary, drobny, mały, ledwo widoczny, mądry człowiek. Wzruszyłem się. Kilka tygodni później opisał pięknie tę moją mszę w wywiadzie dla „Tygodnika Powszechnego” (rozmowę z nim prowadziła Ewa Berberyusz).

Pisał o homoseksualizmie, jako losie, którego nie da się zaakceptować ani przezwyciężyć

Przed wyjazdem na pierwszą parafię, poza Warszawą, odwiedziłem go jeszcze raz. I znowu widzę te sterty zeszytów. Pytam, co teraz pisze. „Nie mogę powiedzieć księdzu, bo może ksiądz nigdy już by mnie nie odwiedził”. Byłem zaskoczony, o czym on mówi? – zastanawiałem się. Zrozumiałem dwa lata później, gdy przeczytałem „Milczenie”, bo o to opowiadanie mu chodziło. Z ogromną szczerością porusza w nim temat homoseksualizmu traktowanego jako los, którego nie da się ani zaakceptować, ani przezwyciężyć. No cóż, motywy homoerotyczne pojawiły się u Stryjkowskiego już wcześniej, chociażby w opowiadaniu „Tommaso del Cavaliere”, a zwłaszcza w „Śnie Azrila”, tylko że – naiwnie może – nie wiązałem tych wątków z autorem. W ogóle takie skojarzenia nie przychodziły mi wtedy do głowy.

Mijały lata. Pracowałem w Łowiczu w katedrze. I nagle w lipcu 1996 roku, ni stąd ni zowąd, postanowiłem do niego zadzwonić. Odebrał telefon. Słyszałem po głosie, że był bardzo słaby. Ucieszył się: „To jednak mnie ksiądz nie potępił”. Tak powiedział, pamiętam dokładnie. A ja nie odzywałem się do niego pięć lat. Mówił jeszcze, że jest bardzo chory. Dziękował. Umarł chyba tydzień później, a może to były dwa tygodnie, nie jest to istotne. Do dziś dziękuję Bogu, że wtedy, bez żadnego powodu, zadzwoniłem do niego. Pogrzeb odbył się na cmentarzu żydowskim przy Okopowej. Nie mogłem przyjechać. Widziałem w telewizji, że przy grobie modlił się zaprzyjaźniony ze Stryjkowskim dominikanin, o. Jacek Salij.

To był naprawdę wielki pisarz i bardzo ciekawy, skomplikowany człowiek. Od jego śmierci bardzo często dzwonię do znajomych bez powodu.