Ptaszyna

Nie żyje Henryk Wujec. 


To była zima stulecia, moja pierwsza zima stulecia, rok 1962 na 63. Miałem blisko 14 lat i jechałem z Barbarą, starszą siostrą – była prawie dorosła, bo już w klasie maturalnej – na zimowe ferie do schroniska na Hali Krupowej w Beskidzie Wysokim. Nasi rodzice polecili nas opiece małżeństwa, kierującego schroniskiem.


Podróż nocnym pociągiem do Makowa Podhalańskiego, chyba autobusem PKS do Zawoji i w górę, na piechotę, w kopnym śniegu do schroniska.

A tam, prócz nas – studenci z Warszawy na obozie narciarskim! Wśród nich – kilku fizyków, co zelektryzowało siostrę, bo właśnie studia na fizyce wybrała. A między nimi skromny, mocno zbudowany, krępy Heniek Wujec, na którego mówili „Ptaszyna”. W tej gromadzie Ptaszyna nie pchał się na pierwszy plan, w centrum studenckiego kręgu byli inni. Nie znaczy, że trzymał się na uboczu, po prostu nie miał takiej potrzeby.

Zaprzyjaźnił się z moją siostrą, którą starsi koledzy zabrali na narciarską wyprawę na Babią Górę. Inne wtedy były narty, inne wyposażenie, skromna odzież. Ich dwudniową wycieczkę poznałem z opowiadań – jednogłośnie uznali, że jestem zbyt niedoświadczony, by z nimi iść (wtedy byłem, to naturalne, rozżalony i wściekły; dziś wiem, że byli bardzo odpowiedzialni). To były czasy niełatwe: na dwudniowej narciarskiej wyprawie, gdy mróz dochodził do minus 30 stopni, a śnieg sięgał do ramion, żywili się słoniną i czekoladą. Tak było.

W Warszawie Heniek przylgnął do naszej rodziny. Mieszkał w akademiku, ale musiał się wynieść – kończył studia i moja matka, z pomocą Stanisława Kościałkowskiego, przyjaciela rodziców, załatwiła Heńkowi użytkowanie za darmo służbówki w kamienicy na ul. Koszykowej, vis à vis Biblioteki Wojewódzkiej. Biedne to było mieszkanie, bez wygód, zimą ogrzewane jakimś archaicznym – opowiadała mi Barbara – gazowym piecykiem.

Przychodził często w Aleje, przylgnął do nas, zawsze we włochatym swetrze (nie miał zimowej kurtki), siadał blisko rozgrzanego pieca kaflowego i chłonął jego ciepło.

Heniek nie wstydził się swojego wiejskiego pochodzenia, wręcz przeciwnie, związek z rodziną miał dla niego pierwszorzędne znaczenie. Na mojej siostrze, którą zabrał do Podlesia na wykopki – bo pomagał swoim, gdy tylko mógł – największe wrażenie zrobił jego serdeczny stosunek do matki, która nie podśmiewała się, jak jego rodzeństwo, z miejskiej panienki, wkładającej po jednym kartoflu do koszyka. Ubogi dom rodzinny, w którym bieda aż piszczała – nie było w nim wtedy (połowa lat 60.) ani wody bieżącej, ani elektryczności – był dla przyjaciół Heńka otwarty i przyjazny.

Henryk Wujec był właśnie taki – otwarty i przyjazny, uważny, pomocny. I lojalny. Tych przymiotów nie stracił, gdy został osobą publiczną, posłem, wiceministrem, doradcą prezydenta, autorytetem, o którego opinię ubiegali się najwybitniejsi publicyści.

Pozostał człowiekiem tak delikatnym, jak ptaszek. Ptaszyna.

Piotr Rachtan


PTASZYNA

2 komentarze to “Ptaszyna”

  1. Piekne wspomnienie o pięknym człowieku.

  2. wzruszajace wspomnienie o wyjatkowym czlowieku, Henryku Wujcu.

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

%d bloggers like this: