Sprawiedliwa – czyli nakaz sumienia

Maria Winnicka


– Nie bałaś się?
– Bałam się! Naturalnie! Chwilami okropnie! Ale nie mogłam przejść obok…
– Ale przecież miałaś już rodzinę… Mogłaś więcej nie wrócić … Nas zostawić samych…
– To okropne co mówisz… Wiem. Ale nie mogłam inaczej.
– Dlaczego ?
– Bo byli jeszcze bardziej zagrożeni niż my! Chciałam gestem pokazać solidarność. I z czasem człowiek się wciąga. Oswajałam strach… To była kwestia sumienia. Z nim trudno dyskutować. Tak mi nakazywało. Nie mogłam postąpić inaczej. Nie, nie mogłam. Proszę, zrozum. Było to wyzwanie rzucone życiu i okupantowi. Moja forma walki.


Tę rozmowę, w piętnaście lat po wojnie, wywołał niespodziewany list od jednej z uratowanych przez moją matkę osób. Natalia Obrębska, bo takie nazwisko nosiła po udanej ucieczce z warszawskiego getta Franciszka Tusk–Scheinwechslerowa, pisała:

Droga Pani Mario!

Wreszcie, po latach poszukiwań, Czerwony Krzyż natrafił na Pani ślad. Jakże jestem szczęśliwa, że Pani i jej najbliższa rodzina przeżyli tę straszną wojnę i szaleństwo Powstania Warszawskiego.

Mnie się to też udało. Ale ja tej wojny nie wygrałam. Jestem absolutnie sama… Nikt z moich najbliższych nie przeżył, co już Pani wie, zanim straciłyśmy kontakt w czasie Powstania.

Jakże pragnę Panią znowu uściskać i nacieszyć się Pani przyjaznym spojrzeniem. Kiedy i jak możemy się znów spotkać? Jestem gotowa złożyć Państwu wizytę w Kielcach…

Wstrząśnięty zgrozą faktów domagałem się szczegółów, które z czasem zostały prawie w całości dopowiedziane.

Wraz z tragiczną i przedwczesną śmiercią w 1979 roku matka zabrała ze sobą swój świat i resztę tajemnic. Dyskretna, nieszukająca honorów, opowiadała o swojej działalności z oporem. Były to dla niej trudne wspomnienia. Wracałem jednak do czasów okupacji konsekwentnie, choć dyskretnie. Wydobywałem od zapomnienia okoliczności, fakty, nazwiska… Pomagałem przezwyciężać jej wrodzoną skromność.

– Trzeba było ratować! Niemalże za wszelką cenę. Uratowani – to kropla w morzu.

Zajęta dniem codziennym, nosiła w sobie skrycie tę bolesną przeszłość.

Działalność okupacyjna mojej matki zaczęła się od ukrywania od 1940 r znanego profesora matematyki, Zygmunta Szczawińskiego. Jego semicki wygląd skazał go na bezdomność, kiedy zaszczuty przez sąsiadów stracił własny dom.

Pierwsze wpadki, pierwsze denuncjacje, pierwsze szantaże, pierwsi szmalcownicy…

– Dawaj forsę! I te bransoletkę, albo idę po gestapo!

To nie były żarty! Za wieloma ogłoszeniami kryli się specjaliści od „złego wyglądu” i na tym haniebnym procederze zarabiali. Szukanie nowej kryjówki zabierało godziny. Sprawdzanie, drapanie się po schodach, przewożenie z miejsca na miejsce, na ogół tramwajem… Wszystko mogło się zdarzyć.

– E ty tam, z tą czarną brodą. Co się tak zasłaniasz! Pewnie znowu jakiś żydek. Pokaż no się!
– Odczep się pan w tej chwili! Jaki Żyd! Zwariował pan ? To mój sąsiad. Jedzie to szpitala, bo bardzo chory! Ma gruźlicę! Zakrywa się, bo zaraża! Lepiej odsuń się pan, dobrze radzę!

Energiczna postawa matki i jej przytomność umysłu uratowała tę sytuację. W innych trzeba było słono płacić! A mogło się skończyć dużo, dużo gorzej…

Po ulicach Warszawy błąkały się zagubione i wygłodniałe dzieci. Albo zapomniały, przez którą dziurę w murze się prześlizgnęły z getta w poszukiwaniu żywności, albo już tej dziury nie było, albo widok munduru odstraszał, albo… Kto to wie ?

Pomalutku, matka wyciągała do nich pomocną rękę, usypiając ich ostrożność. Niektóre z nich nie mówiły po polsku, inne nie mogły w ogóle mówić, zszokowane. Często chore, na ogół zawszone, zawsze głodne… W postrzępionych i brudnych ubraniach zwracały na siebie uwagę.

Łatwo padały ofiarą domyślnego okupanta lub obojętnego przechodnia.

Nasze warszawskie mieszkanie na Brackiej było przestronne; zajmowało całe piętro dużej kamienicy, po której zresztą nie ma już śladu. Dzisiaj to ulica Mysia.

W domu dzieci były brane pod opiekę i doprowadzane do ludzkiego stanu. Na wszelki wypadek uczono je paciorków, nosiły święte medaliki … Dyskretnie wpadał zaufany lekarz …

Przewinęło się ich około piętnaścioro.

Ktoś matce w tym pomagał, ale kto? Żegota? Konieczna konspiracja zatarła ślady. Nie pytałem o szczegóły, odkładałem na później …

Ta aktywność trwała, niestety, zaledwie kilka miesięcy. Bogobojni i miłosierni sąsiedzi postawili ultimatum.

– To dla nas niebezpieczne. Nie będziemy ryzykować. Koniec z tym! Ani jednego więcej żydowskiego dzieciaka w tej kamienicy! Podamy na gestapo i już!

Dzieci, stopniowo przewożone na bezpieczną wieś, przeżyły. Wkrótce po wojnie znalazły się w Palestynie, jeszcze zanim powstało państwo Izrael.

Pomimo ponawianych starań ze strony pani Franciszki do spotkania nie doszło. Matka odsuwała delikatnie jakąkolwiek ku temu sposobność, wymyślając różne preteksty. Miała ku temu powody. Obawiała się, iż pani Franciszka może mieć zamiar odwdzięczenia się za bezinteresownie udzieloną jej pomoc w przeżyciu. Dla matki taka sytuacja byłaby nie do zaakceptowania. Kategorycznie.

– Jako matka nie mogę się z nią spotkać, nie, to ponad moje siły. Ja mam przy sobie troje dzieci, w tym dwoje „okupacyjnych”. Ta kobieta miała tylko dwunastoletniego Wojtusia i go straciła. Nie uniosłabym jej spojrzenia.

Pani Franka dodzwoniła się do matki z getta o czwartej nad ranem. Prosiła o pomoc w ratowaniu swojego synka, który, złapany, po uprzednim zastrzeleniu wszystkich członków tej rodziny na progu domu, został doprowadzony na Umschlagplatz, skąd odchodziły pociągi do Treblinki.

Niestety, dramatyczna i niebezpieczna akcja ratowania nie powiodła się.

Matka odczekała do zawieszenia godziny policyjnej, wzięła garść biżuterii. Po sowitym opłaceniu granatowej policji przedostała się na to straszne miejsce. Miała przygotowany łańcuszek z krzyżykiem, mogący pomóc w zaplanowanym przekonywaniu o jego aryjskim pochodzeniu. Wojtuś miał niebieskie oczy i blond czuprynę…

Przy opustoszałej rampie, w nieopisanym bałaganie porzuconych i walających się rzeczy, stał towarowy pociąg, z zaplombowanymi już wagonami. Dochodził z niego przeraźliwy płacz i lament. Na przesuwającą się wzdłuż wagonów matkę, która wykrzykiwała Wojtusia imię, reagowała jedynie nieokreślona liczba zamkniętych w wagonach ludzi, rzucających na zewnątrz przez niewielkie otwory, karteczki i zdjęcia z ich nazwiskami.

– Dość tego, czy pani oszalała? W końcu sama pani skończy w tym transporcie! Za mną, szybko, szybko! Natychmiast! Musimy stąd wyjść!

Policjant zaczął groźnie szarpać opierającą się matkę, dorzucając :

– To już drugi transport tego ranka. Pierwszy odjechał godzinę temu. Nie zwlekać. Za mną. Tędy! Szybciej!

Udało się jej wyjść cało z getta. Dotarła jakoś do domu, przygnieciona i zszokowana horrorem przeżytych scen.

Pomimo to, matka jeszcze nieraz wchodziła i wychodziła z getta, przynosząc pomoc w różnej postaci.

W Powstaniu Warszawskim wielu z ukrywanych zginęło, między innymi Zygmunt Szczawiński, którego ostatnią kryjówką był żeński klasztor. Tak jak dziesiątki tysięcy warszawiaków podzielił los tych, po których nie ma grobu. Zdecydowałem się poznać panią Franciszkę. Figurowała pod swym przybranym nazwiskiem w książce telefonicznej…

– Halo ? Czy moje nazwisko coś pani mówi? Zapytałem onieśmielony. Po chwili ciszy…

– Oh tak! Oczywiście! Maria i Leszek! To może pana rodzina ?

Wyrzuciła jednym tchem z entuzjazmem.

Doszło do radosnego spotkania. Byłem pod wrażeniem jej inteligencji i kultury.

Na ścianach wisiały miniaturowe obrazy jej ulubionego, znakomitego malarza, Kazimierza Szemiotha.

Rozmowom nie było końca… Słuchałem w napięciu:

– Wiesz, myśmy się zaledwie znały; jako polonistka organizowałam konspiracyjne kursy, na które przychodziła czasem twoja mama… Moją uwagę zwróciły jej zdolności poetyckie i… wybitna uroda. Pewnego dnia, widząc mnie z mężem i z Wojtusiem na ulicy, nagle podeszła i wprost powiedziała:

– Co mogę dla państwa zrobić ?

– Już nic, droga pani, już nic… Postanowiliśmy jutro dołączyć do naszych bliskich, którzy wszyscy są w getcie.

– Ależ to szaleństwo! Niech mi państwo pozwolą zaopiekować się chociażby synkiem!

– Miała racje twoja matka… Było to szaleństwo, którego skutków nie mogłam przewidzieć. W trudnych czasach rodziny chcą się trzymać razem. W getcie byli już zamknięci moi rodzice, moje siostry i bracia z rodzinami. Jak również rodzina męża.

Byłam tak dumna z mojej rodziny, która, osiedlona w Polsce od wieków, wydała całe pokolenia znanych rabinów i intelektualistów. Mamy w Kaliszu wspaniałe nekropolie… Nie sądziłam, że może dojść aż do takiego barbarzyństwa i kataklizmu. To było nie do przewidzenia, pomimo groźnych sygnałów i złych przeczuć.

Resztę już znasz… Cudem dodzwoniłam się o świcie do twej matki, prosząc o pomoc dla syna. Wiem, że zrobiła co mogła. Dzielna ta twoja matka. Niezwykła. Miała w sobie tyle ludzkiego ciepła… Do jej rąk nigdy się nic nie przylepiło…

Oszczędzając szczegółów, nie wspomniałem o tej dramatycznej próbie ratowania jej dziecka, która o mało nie zabrała życia mojej matce, ani o wszelkich trudnościach, kiedy przynosiła jej pomoc po wyjściu z getta, w trudnym ukrywaniu się po aryjskiej stronie.


Rodzimy się równi we wszystkim. Wraz z potencjalną nietolerancją, która w nas tkwi. Utrwalają ją i stopniowo rozwijają nierozumni dorośli.

Edukacja i praca nad sobą stanowią antidotum. Ta pedagogiczna idea przyświecała mi przez lata.

Po wielu wahaniach wysłałem do Yad Vashem w Jerozolimie wniosek z dokumentami o pośmiertne przyznanie matce honorowego medalu i tytułu „Sprawiedliwej wśród Narodów świata”. Ona sama w żadnym razie nie wystąpiłaby z taką inicjatywą.

Szalę przeważyła myśl o młodych; niech wiedzą, że nawet w najgorszych chwilach i czasach, istnieje iskierka nadziei.Człowiek również potrafi być odważny i niezaprzeczalnie szlachetny.

Maria Winnicka otrzymała medal Sprawiedliwych wśród Narodów świata. Jej nazwisko jest wyryte na honorowym murze Sprawiedliwych w Yad Vashem…

Jakub Winnick


Sprawiedliwa – czyli nakaz sumienia

No comments yet... Be the first to leave a reply!

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

%d bloggers like this: