Uncategorized

Dariusz Popiela, kajakarz górski odnawia cmentarze żydowskie w Polsce

„Czułem wstyd”. To dzięki niemu odnowiono żydowski cmentarz, na którym wcześniej przez ponad 70 lat wypasano krowy

Przyslala Rimma Kaul


Fot. Jakub Porzycki / Agencja GazetaCzasem słyszy: „A po co nam to? Żydzi wrócą, zabiorą kamienice, nie tykajmy tematu”. Ale dla niego to kwestia empatii: wyobrazić sobie, co mogą czuć potomkowie, widząc zdewastowane i rozkradzione nagrobki swoich bliskich. Tym bardziej, że ci, którzy są tam pochowani, to byli kiedyś nasi sąsiędzi. Historia Dariusza Popieli, mistrza Polski i Europy w kajakarstwie górskim, który ocala od zapomnienia żydowskie cmentarze.

Pytają mnie czasem: „Po co to robisz? Przecież to nie twoja historia”. Ale jak widzę ruchliwą ulicę, przystanek PKS-u, przechodzących w tę i we w tę ludzi, a obok cmentarz porośnięty łąką, to się zastanawiam, czy tylko mnie przeszkadza. W Nowym Sączu było tak: dookoła bloki, z okien widać wystające z zarośli nagrobki. Idę do księdza w mojej parafii i pytam, czemu ten cmentarz tak wygląda. A on: „A to chyba żydowski”. Mówię, że krzyże tam są, może ewangelicki? On znowu: „Czyli nie nasze, nie interesuj się”. Od tamtej pory nie chodzę do kościoła. A dbanie o zapomniane miejsca pochówku to dla mnie test na człowieczeństwo.

Było mi wstyd

– Żeby dotrzeć do ludzi, musisz im pokazać ich samych. Dzieciom opowiadam historię Henia narciarza jeżdżącego kiedyś na łyżwach po zamarzniętym Dunajcu. Śmigał na nartach na tej samej górce, po której one jeżdżą dzisiaj – opowiada kajakarz Dariusz Popiela. Ledwie tydzień wcześniej dzięki jego fundacji Ludzie, Nie Liczby i pracy lokalnych wolontariuszy odrestaurowano żydowski cmentarz w Czarnym Dunajcu, na którym wcześniej przez ponad 70 lat wypasano krowy. To trzecie miejsce pochówku polskich Żydów ocalone od zapomnienia przez sportowca. Popiela przy okazji prac organizuje spotkania z młodzieżą, by opowiedzieć im o sąsiadach, których już nie ma. – Nauczycielki boją się, że nie wiadomo co dzieciom nagadam. A ja mówię tylko tyle, że byłem zażenowany, gdy jako 20-latek o Żydach ze swojego miasta nie wiedziałem nic.

Wspomina, jak z dziadkiem z wypiekami na twarzy oglądał „Sensacje XX wieku”. Partyzanci, powstania, zrywy. Kiedyś, już po ukończeniu liceum, dowiedział się, że niedługo w okolicy odbędą się obchody rocznicy likwidacji getta. – Getta? Byłem w szoku! Getta to były w Krakowie, Warszawie, Łodzi, ale w takich małych miastach? W moim? Wypożyczyłem w bibliotece książkę Albina Kaca, potomka sądeckich Żydów. Trzymałem ją trzy lata, do dziś mam na mailu ponaglenia, kary. Nie chciałem oddać. Dla mnie to była relikwia – mówi, bo opisywała choćby główną ulicę w mieście, Jagiellońską, którą w dzieciństwie chodził z dziadkiem na lody.

Skąd miał wiedzieć, że długo przed nim zamieszkiwali ją Żydzi, których w okolicy było aż 16 tys.? Że wszystkich zamknięto w getcie, a w sierpniu 1942 roku wywieziono do obozu zagłady w Bełżcu? – Nie wiedziałem, bo nie mówiło się o tym w domu, bo nie uczono o tym w szkole. Byłem zły.

Tę nieopowiedzianą historię Nowego Sącza dopowiadałem sobie sam.

I wiesz, co do mnie dotarło? Że między dwoma mostami, kolejowym i samochodowym, gdzie wszystkich zgromadzili i wsadzili do pociągów, z których nie wrócili, latami chodziłem nieświadomy z kajakiem pod pachą na trening. Poczułem wstyd.

Życie to sport

Czterokrotny medalista mistrzostw świata, dwukrotny mistrz Europy i ośmiokrotny mistrz Polski w kajakarstwie górskim Dariusz Popiela o sporcie mówi tak: – Na kajaki byłem skazany. Pływał mój tata, pływali moi wujkowie. Jeden z nich, Czesiu, młodszy brat mojego ojca, utonął. Uderzył głową o kamień. To były inne czasy, trenowało się bez kasków. Z obozu zamiast trzech braci wróciło dwóch. Wujek miał wtedy 12 lat. Ojciec z bratem dostali od babci zakaz trenowania. Pływali po kryjomu.

On sam na początku z treningów ucieka. Woli grać w piłkę, jak koledzy. Dla siedmiolatka kajakarstwo jest średnio atrakcyjne. Nie dość, że nie ma na nie siły, bo taszczy kajak, który jest cięższy niż on, niesie ze sobą długie wiosło, też wcale nielekkie, to jeszcze musi włożyć na siebie fartuch wyglądający jak sukienka. – Nie podobało mi się to – śmieje się Popiela, gdy jesteśmy już w drodze do Czarnego Dunajca. – Kajaki pokochałem z czasem, gdy posmakowałem dobrego przejazdu, gdy poczułem, że mogę zrobić lepszy wynik.

Jako nastolatek jest reprezentantem Austrii i tam trenuje. Wraca do kraju w 2002 roku, niedługo przed igrzyskami w Atenach, na które wywalczył miejsce dla Polski. Jednak na olimpiadę nie jedzie. W ostatniej chwili zamiast niego wybrano jego kolegę Grzegorza Polaczyka. – Bolało. Ale kajakarstwo nauczyło mnie, że w sporcie, tak jak w życiu, wszystko może zmienić się w ciągu kilku sekund i trzeba umieć to przyjąć.

Pachołek u Żyda

Gdy w 2017 roku zajął się cmentarzem w Krościenku, rodzina była przeciwna. Jeśli padło przy stole na imieninach, że Darek porządkuje żydowskie groby, zapadała cisza. Wujek tylko machał ręką, bo dajce spokój, o czym tu gadać. Wiedza ojca o Żydach ograniczała się do stereotypów. Zresztą jest fanatykiem sportu, wszystko inne niż kajaki to dla niego strata czasu. Sam pod koniec lat 80. musiał przerwać karierę kajakarską, swoje ambicje przelał na syna. „Po co ci to? Historie wojenne ciążą ci w głowie. Skup się na treningu” – mówił. – Czasem przed zawodami rzeczywiście muszę przystopować, wziąć się za inną literaturę, żeby się zbytnio nie przytłoczyć, ale smutasem nie jestem – śmieje się Dariusz Popiela. Teść z kolei miał jeden argument: żydokomuna. Czasem siedzieli do późnych godzin nocnych i dyskutowali. Nieraz się na siebie darli, bywało różnie. Ale rozmowy się na coś przydały. Dziś i jeden, i drugi mu pomagają. Jak trzeba było przewieźć macewy, teść pierwszy załatwił auto.

Choć Popiela długo czuł się z tym wszystkim sam – jakby nie wiadomo co mu odbiło. Mama też miała dystans. Wcześniej marzyła, że syn będzie lekarzem; sama nie studiowała, czasy były inne, trzeba było pracować. Inaczej na to spojrzała w tym roku w lutym, gdy na UJ przyznano jej synowi Nagrodę im. ks. Stanisława Musiała wręczaną zasłużonym dla dialogu chrześcijańsko-żydowskiego. – Jak zobaczyłem, jakie nazwiska były nominowane, myślałem, że się pomylili – żartuje sportowiec, gdy parkujemy pod bramą cmentarza. – Byłem przecież osobą zupełnie z zewnątrz, nie znałem rabinów, środowiska. Dla mamy to był przełom. Wygłosiłem krótkie przemówienie, że może nie zostałem lekarzem, ale to wyróżnienie to dowód, że to, co robię, też jest dla kogoś ważne. Myślę, że ona się bała. Tego, że coś mi zrobią, patrzyła głównie na hejt. Mówiła:

„Widzisz, robisz tyle, a ludzie mają to gdzieś i cię jeszcze wyzywają”. Jak? Głównie, że zostałem pachołkiem u Żydów i mi pewnie sporo za to płacą.

Jakby u siebie robił

Odnowienie cmentarza żydowskiego w Czarnym Dunajcu zajęło dziesięć miesięcy. W prace zaangażowało się wielu lokalnych wolontariuszy. – Tyle dobrego się tu wydarzyło – wzdycha Popiela, wskazując na teren cmentarza. – Jednej osobie nasze działanie pomogło wyjść z depresji. Ja sam kawał serducha tu zostawiłem. Ode mnie jest jakieś 100 km, a zasuwałem tutaj średnio raz w tygodniu.

– Chcesz mieć porównanie, jak było wcześniej? – pyta. – Popatrz przed siebie, bo tak to wyglądało: porośnięta trawą łąka. Nic nie było. Jedna trzecia cmentarza w samosiejkach, podmurówka zarośnięta darnią, nawet grobów nie było widać. Reszta w trawie, kosił ją Michał, chłopak stąd.

Na płot nie było od kogo zgody uzyskać. Zarząd dróg wygrażał: „A co wy myślicie, że Żydzi go sobie inaczej zrobią niż wszyscy?”, bo stara część cmentarza biegnie blisko ulicy, przez którą chcieli zrobić ścieżkę. Gdy Dariusz Popiela przekonywał, że nie wolno, bo tu cmentarz, nie wierzyli. Szybko odsłonili kilka grobów, wstawili tabliczki i płot postawili, tak jak stał kiedyś.

Na wprost wejścia – pomnik centralny. Lista zmarłych z miasta i okolic się na nim nie zmieściła, zrobili dodatkowe dwie tablice. Razem 494 osoby wymienione z imienia i nazwiska. – Bo gdy mówimy o Zagładzie, zawsze pojawiają się cyfry: tysiąc ofiar, milion ofiar. Chcieliśmy pokazać, że to konkretne osoby. Dlatego „Ludzie, nie liczby”. 13 minut czytaliśmy je wszystkie.

Nie było wiadomo, czy na terenie cmentarza są masowe groby. Nie mogli kopać, bo żydowskie prawo zabrania naruszania kości. Lokalizować musieli georadarami, znaleźli cztery. Przyjechała komisja rabiniczna, potwierdziła. Oznaczyli tabliczkami bez nazwisk, bo prawdopodobnie nigdy już nie uda się ustalić, kto w nich spoczywa.

Nagrobków na cmentarzu powinno być setki. Było raptem kilka. Większość skradziono po wojnie. Macewę z napisem „Tu spoczywa nasza ukochana żona i matka” było trochę widać z krzaków. Ta z dwoma gołąbkami służyła komuś wcześniej pod rynną, tę z menorą sąsiad miał wbetonowaną w stodołę. Gdy je odzyskiwali, były w opłakanym stanie. Dziś pięknie odnowione, niektóre pozłacane. Robiła pani Regina, artystka z Kościelisk, mocno zeszła z ceny. „Całe życie na coś takiego czekałam” – mówiła, gdy zabierała się do pracy. Na cmentarzu jest też menora z gwiazdą Dawida, wykonał ją miejscowy kowal. Są tablice edukacyjne, by ten, kto tu wejdzie, wyszedł z wiedzą.

Popiela zdecydował też, by zamontować monitoring. – Bo to rok roboty, a w pięć minut można wszystko rozpieprzyć. Któregoś dnia zastaliśmy płot oblany smarem. Zmroziło nas. Mimo to cmentarz zostawiamy otwarty.

Czy jestem dumny, jak patrzę na to miejsce dziś? Podoba mi się, jak z niczego w niezbyt kosztowny sposób można zrobić coś.

Że trzeba tylko dobrej woli i wiele jest możliwe.Już myślę o następnym. O, jest i Wojtas! – woła na widok parkującego auta. – Kamienie przewoził na masowe groby na wózeczku, dzień w dzień. Traktował to miejsce, jakby robił w swoim domu.

Nie tajemniczy ktoś, tylko swój

– Ja też czytam o sobie w internecie, że jestem pachołkiem Żyda – mówi Wojciech Głowacz, który angażował się w odnowę cmentarza niemal od pierwszego dnia. W Czarnym Dunajcu od urodzenia, informatyk, pracownik gminy, a po pracy piwowar. Najlepsze, mówi Popiela, robi piwo Earl Grey, smakuje jak poezja. To dzięki Głowaczowi pierwszy raz temat żydowski pojawił się na posiedzeniu rady. Zaprosił kajakarza, by opowiedział o pomordowanych rodzinach z miasteczka i potrzebie ich upamiętnienia. Miał przemawiać 15 minut, mówił 40. Nikt mu nie przerwał.

Choć bywa, że w miasteczku niektórzy kiwają głowami z dezaprobatą. „A po co nam to? Żydzi wrócą, zabiorą kamienice, nie tykajmy tematu” – mówią. „W pana mieście przeżyło pięć osób, kto ma wrócić? Ich już nie ma” – tłumaczy Popiela. Innym razem: „A na co to na Żydów pieniądze zbierać, bogaci są, niech sami sobie płacą”. Albo że w Izraelu źle o Polakach gadają, nie warto nic dla nich robić. – To akurat po burzy z ustawą o IPN było. Mówiłem wtedy: „Niech pan powie ofiarom w grobie, który wygląda jak śmietnik, że Netanjahu coś o Polakach nie tak powiedział”. Czasem mówiłem, że jak ktoś nie chce pomóc, to jakby pod rękę z Niemcami szedł, bo to im zależało, żeby żadne ślady po żydowskiej społeczności w Europie nie zostały. I to ludzi ruszało – opowiada.

Głowacza dwa razy nie trzeba było namawiać. Sam się rwał do pomocy. Zaangażowanych w odnowę cmentarza czekało trudne zadanie – odzyskanie macew. – Kolega wiedział, że są u jednego z sąsiadów. Gdy był mały, często się tam bawił. Wiosną, jak śnieg topniał, można je było zobaczyć. Wiedzieliśmy, że jest więcej niż jedna – opowiada. – Wpuścił nas do domu. Dziewczyny wzięły go na bok, do szopy. Zagadały, my zaczęliśmy kopać. Znaleźliśmy od razu, jedna przy drugiej. To było jak bomba, pierwsza warstwa, druga warstwa. Przyszedł, oczy mu wyszły, jak zobaczył. Zaczął gadać o kasie. Że może by sobie mógł coś u Żydów za to krzyknąć. Ale ostatecznie oddał wszystkie.

Żeby zachęcić mieszkańców do przekazania macew, prosili o pomoc wójta. Po jego apelu zgłosił się pewien rzeźbiarz z miasta, cieszył się, że ma komu oddać. Gdy kupował dom, macewa już tam była. Pani Jagna trzymała jedną przy studni, oddała. Jej tata potem ścieżkę robił na cmentarzu. – Byliśmy też u księdza. „Chodźcie na herbatę”, zaprosił nas miło. Obiecał, że chętnie wiernym coś na ten temat przekaże, ale jak dotąd cisza – mówi kajakarz. A Wojtkowi Głowaczowi nie daje spokoju to, ile jeszcze tych macew może w Czarnym Dunajcu być. – Wiem o jednej starszej pani – zdradza. – Jej mąż już nie żyje, to on je zwoził z cmentarza. Sąsiedzi potwierdzają, że ma. Raz zapukałem, otworzyła. Miło było, dopóki nie powiedziałem, po co przychodzę. Zdenerwowała się. Powiedziała, że z Żydami ona nie ma nic wspólnego, i zatrzasnęła drzwi przed nosem.

Od czasu, gdy się zaangażował, nieraz mu się dostało. A bo dlaczego był na cmentarzu w kipie? To mała społeczność, wszyscy widzieli. – Czasem ludzie wdają się z nami w pyskówki, że ściągniemy Żydów do miasta i wszystko zabiorą. Już słyszałem, że mi samochód kupili. Akurat gdy zacząłem działać przy cmentarzu, auto zmieniłem. Ale sporo mieszkańców docenia, co zrobiliśmy. Syn kościelnego, który dawniej tam krowy wypasał, teraz chwali, że tak ładnie się zrobiło. Bo ludzie widzą, że to my, swoi, robiliśmy, a nie jacyś tajemniczy obcy.

Pierwsze świadome „tak”

– Nie chwalę się wynikami, ale to pomaga. „Gościmy dzisiaj olimpijczyka”, zapowiadają mnie nauczycielki, a ja specjalnie na tę okazję zakładam dres z orzełkiem na sercu. Mówię, że ma dla mnie niezwykłą wagę, że gdy go dostałem, nie mogłem spać nocami. Ten symbol to dla sportowca duma. A dziś symbole patriotyczne są szargane. Tłumaczę uczniom, że upamiętnianie polskich Żydów to też działanie na rzecz ojczyzny – opowiada Popiela.

Ten rok miał inaczej wyglądać, miała czekać go bitwa o wyjazd na igrzyska, ale zostały przełożone. Plan na wiosnę: mistrzostwa Europy. Jeśli tam wywalczy kwalifikację, będzie reprezentował Polskę na olimpiadzie. – Marzę o złocie, odkąd trafiłem do reprezentacji jako 18-latek. Dziś jestem jednym ze starszych kajakarzy w kraju, niektórzy spisali mnie na straty. Ale nie odpuszczam, idę pod prąd – mówi 35-letni sportowiec.

Choć wie, że nawet jeśli zdobyłby złoto olimpijskie, Robertem Lewandowskim nie będzie. Kajakarstwo to nie piłka nożna, a on sławą nie jest. Medale? Sportowe trofea są dla niego ważne, ale nie ma w domu ołtarzyka z pucharami. Leżą w garażu. Bo sport to nie tylko zwycięstwa. To także filozofia życia. I podporządkowanie go reżimowi treningowemu. – Nie idziesz na imprezę – wyjaśnia – nie tworzysz normalnej rodziny, bo ciągle wyjeżdżasz. I non stop ćwiczysz.

Po nieudanych mistrzostwach świata czuł się wypalony. Wiedział, że musi coś zmienić. Przez dwie dekady miał jeden sztab szkoleniowy. „Ty się nie interesuj, trenuj” – słyszał czasem. Team decydował o wszystkim: o kajaku, o wiośle, o tym, czy trening będzie tu czy tam. To zabijało jego indywidualność, blokowało. Wtedy Popiela poznał Austriaka Haralda Pernitscha, u którego ćwiczą najlepsi skoczkowie, w tym Kamil Stoch. To on zapytał: „Darek, po co ty trenujesz? Realizujesz swoje czy cudze marzenie?”. Dostał dwa tygodnie na podjęcie decyzji. Wiedział, że jeśli zmieni trenerów, wywróci dotychczasowe sportowe życie do góry nogami. – I dziś, gdy słyszę pytanie, czy jestem gotowy na medal, pierwszy raz w życiu mówię świadome „tak”.

Nie będę udawać

Przez pandemię nie odbyło się też uroczyste odsłonięcie tablic i otwarcie cmentarza w Czarnym Dunajcu. Może uda się wiosną, jeśli będą mogli przyjechać potomkowie pochowanych. Bez nich nie byłaby to pełna uroczystość. Choć za każdym razem, gdy mieszkańcy słyszą, że Popiela zaprasza Żydów do Polski, musi tłumaczyć, że to nie po kamienice, tylko wypłakać się nad grobem bliskich. – Jeśli mamy nadal łatkę antysemitów, to dlatego, że sami sobie na nią pracujemy. Ale nie winię tych, którym zdarza się palnąć głupstwo, w końcu rzadko uczy się o przeszłości takiej, jaka była – mówi.

Choć Dariusz Popiela mówi o sobie: chrześcijanin, to od instytucji Kościoła katolickiego się odsunął. Ta za wiele ma za uszami. Nieraz zresztą, gdy zapraszał księży na cmentarz, pytali: „A co to, Żydzi nie mają rabina?”. Oburza go też napiętnowanie przez księży gejów i kobiet. – Ale odnawianie cmentarzy ma dla mnie wiele wspólnego z wiarą. Mogę udawać, że nie widzę, lub działać i choćby w taki sposób zadośćuczynić potomkom zmarłych. To kwestia empatii wyobrazić sobie, co mogą czuć, widząc zdewastowane i rozkradzione nagrobki swoich bliskich. Tym bardziej że byli to kiedyś nasi sąsiedzi. Dlatego kiedy pytają mnie czasem: „Po co to robisz? Przecież to nie twoja historia”, odpowiadam, że również moja.

Paula Szewczyk


Dariusz Popiela, kajakarz górski odnawia cmentarze żydowskie w Polsce

Kategorie: Uncategorized

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.