Uncategorized

Herstoria Janiny Bauman. Zygmunt o Jasi – bo tak ją nazywał – mówił: „towarzyszka moich czynów i myśli”


Gdy Zygmunt Bauman stanie się już światowej sławy socjologiem, będzie chciał, by Jasia towarzyszyła mu w wyjazdach i siadała na wykładach w pierwszym rzędzie, będzie czekał na jej opinię

– Pokażę pani najważniejsze dla mnie zdjęcie z mamą. Zrobiono je nam do „dokumentu podróży” przed wyjazdem z Polski. Spojrzałam wtedy na mamę i zdziwiłam się. Jakby założyła inną twarz – opowiada Lidia Bauman.

Na zdjęciu z 1968 roku Lidia ma niecałe 13 lat, stoi obok Ireny, siostry bliźniaczki. Między nimi mama Janina Bauman.

O tym nie opowiadała

„Minęło prawie czterdzieści lat, nim poczułam się gotowa do napisania tej książki. W ciągu tych lat rzadko wspominałam przeszłość. Nigdy nie mówiłam o niej z Matką i Siostrą. Nigdy nie opowiedziałam córkom o moich przeżyciach. Wolałam zapomnieć. Przerażające obrazy powracały tylko w snach” – pisze.

Pisze to przy biurku w swoim angielskim domu w Leeds. Córki są już dorosłe. Matka i siostra już nie żyją.

Lidia: – Raz, w poczekalni u lekarza, zaczęła mi opowiadać o swoim dzieciństwie. Absolutnie szczęśliwym. „A potem przyszła wojna i wszystko się skończyło” – powiedziała. Wtedy lekarz otworzył drzwi. To zdanie napełniło mnie strachem. Więcej już nie powiedziała

Anna: – Kiedy wojna się skończyła, ona miała 19 lat. Chciała żyć, nie patrzeć w tył. Rodzice o wojnie nie mówili, a ja nie pytałam, bo wojny było za dużo wkoło. Kiedy wydała książkę, to jakby kawałki mozaiki złożyły mi się w całość.

W „Zimie o poranku. Opowieści dziewczynki z warszawskiego getta” wydanej w 1986 roku w Anglii Janina zaznaczy, że dziękuje Zygmuntowi, że godził się z jej „nieobecnością”, kiedy pisząc, odchodziła „w nieznany mu świat mojej wczesnej młodości”. Bo nie mówiła o tym także z mężem.

Janina Bauman ma prawie 60 lat, gdy staje się znów Jasią Lewinson.

Lody waniliowe

Urodziła się w 1926 roku w Warszawie. Jej siostra Zosia cztery lata później. Ojciec Szymon Lewinson jest lekarzem. Mama Alina (z domu Fryszman) pomaga przy pacjentach i zajmuje się domem. Lato w willi dziadka w Konstancinie, bieg przez zalany słońcem ogród, zieleń, która będzie się śnić.

„Gdy miałam pięć czy sześć lat, spytałam ojca, co to znaczy Żyd”.

„Widzisz, moja kochana, twój tatuś jest Żydem, Mama i ty sama, i Zosia… Stryjek Julek…” – tłumaczy ojciec. „I ciocia Mania” – podchwytuje Janina. Ojciec: „Nie, ciocia Mania jest chrześcijanką”.

Mania, ukochana ciocia Janiny, wcześniej była nianią jej matki, potem zajmowała się domem dziadków, uważają ją za członka rodziny.

Ojcu – przypuszcza Janina – trudno było nawet samemu sobie wytłumaczyć, co znaczy być Żydem. „Wszyscy członkowie rodziny byli wychowani w polskich tradycjach, przepojeni duchem polskiej historii i literatury. I wszyscy uważali się za Polaków. Ale również za Żydów: byli świadomi swego żydostwa o każdej porze dnia i nocy”.

W 1937 roku Jasia idzie do szkoły. Wcześniej uczyła ją guwernantka. Za rok zda do gimnazjum, w którym będzie jedyną Żydówką. W klasie ktoś śmieje się z Żydów, ktoś drze jej zeszyty. Jest najlepsza z polskiego, ale dostaje na koniec tylko czwórkę.

Z lata 1939 roku pamięta smak lodów waniliowych, które ojciec kupuje w niedzielę. Wakacje w modnym letnisku koło Lwowa. Rozpuszcza tam warkocze, bo czuje się dorosła. Ktoś mówi jej, że jest ładna.

W radiu słyszy słowo „wojna”. I że może rok szkolny nie zacznie się 1 września 1939 roku. Jeszcze uczucie ulgi, że nie będzie musiała uczyć się wiersza z łaciny na pamięć.

Ocalona

Ma 14 lat, kiedy idą za mury getta w Warszawie. Janina, Zosia i matka. Ojca już z nimi nie ma. Przysłał list z obozu jenieckiego w Kozielsku.

Po roku w getcie: „Nauczyłam się żyć w morzu cierpienia, które podchodziło pod próg mojego domu”. Ulice getta są pełne śmierci, a ona jeszcze ma co jeść.

Obraz dołu pełnego nagich ciał. I jej młodość, pragnienie życia. Pierwsza miłość. „Nie ma gdzie znaleźć samotności. Ulice krzyczą i zawodzą tysiącem głosów; cuchną gnijącą rybą i umierającymi ciałami” – notuje 21 lipca 1942 roku w pamiętniku. Chłopak mówi jej, że jest w getcie hotel. „Pójdę z nim jutro do hotelu!” – decyduje. Jutro hitlerowcy rozpoczynają akcję likwidacyjną getta.

One ocaleją, bo mieszkają na ostatnim piętrze i Niemcy tego dnia tam nie dojdą. Bo dwie deski w płocie będą obluzowane. Bo za tylną ścianą kredensu Janina odkryje komórkę, w której przesiedzą cztery dni.

W getcie przeżyje 26 miesięcy. Potem Janina, Zosia i mama dołączają do grupy idącej do pracy na drugą stronę muru, znajomy policjant mówi, gdzie mają się odłączyć. W bramie czeka na nie ciocia Mania.

Pomagała im zza muru, teraz znalazła dla nich schronienie w domu nieznajomej im rodziny. Zaczynają się uczyć „sztuki trwania w ukryciu”. Dni spędzają w zamkniętym pokoju za grubymi kotarami. Którejś nocy – Janina myśli, że to sen – trzech mężczyzn wdziera się do środka. „Żydówki” – mówią. Mówią po polsku, chcą pieniędzy.

Na szmalcowników i zapłatę za kolejne kryjówki wydadzą wszystko, co miały sprzed wojny. Gdy nie zostanie już nic, ciocia Mania sprzeda kawałek ziemi, który dostała od dziadka Janiny, i zdejmie z szyi łańcuszek z krzyżykiem.

Kolejne kryjówki, ucieczki, chwile, gdy stoją na ulicy i nie mają dokąd iść. W jednym z miejsc kryje się z nimi pan Lusternik, który spisuje, co widział w getcie. Janina też pisze tam swoje opowiadanie. Pan Lusternik czyta i mówi, że ma nie przestawać.

Kiedy wybucha powstanie warszawskie, Janina chce walczyć, ale dowódca AK odmawia przyjęcia Żydówki. Dalej pamięta jak przez mgłę, jest chora na gruźlicę, na granicy życia i śmierci. Wypełzają z piwnic, gdy powstanie upada. Zanim pędzone przez Niemców wyjdą z kolumną cywilów z Warszawy, Janina schowa w ruinach zeszyty z pamiętnikami i opowiadaniami.

Nie wiedzą, co je czeka, kiedy wsiadają na wóz, który wiezie je do wsi Zielonki pod Krakowem. „W nieznanym domu ktoś zapali światło, przyjrzy się uważnie naszym twarzom i zadecyduje o naszym losie”. Rano gospodyni przygląda się twarzy Janiny. Wychodzi. Wraca z jajkami, wbija do kubka: „Wypij to, dziewcynko”.

W domu Pietrzyków przetrwają ostatnie miesiące wojny. W maju 1945 roku, już w Warszawie, Janina odnajdzie „w dziurze w podłodze pod cegłą” nietknięte swoje rękopisy.

Gdy życie się rozwarło

Mail od Anny z Tel Awiwu: „Przesyłam zdjęcia Mamy z wczesnego okresu powojennego: z siostrą Zosią i z mamą Aliną”. Janina i Zosia w kostiumach kąpielowych, mrużą oczy w słońcu. Janina z mamą uśmiechnięte.

Mail od Lidii z Londynu: przesyła wczesne wiersze mamy.

7 lutego 1945 roku Janina pisze: „Gdy życie się rozwarło,/ To dziwnym się wydało/ Cudownym/niepojętym”.

Ale 15 września pisze już: „Wiem! Nie chcecie mnie. Więc pójdę sobie”.

Powojenne lata opisze w drugiej książce, która ukaże się w Anglii w 1988 roku pod tytułem „Dream of Belonging”. Marzenie o przynależności. Niebyciu obcą. Polski tytuł brzmi jak odpowiedź na to marzenie: „Nigdzie na ziemi”.

Cofa się do 1945 roku. Jadą z mamą i Zosią w ciężarówce przez most na warszawską Pragę. Słyszą: „Patrzcie, nie wszystkich ich niemieccy partacze zagazowali”. Bohaterka jednego z jej opowiadań nie zostaje wpuszczona do domu zakochanego w niej chłopca. Janina: „Żydzi, którzy wyszli cało z Zagłady, nie są pożądanymi gośćmi. Są w jakiś sposób splamieni, naznaczeni cierpieniem”.

Są tak biedne, że Zosia przenosi się do domu dziecka dla sierot żydowskich. Dostają zawiadomienie: ojciec zginął w Katyniu. Janina jest przekonana, że zabili go Niemcy.

„Dręczeni mrocznymi wspomnieniami Żydzi, którzy ocaleli z Zagłady, wyjeżdżali z nadzieją osiedlenia się w Palestynie”. Ona też decyduje: nie chcecie mnie, więc pójdę sobie! Dołącza do grupy młodzieży, przygotowują się razem. Tuż przed wyjazdem zachoruje. Oni pojadą, Janina zostanie.

Układa nowy plan: skończy studia i potem wyjedzie.

Oczywiście!

„W środę przyszedł powiedzieć, że znaczę dla niego więcej niż wszystko inne w świecie; ja powiedziałam mu to samo. W czwartek postanowiliśmy się pobrać. W piątek oświadczył się Mamie o moją rękę. Odbyło się to w korytarzu. Mama z wrażenia opadła na worek z węglem, który tam trzymałyśmy”.

Ona jest już studentką dziennikarstwa. On jest nowy, wchodzi na wykład w mundurze oficerskim, spogląda na nią, potem mówi porywająco o powieści Brandysa. Ona już nic nie słyszy: „Zdawało mi się, że śnię”. Dalej też jak we śnie: spacer, on zaprasza ją do teatru, ale choroba kładzie ją do łóżka. Rozpacz! Mama Janiny przez Komitet Żydowski znajduje rodzinę o nazwisku Bauman. Zanosi tam list od Janiny. Następnego dnia Zygmunt Bauman puka do ich drzwi.

Ona dowiaduje się o nim: urodził się w Poznaniu, rodzinie kiepsko się wiodło, doświadczył na własnej skórze, co to antysemityzm. Na początku wojny uciekli do Rosji, głodował, ale mógł chodzić do szkoły, zaczął studiować fizykę. Zaciągnął się do tworzonej tam armii polskiej, walczył o Kołobrzeg, był ranny. Teraz jest oficerem politycznym. „Z nieukrywaną dumą wyznał, że jest komunistą, członkiem Polskiej Partii Robotniczej. Tego się właśnie cały czas obawiałam” – wspomni Janina.

On dowiaduje się o niej: przed wojną jej rodzina była zamożna, teraz Janina chce wyjechać do Palestyny. „Zbladł, nie odezwał się ani jednym słowem i zaraz wyszedł bez pożegnania”. Wraca i mówi, że ona znaczy dla niego więcej niż wszystko.

Gdy urzędnik pyta, czy Janina chce Zygmunta za męża, ona odpowiada: – Oczywiście!

Ślub biorą 18 sierpnia 1948 roku, w jej 22. urodziny. Na zdjęciu ona patrzy w obiektyw, on patrzy na nią.

– Uchodziła za piękność. Mam listy, które pisali do niej mężczyźni, zanim poznała tatę. Odrzucała ich zaloty – opowiada Anna. – Pamiętam, jak odwiedzili mnie koledzy i nagle do pokoju weszła mama, która szykowała się na jakieś wyjście z tatą, i to było jak olśnienie. Byłam dumna, że mam taką piękną mamę – uśmiecha się.

Zygmunt o Jasi – bo tak ją nazywał – mówił: „towarzyszka moich czynów i myśli”. Opowiadał, że zawsze była pierwszą i najbardziej krytyczną recenzentką jego tekstów. Gdy stanie się już światowej sławy socjologiem, będzie chciał, by Jasia towarzyszyła mu w wyjazdach i siadała na wykładach w pierwszym rzędzie, będzie czekał na jej opinię.

Ale na początku Zygmunt nalega, żeby nie szukała pracy, skupiła na studiach, nauczyła gotować. „Rola żony będącej na utrzymaniu męża wydawała mi się nie do przyjęcia. Kłóciliśmy się o to srodze”.

Annę urodzi w 1949 roku, Lidię i Irenę sześć lat później i wyzna, że przeraziła się, że będą bliźniaki. Po porodzie jest „zbyt chora, by karmić dzieci, zbyt słaba, by je kochać”. Jeszcze po latach będzie wracało do niej poczucie winy: wobec bliźniaczek, że się nie ucieszyła nimi od razu; Zygmunta, który wtedy „przejął całkowicie troskę o dom”; Ani, która „w wieku sześciu lat często musiała sama troszczyć się o siebie”.

Anna mówi, że nie bardzo to pamięta. Pamięta za to, jak potem pomagała przy bliźniaczkach. – Moja koleżanka do dziś opowiada, że strasznie ją bawiło, jak mama wpadała do pokoju i mówiła: „Aniu, zrób coś z nimi, bo nie daję rady” – śmieje się.

Zachłanni

Anna: – Tata był zachłanny na mamę.

Lidia: – Gdy wracała z pracy późno, czekałam z utęsknieniem, bo było ponuro w domu bez niej. W końcu dźwięk klucza. I właściwie mamy nie widzimy, bo tata od razu zabiera ją do siebie. Ich bardzo dużo łączyło, zawsze mieli mnóstwo do omówienia, zrobienia. To ich niesamowite zżycie sprawiało, że często stawali się dla nas nieobecni.

Anna: – Miałam 14 lat, gdy pojechałyśmy we dwie na wakacje do Bułgarii, przez całe dwa tygodnie mama pisała listy do taty i wyczekiwała listów od niego. To mnie bardzo drażniło.

Lidia: – Czasem zastanawiamy się z siostrami, kim byłaby mama, gdyby poznała innego mężczyznę. Tata miał dominujący charakter, przeważał nad większością ludzi, nakłaniał do przeróżnych rzeczy.

Anna: – To był absolutnie wyjątkowy związek. Nie będę oceniać dobry czy zły. Oni byli zrośnięci. To nie znaczy, że mama była zawsze z tym szczęśliwa, bo to jednak było ograniczające, tata mówił nam wszystkim, co jeść, lubić, podziwiać. Ale to był związek, którego ona nie zamieniłaby na żaden inny.

Film polski

Jest w euforii. Siedzi sama w sali projekcyjnej i może oglądać zagraniczne filmy, po trzy dziennie. Potem je opisuje i dodaje własną opinię.

Jeszcze przed urodzeniem Anny znalazła pracę w Filmie Polskim. Przepracuje tam 20 lat na stanowiskach od tłumaczki po redaktorkę, której opinie mają wpływ na to, czy scenariusz zostanie zrealizowany, a zagraniczny film wejdzie do kin. W „Nigdzie na ziemi” pokazuje, jak wchodzi jako młoda dziewczyna w strukturę, która staje się narzędziem politycznej propagandy, rozlicza się ze swojego w tym udziału.

„Jeden raz wypowiedziałam się negatywnie o scenariuszu doskonałym”. Po latach, oglądając „Człowieka z marmuru” Andrzeja Wajdy według scenariusza Aleksandra Ścibora-Rylskiego, będzie czuła się winna. W latach 50. przez jej ręce przeszła bowiem „Sprawa Szymka Bielasa” Ścibora-Rylskiego. „Człowiek z marmuru” to będzie echo tamtej opowieści. „Przeczytałam ten scenariusz z wypiekami na twarzy (…). Uznałam jednak, że nie powinien być zrealizowany. Moim zdaniem zapowiadał przeczerniony, pesymistyczny obraz współczesnej polskiej rzeczywistości i podważał wiarę w lepszą przyszłość”. Jej opinia nie zadecydowała o losie scenariusza. Ale Janina nie chce oszczędzać siebie. Wyznaje rzeczy, które inni z życiorysów skrzętnie wymazują.

Anna: – Opowiadała strasznie szczerze. Nie próbowała wymalować siebie i taty piękniejszymi, niż byli.

Dziennik agitatorki

Zygmunt odwiódł Janinę od pomysłu wyjazdu do Izraela. „Syjonizm – głosił żarliwie – to nacjonalizm jak każdy inny”. Ona mówi, że marzy o miejscu, w którym nie będzie traktowana jak obca. On przekonuje, że w komunistycznej Polsce nie będzie już miejsca na antysemityzm i inne nierówności. Zygmunt: „Tu i teraz, przed naszymi oczami, świat staje się z każdym dniem sprawiedliwszy, szlachetniejszy. Bierne przyglądanie się temu to odrzucanie szansy na dokonanie czegoś wielkiego. Ucieczka to zdrada”.

Wcześniej widziała, jak komuniści fałszowali wybory, spotykała partyjnych karierowiczów, raziły ją ich slogany. Zygmunt mówił inaczej. „Oto był głos prawdziwego idealisty, uczciwego człowieka, który wierzył głęboko w to, co mówił”. Ona też uwierzy. Wstąpi do ZMP, potem do PZPR. „Wstąpiłam – bo rozpaczliwie pragnęłam gdzieś należeć. Do partii – bo odpowiadała mi jej ideologia. Ale także dlatego, że mnie chciała” – napisze. – Wsiąkłam w to z całą naiwnością – powie po latach.

Robiła ZMP-owskie gazetki ścienne, prowadziła wykłady ideologiczne, których nikt nie słuchał. O jednej rzeczy pisze: „Fatalny błąd, którego się najbardziej wstydzę”. Daje się namówić kierownikowi kadr, by prowadzić „Dziennik agitatora” – tłumaczyć współpracownikom nowy ustrój i notować ich uwagi, dla dobra Polski. A potem jej koleżanka zostaje wyrzucona z ZMP, bo narzekała na brak pończoch w sklepach, i potępiona odchodzi z pracy. Janina jest zdruzgotana.

Dokument podróży

Lidia: – Miałam sześć lat, szłyśmy polną drogą, znalazłam koraliki z krzyżykiem i zapytałam, co to jest. Mama powiedziała: „Różaniec. Chrześcijanie używają tego do modlitw”. „Dlaczego my tego nie mamy?”. I wtedy – strasznie mnie to uderzyło – mimo że nikogo nie było dookoła, mama zniżyła głos: „Bo jesteśmy Żydami”. Nigdy nie wstydziła się tego ani nie ukrywała. To był odruchowy lęk.

Anna: – Miałam ze cztery lata, gdy rodziców wezwano do przedszkola: „Państwa córka wyzywa dzieci od Żydów”. Inne dzieci mnie wyzywały: „Ty Żydu!”, to ja też. Rodzice wzięli mnie na rozmowę: „My też jesteśmy Żydami”. „Co?!” – pamiętam to uczucie. W szkole podstawowej na tornistrze dzieci pisały mi „Żyd”. Odpowiadałam już wtedy: „Nie jestem Żyd, tylko Żydówka”. Ale kiedy w 1968 roku już w Izraelu przeprowadzono z młodzieżą z Polski wywiad do paryskiej „Kultury”, mówiłam tam, że nie ma w Polsce antysemityzmu, to jest politycznie narzucone. Ja to jakoś wypierałam.

„Żyliśmy szczęśliwie, z poczuciem, że tu należymy” – pisze Janina o latach przed 1968 rokiem. Jest ceniona w pracy, Film Polski nie służy już socrealizmowi, w 1961 roku przewodniczy delegacji na festiwal w Locarno, gdzie nagrodę zdobywa film Kazimierza Kutza „Ludzie z pociągu”. Zygmunt jest już wtedy znanym wykładowcą, za chwilę zostanie szefem katedry socjologii na Uniwersytecie Warszawskim. Życie jest pełne.

W czerwcu 1967 roku wybucha wojna izraelsko-arabska, a w Polsce rozpętana zostaje przez władze antysemicka kampania. Janina opisuje, jak zaciska się wokół nich pętla. Podsłuchy w mieszkaniu, śledzący ich esbecy, milicja, która zatrzymuje znajomych Ani po jej 18. urodzinach. Janina: „Ogarnęło mnie dawno zapomniane uczucie zagrożenia”.

W marcu 1968 r. władza rozbija pałkami wiec studentów UW. Przez Polskę idzie fala wolnościowej rewolty. I sekretarz partii Władysław Gomułka w przemówieniu wymienia nazwisko Baumana jako jednego z jej prowodyrów. Gomułka: „Tym, którzy uważają Izrael za swoją ojczyznę, gotowi jesteśmy wydać paszporty emigracyjne”.

Artur Domosławski w książce „Wygnaniec. 21 scen z życia Zygmunta Baumana” pokazuje, jak osaczano Baumana. Zygmunt nie był prowodyrem buntu. Jego winą stało się żydowskie pochodzenie. Usuwają go z uniwersytetu. Janinę też zmuszają do rezygnacji z pracy. Zapamięta gesty wsparcia: „Raz wpadł Tadeusz Konwicki, pokręcił się po pokoju bez konkretnego interesu, a wychodząc, upuścił na moje biurko bukiecik fiołków”. I telefony, które odbierają w domu: „Wynoś się z Polski, ty Żydzie parszywy!”. Lidka i Irka wracają ze szkoły zapłakane. „Pewnej majowej nocy podjęliśmy bolesną decyzję”.

Pozwolenie na wyjazd dostają błyskawicznie. I termin: „Mieliśmy zaledwie 23 dni na rozstanie się z ponadczterdziestoletnią przeszłością”. Celnicy na Dworcu Gdańskim wyrywają obrazy z ram, rozpruwają kołdry. Zabierają walizkę, w której są maszynopisy książek Zygmunta i rękopisy Janiny z wojny. „Przed samym końcem odprawy przynieśli walizkę i wrzucili do skrzynki, którą zapieczętowali”.

Dostają „dokument podróży” z adnotacją, że „posiadacz nie jest obywatelem polskim”. Janina ma wspólny z Lidką i Irką. Urzędnik, który im go wręcza, przygląda się fotografii: „Jakie ładne bliźniaczki”.

Lidia: – Obudzili nas w nocy. Myślałyśmy, że pojedziemy następnego dnia. Szeptem i na palcach, bo podsłuchy i sąsiad milicjant, zeszliśmy na dół. Nasz samochód stał za rogiem.

Wyjechali jako jedni z pierwszych z ok. 13 tysięcy, którzy opuszczą Polskę. Gdy skrzynia z ich rzeczami dotrze do Izraela, nie znajdą maszynopisów Zygmunta i rękopisów Janiny.

Jasia zapragnęła do mamy

Lidia: – Pamiętam, że nie wiedzieliśmy, gdzie zakotwiczymy. Za granicą wypiliśmy coca-colę, pierwszą w życiu. Tata żartował, „jak dobrze być Żydem bez narodowości”. W każdej sytuacji próbował znaleźć coś najlepszego. Starali się, żeby ten exodus to dla nas była przygoda. Sami byli przerażeni, dobrze to ukrywali.

Anna: – Mama napisała, że całą drogę płakałam z powodu ukochanego Leona, który został w Polsce. Nie tylko dlatego. Wyjazd z Polski to był straszliwy szok.

Zygmunt dostaje propozycje pracy z różnych miejsc. Wybierają Izrael. – Jasia obolała po ciosach, jakie na nią spadły, „zapragnęła do mamy”. Nie mogłem jej odmówić – tak zapamięta to Zygmunt.

Mama Janiny wyjechała do Izraela w 1957 roku, żeby pomóc Zosi, która wyemigrowała chwilę wcześniej z mężem i półroczną córką. Ale Baumanowie wytrzymają tam tylko trzy lata. Zygmunt nalega na wyjazd. W Izraelu zostanie córka Anna – dojechał do niej Leon, pobrali się, nie planowali zostać, ale wrośli.

Anna: – Oni wyjechali, a ja zaszłam w ciążę. Mama przyjechała na poród. Potem przez 10 lat przyjeżdżała co roku na dwa tygodnie. Dlaczego się te wizyty skończyły? Jak była tutaj, to nieustannie myślała o tacie. Tata nie przyjeżdżał z nią. Raz tylko, gdy nasz syn miał dwa lata, a ona już była u nas: 6 rano, w drzwiach tata, „tu są bułeczki na śniadanie”. Potem robił wszystko, żeby nie wyjeżdżała, rozchorowywał się, nie jadł itd. A mama mówiła: „Nie mogę go zostawiać samego”.

Dziś Anna mieszka w Tel Awiwie, jest profesorką matematyki. Lidia w Londynie – jest malarką i historyczką sztuki. Irena – architektka – mieszka w Leeds.

Żona profesora

Zamieszkali w Leeds, bo Zygmunt dostał tu pracę na uniwersytecie – będzie kierował katedrą socjologii, w Anglii napisze książki, które przyniosą mu sławę. Miał też dobrą ofertę z Australii, ale Jasia nie chciała być tak daleko od rodziny.

Na początku jest tu „głęboko nieszczęśliwa”. Zygmunt znika na uniwersytecie, Lidka i Irka w szkole. „W środowisku uniwersyteckim to, że żona profesora nie posiada własnego zawodu, uchodziło za oczywiste”. I jeszcze: „Nikt nigdy nie spytał mnie, czym zajmowałam się w Polsce”.

Anna: – Mama zawsze była w towarzystwie wyciszona. Tata brylował, wszystkie oczy kierowały się na niego. W Anglii doszła jej niepewność z powodu języka. W naszym domu kariera – rozumiana jako praca, w której człowiek się spełnia – była ważna. Mama to straciła, a taty kariera zaczęła się w Anglii rozwijać. Nie było między nimi niechęci z tego powodu, nie można też powiedzieć, że mama zrezygnowała z kariery dla taty, jednak kontrast między jego spełnieniem a jej brakiem rósł. Ale nie mówiło się o tym.

Uczy się intensywnie angielskiego. Idzie na kurs bibliotekarstwa, starsza od innych studentów o 20 lat. Znajduje pracę w szkolnej bibliotece, w której był pożar i trzeba było skatalogować 15 tysięcy nowych książek, a potem wypożyczać dzieciom: „(…) w ciągu tych pięciu lat doznałam więcej satysfakcji niż w ciągu dwudziestu lat pracy w Filmie Polskim”.

Zygmunt tak o tym opowie: – Jasia prowadziła wspaniałą bibliotekę z kulturalno-oświatowymi ambicjami. Była to szkoła w ubogiej robotniczej dzielnicy, dzieci nie czytały w domu i mówiły absolutnie niewyobrażalnym „yorkshirskim” angielskim, którego ona też się musiała nauczyć. Dzieciaki ją uwielbiały.

Zrezygnuje z biblioteki, żeby zająć się chorą matką.

Jakby mi ktoś dyktował

Siedzi przy biurku w Leeds. Matka i siostra już nie żyją.

Anna: – Zosia umarła na raka w wieku 42 lat. Najmłodsze z trojga jej dzieci miało wtedy cztery lata. Zajęła się nimi w Izraelu nasza babcia. Później babcia przyjechała do Leeds. Była już wtedy złamana życiem. Wcześniej pamiętam ją pogodną. Ja babcię ubóstwiałam.

Alina Lewison umarła w 1980 roku. Gdy Janina przegląda jej rzeczy, znajduje kilka swoich opowiadań i notatek z wojny przepisanych przez matkę. Wtedy czuje, że musi o tym napisać.

Kiedy zaczyna, „wspomnienia wracają potężną falą”, „pisałam, jakby mi ktoś dyktował”. „Zimę o poranku” pisze dwa lata. Czasami czuje się wtedy tak, że angielscy znajomi pytają, czy nie jest chora.

„No i wydali mi tę książkę. Reakcja przeszła wszelkie moje wyobrażenia”. Kolejne wydania, przekłady, sztuka w londyńskim teatrze, spotkania autorskie w wielu krajach. Listy, które dostaje niemal codziennie od czytelników poruszonych siłą jej świadectwa.

Trzy lata później Zygmunt publikuje „Nowoczesność i Zagładę” – jedną z najważniejszych swoich książek. Dedykuje ją „Janinie i wszystkim tym, którzy ocaleli, żeby dać świadectwo prawdzie”. Pisze: „Kiedy przeczytałem książkę Janiny, uświadomiłem sobie, o ilu rzeczach nie wiedziałem, a raczej o ilu myślałem w niewłaściwy sposób”. I jeszcze: „Ja sam bowiem zdołałem umknąć z owego świata grozy i bestialstwa, gdy docierał do najodleglejszych zakątków Europy. A kiedy ów świat zniknął z powierzchni ziemi, podobnie jak wielu moich współczesnych nie próbowałem go poznać, pozwalając mu trwać w udręczonej pamięci i niezagojonych ranach tych, których on okaleczył i pogrążył w żałobie”.

Lidia: – Myślę, że napisanie książki przyniosło mamie ulgę.

Janina chciała, by „Zima o poranku” była hołdem dla tych, którzy pomogli jej przeżyć. Wspólnie z Anną zadbały też, żeby w Alei Zasłużonych w Yad Vashem wyrosło drzewko dla cioci Mani, czyli Marianny Bułat.

Napisze jeszcze opowiadania. Jej bohaterki, Żydówki, wiodą codzienne życie, aż nagle w środku dnia łapie je za gardło strach, cień Zagłady. I powieść „Powroty”, której bohater, emigrant, przyjeżdża do Polski po 1989 roku: „Wiedział, że nie wróci na stałe, że wrócić nie może, bo nie miałby dokąd uciec, gdyby usłyszał kiedyś, iż jest w tym kraju obcy i niepożądany. A żyć z tym już by nie potrafił”.

Bilans

Lidia: – Nie było w niej goryczy. Miała chwile, że się zamyślała, oddalała, stawała nieobecna.

Anna: – Rodzice zamknęli się w swoim związku, który był odpowiedzią na wszystkie przeciwności świata.

Lidia: – W każdą rocznicę ślubu szli na kolację i robili pisemny bilans roku. Czytałam notatki, które zostawili, ciekawiło mnie, co myśleli o nas. Mama była zwolenniczką wszystkich moich wyborów, a tata się nimi denerwował. Gdy w czasie studiów przyjeżdżałam do domu, to wszystko mamie opowiadałam. Tata, który był trochę głuchy już wtedy, mówił do mamy: „To sobie rozmawiajcie, a ty mi potem przetłumaczysz”.

Anna: – Tata mówił nam częściej, jak mamy żyć. Śmieję się, że siedzi mi zawsze na ramieniu i szepcze do ucha. A mama? Mama jest, ale daje dużo więcej swobody.

Robienie dzbanków

Siedzi w pracowni z rękami w glinie. Wszystko inne na chwilę przestaje istnieć. „Obchodzi mnie tylko glina”.

Anna: – W Anglii wiele kobiet w pewnym wieku chodzi na różne zajęcia. Poszła z dużymi wątpliwościami na to garncarstwo, bo zawsze mówiło się, że mama nie ma umiejętności plastycznych.

„Niektóre były krzywe, inne niezbyt piękne, ale lubiłam je wszystkie, bo wykonałam je własnymi rękami” – mówiła o swoich dzbankach, kubkach, figurkach.

Anna: – Nie doceniałyśmy tego, co tam robiła. Dopiero córka mojej siostry Irki, która jest specjalistką od garncarstwa, otworzyła nam oczy. Uważa, że mama to był nieodkryty talent. Właśnie to, że nie zrobiła nic dokładnie okrągłego, to cały urok.

Janina: „Robienie dzbanków nie może nikogo skrzywdzić. Nikt nie może oskarżyć cię o to, że robisz dzbanki”.

Rękopisy znalezione

W swoim pokoju w Leeds Janina zostawiła tysiące zapisanych stron.

Lidia: – Nieprzebrane ilości dzienników, listów, notatek. Nie zdołałyśmy jeszcze z siostrami wszystkiego odczytać.

I jest jeszcze 780 stron, gęsto zapisanych. Charakter pisma na początku jeszcze trochę dziecięcy, z czasem się zmienia. Przy tekstach daty – od 1941 do 1948. Dużo opowiadań, wiersze, dzienniki. To rękopisy zabrane jej w 1968 r. Odnalazły się w Instytucie Pamięci Narodowej. 

Zygmunt szukał ich, pisał do PRL-owskich władz, odsyłano go, zbywano milczeniem. Próbował też po 1989 r. – bez skutku. Wydawało się, że zaginęły. O tym, że są w IPN, powiadomiła Baumana w 2015 roku Izabela Wagner, która zbierała materiały do jego biografii.

Anna: – Nie wiem, do jakiego punktu doszedł w tych pertraktacjach z IPN, ale wiem, że nie dostał oryginałów. Mnie odpowiedziano dwukrotnie, że to własność IPN, dostałam tylko skany.

Zapytałam w IPN o rękopisy. Odpowiedź: rodzina ma prawo do zabranych przez SB rzeczy, musi napisać wniosek, będzie on „rozpatrywany indywidualnie”.

Janina Bauman umarła 29 grudnia 2009 roku. Jej grobu nie ma.

Lidia: – Dziwiło mnie bardzo, że tata zachował prochy mamy w swoim gabinecie. Teraz mnie nie dziwi. Mam prochy obojga rodziców w domu. Podzieliłyśmy je z siostrami na trzy części. Lubię zerkać na ten słoiczek.

I często patrzy na zdjęcie z „dokumentu podróży”. Lidia: – Po tym wszystkim, co przeszła i przechodziła w tamtej chwili, mogłaby przecież wyglądać na wystraszoną, pełną zgryzoty. Dużo później zrozumiałam, że mama przygotowała sobie do tego zdjęcia twarz, którą chciała coś wyrazić. Poczucie godności, której nie można było jej zabrać.

Violetta Szostak

Poza książkami Janiny Bauman korzystałam m.in. z książki Artura Domosławskiego „Wygnaniec. 21 scen z życia Zygmunta Baumana” (Wielka Litera, 2021), Izabeli Wagner „Bauman: A Biography” (Polity Press, 2020 – pod koniec września ukaże się w Polsce w wydawnictwie Czarna Owca) i filmu Joanny Janiak „Janina Bauman” (TVP Poznań, 1994).

Herstoria Janiny Bauman. Zygmunt o Jasi – bo tak ją nazywał – mówił: „towarzyszka moich czynów i myśli”

Kategorie: Uncategorized

1 odpowiedź »

  1. Czyzby tez „towarzyszka” w oskarzaniu Izraela, przed prasa polska, o ” chec do wojny, bez tego Izrael nie moglby istniec” i podobnych wypadow ego ohydnego starucha ?
    Moze to tez towarzyszka Gomulkowej tez…

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.