Uncategorized

Leszek Kantor :Opowiadanie pisane nocą

Przyslal Leszek Kantor

W małym miasteczku Strzegom, wcześniej niemieckim Striegau na Dolnym Śląsku w Polsce, czterysta kilometrów od Warszawy, po II wojnie światowej mieszkało około dwustu rodzin żydowskich…


Widok o zachodzie słońca na Gamla Stan (Stare Miasto) – zabytkową dzielnicę Sztokholmu

Widok o zachodzie słońca na Gamla Stan (Stare Miasto) – zabytkową dzielnicę Sztokholmu

Foto: Shutterstock

Leszek Kantor

Większość przyjechała z Syberii i Uralu. Gdyby nie schronili się w Rosji w czasie tej strasznej wojny, to na pewno nie przeżyliby jej i brutalnego antysemityzmu panującego prawie we wszystkich krajach Europy. Z około trzech i pół miliona Żydów polskich wojnę przeżyło około dwustu tysięcy. Do Polski po wojnie wróciło około siedemdziesiąt tysięcy. Wielu przyjechało z żonami Rosjankami. Przyjechali na byłe niemieckie tereny, bo do swoich rodzinnych miast z przedwojennej Polski wracać nie było bezpiecznie. Polacy przejęli już ich domy, meble, gospodarstwa i sklepy. Prawie każda próba wejścia do swojego domu mogła się skończyć śmiercią.

Brutalnych mordów na Żydach było wiele. Pogromy odbywały się w wielu miastach, a najbardziej znane są Kielce z 37 zamordowanymi. W Krakowie zabito w 1946 roku pięciu Żydów i spalono synagogę. W Lublinie, Rzeszowie, Częstochowie, Białymstoku i innych miastach zabijano także bez powodu. W moim miasteczku Strzegomiu zabito czterech. Jednego Żyda, bo otworzył salon fryzjerski, potem dwie osoby, które szły odebrać przyznany im dom pod miastem, a ich dwoje dzieci, które przeżyły, wysłano potem do domu dziecka w Izraelu. Chociaż nic wartościowego nie było w domu, chorą kobietę zabito nożem w łóżku, kiedy jeszcze spała. Milicja złapała młodego mordercę i zastrzeliła go bez sądu w ruinach miasta. Jej córka – profesor chemii w Izraelu – opowiedziała mi tę historię. Nigdy nie przyjechała do Strzegomia, chociaż bywa w Polsce z wykładami.

Miasto było zburzone w siedemdziesięciu procentach. Dookoła były gruzy zniszczonych, pięknych kiedyś kamienic. Wyciągaliśmy z gruzów pordzewiałe karabiny i bawiliśmy się… przeważnie w wojnę.

Niemcy wyjeżdżali, pozwalano im zabrać tylko trochę własnych rzeczy. Zostawiali swoje mieszkania, zawsze posprzątane, czyste i wszystko ułożone tak, jakby za chwilę mieli do nich wrócić.

A my, dzieci żydowskie i polskie, zachwycone pozostawionymi zabawkami, rowerkami, sankami i nartami cieszyliśmy się, że tyle fajnych rzeczy dostajemy do zabawy. W naszym mieszkaniu, kiedyś Wilhelmstrasse 31 (teraz już pod nową nazwą, „ulica Feliksa Dzierżyńskiego”, sowieckiego szefa służby bezpieczeństwa polskiego pochodzenia), zostało też pianino marki Ed Seiler. Moja mama, rosyjska Żydówka, grała na tym niemieckim pianinie rosyjskie romanse. Latem przy otwartych oknach naszego mieszkania ludzie przystawali, słuchając zachwyceni i zastanawiając się, kto tak pięknie gra.

Nie wyjechała ze Strzegomia jedna Niemka – Lusia Videra – i jej dwie córeczki. Zostały w miasteczku, bo ich chora matka nie potrafiła się spakować. Zwariowała, kiedy dowiedziała się, że jej męża, niemieckiego żołnierza, zabito gdzieś w Rosji pod Stalingradem. Straciła mowę, bełkotała. Żyła ze sprzątania i mycia podłóg w żydowskich i polskich domach, których właścicielom powodziło się lepiej. Cały rok, nawet latem, chodziła w ciepłym czarnym płaszczu z kołnierzem z lisa. Myła podłogi w butach na wysokich obcasach i zawsze miała pomalowane jaskrawo czerwoną szminką usta. A jej dwie córeczki w naszym wieku, sześć i siedem lat, zawsze stały z boku, nie miały odwagi podejść do nas, żydowskich i polskich dzieci, stały nieśmiałe, smutne, a my mieliśmy wesoło. Żydzi całowali nas, gładzili po główkach, dawali cukierki. „Oj – mówili – jakie dzieci uratowały się mimo wojny”.

Miasto było zburzone w siedemdziesięciu procentach. Dookoła były gruzy zniszczonych, pięknych kiedyś kamienic. Wyciągaliśmy z gruzów pordzewiałe karabiny i bawiliśmy się… przeważnie w wojnę. Niemcy mieli napadać , a my strzelać do nich z tych pordzewiałych karabinów, które nie tak dawno naprawdę zabijały ludzi. Sam Strzegom dwa razy przechodził z rąk niemieckich do rosyjskich, bo w pobliżu w lesie była fabryka broni i letnia kwatera Hitlera.

Leszek Kantor (pierwszy z prawej) z wizytą u Ireny Sendlerowej, która podczas niemieckiej okupacji ratowała żydowskie dzieci z warszawskiego getta. Sprawiedliwa wśród Narodów Świata zmarła 12 maj

Żydzi szybko wspaniale zorganizowali swoje życie na nowo. Powstała podstawowa szkoła żydowska z językiem jidisz, przedszkole, dom kultury i przychodnia lekarska. Kilka kilometrów od miasta założono kibuc. Każdego wieczoru pod naszym domem, bo była tam na ulicy latarnia gazowa, odbywały się do późnego wieczoru żarliwe dyskusje: zostać czy jechać dalej do Izraela, Ameryki czy Kanady? Po pogromie tzw. kieleckim, kiedy zamordowano w Kielcach trzydziestu siedmiu Żydów, w Krakowie pięciu, oraz spalono starą synagogę, a w wielu innych miastach notowano również wiele morderstw, dużo rodzin zaczęło się pakować, aby wyjechać z Polski.

Rodzice i cała generacja powojenna traktowała swój pobyt w Polsce przejściowo. Kolejne fale odpływały w świat – do Izraela, Kanady, USA i Australii.

Pewnego dnia w 1947 roku także mój ojciec przyniósł paszporty na wyjazd do Izraela. Mama zaczęła płakać, że już nigdy nie zobaczy swojej matki i dwóch braci w Charkowie, którzy przeżyli wojnę. Ojciec oddał więc z powrotem paszporty. Potem założył z kilkoma religijnymi Żydami na parterze naszego domu – w byłym trochę większym, pustym, poniemieckim mieszkaniu – dom modlitewny. Był tam nawet piec do pieczenia macy. Tam w każdą sobotę modlili się Żydzi.

Po szkole podstawowej rodzice wysłali mnie do Technikum Budowy Silników Lotniczych we Wrocławiu, mieszkałem w internacie, a na sobotę i niedzielę jechałem do Strzegomia. Nie był to radosny czas dla mnie. Technika mnie nigdy nie interesowała, ale matka mówiła, że muszę na wszelki wypadek mieć dobry zawód, bo nie wiadomo, jaki będzie nasz los. Rodzice i cała generacja powojenna traktowała swój pobyt w Polsce przejściowo. Kolejne fale odpływały w świat – do Izraela, Kanady, USA i Australii. Kraje Europejskie rzadko dawały wizy wjazdowe. Trochę pojechało do Niemiec, ale tylko jeśli przyznawali się do niemieckiego pochodzenia i przyjmowali niemieckie obywatelstwo.

Mój ojciec taką alternatywę wykluczał, chociaż doskonale mówił po niemiecku. W internacie i w całej mojej szkole na dwustu uczniów byłem jedynym żydowskim dzieckiem. Kiedyś podszedł do mnie taki bardzo wysoki kolega, bo ja byłem najniższy wzrostem w naszej klasie, i powiedział: „Kantorek, dla ciebie będzie dużo lepiej, jak się będziesz nazywał Leszek”. Od tej pory noszę dwa imiona: Leo (i Polen Leon) i to typowo polskie – Leszek. Po gimnazjum na studia wybrałem filologię słowiańską na Uniwersytecie Opolskim.

Młodzież studencka była z małych miasteczek, dziewczyny chodziły cały rok w tej samej sukience. Oryginalne dżinsy i kurtkę miałem tylko ja, bo wujek Szlojme przysłał mi je z Izraela. Chłopcy prosili mnie, żebym dał im czasem ponosić. Po studiach zostałem tam wykładowcą literatury i języka rosyjskiego.

Utworzyłem w Opolu klub studencki „Skrzat”, istniejący do dziś, i kabaret literacki; pisałem teksty piosenek, a Włodek Grecznik z Legnicy pisał muzykę. Umarł kilka lat temu w szwedzkim Lundzie. W pamiętnym roku 1968 wyrzucono z pracy dziesięciu nauczycieli akademickich i profesorów, w tym wszystkich pięciu żydowskiego pochodzenia. Mnie i innych przed specjalną komisją przepytywano dwie godziny o wszystkie szczegóły naszego życia, a na końcu zawyrokowano: „zwalniamy pana za ukryte pochodzenie”. Późną jesienią 1968 roku pojechałem pożegnać się najpierw ze Strzegomiem – posiedziałem tam na rynku godzinę, poszedłem na moją ulicę, spojrzałem na mój dom – a potem z  Opolem, miastem moich studiów. Kochałem oba miasta. Byłem w nich szczęśliwy, o ile Żyd w Polsce w tych czasach mógł takim być. Poszedłem na uniwersytet, ale już nikt do mnie nie podszedł, nikt się nie przywitał. Tylko pani Sasowa na portierni, taka starsza miła pani, ale już bez zębów, zapytała: „Panie Leszku, gdzie pan teraz będzie mieszkał?”. Odpowiedziałem: „jeszcze nie wiem”. W Szwecji, zaraz jak tylko rozpakowałem walizki, wysłałem jej widokówkę ze Sztokholmu. W 2020 roku, pięćdziesiąt lat później, miałem na Uniwersytecie Opolskim wykład honorowy. Wybrałem temat „O potrzebie tolerancji”. Na sali było 250 studentów. Były brawa i kwiaty.

W końcu 1968 roku, kiedy żona zdała ostatni egzamin na Akademii Medycznej w Łodzi, popatrzyłem na mapę Europy. Zadałem sobie pytanie: jaki kraj jest najbliżej Polski, tylko dlatego, żeby nie być zbyt daleko od naszych rodziców, którzy zostawali w Polsce. Moja piękna matka zmarła, mając 48 lat, kiedy w lipcu 1968 roku wyrzucono ją z pracy… za pochodzenie. Ojciec został w Polsce z moim młodszym bratem. Potem dojechali do nas. Wybraliśmy Szwecję dlatego, żeby być blisko rodziców mojej żony Inki, dwojga schorowanych, ciężko pracujących ludzi. Zostawiać ich samych było nam ciężko, ale dla nas nie było wyjścia. Wyjeżdżali wszyscy młodzi ludzie, a znałem ich setki, bo wiele lat pracowałem najpierw na letnich koloniach dla żydowskich dzieci, potem na obozach dla studentów żydowskich. Kiedyś na obozie zimowym dla studentów w Jagniątkowie, w górach, gdy wszyscy po dwóch tygodniach pojechali do domów, zostałem sam ze znakomitym poetą Natanem Tenenbaumem, żeby zlikwidować obóz. Staliśmy przy oknie, padał śnieg. Zapytałem Natana, czy wyjeżdżamy, bo nikt nie chce zostać w Polsce. Odpowiedział: „może bym i wyjechał z wami, ale boję się, że może mi zabraknąć tego prozaicznego śniegu”. Czasem w Szwecji, kiedy napadało dużo śniegu, dzwoniłem do niego w Hägersten (dzielnica Sztokholmu) z pytaniem, czy mu go nie brakuje. Zmarł 23 lutego 2016 roku w Sztokholmie, pochowany jest na cmentarzu żydowskim. Zostało po nim parę tomików pięknych wierszy po polsku. Nigdy nietłumaczonych na język szwedzki.

W 1968 roku, w czasie rewolucji studenckich w Europie, a w Polsce brutalnie antysemickich, Konsulat Szwedzki odpowiedział, że nie wydaje wiz emigranckich. Pojechałem więc do ambasady Danii. Po tygodniu przyszedł list, z zaproszeniem po wizy. Były to dwie pierwsze wizy emigracyjne dla polskich Żydów. Ale niedługo potem przyszła wiadomość z ambasady szwedzkiej, że możemy jednak dostać wizy wjazdowe do Szwecji. „Bo brakuje w Szwecji dentystów” – dopowiedział konsul, kiedy je odbierałem. Dałem mu do podbicia dwa polskie dokumenty podróży, bo oryginalnych paszportów Żydom nie dawano. Te papiery nazywały się „Dokumentami podróży w jedną stronę”… Przez 20 lat obowiązywał nas zakaz wjazdu do Polski. Czasem można było dostać wizę na pogrzeby rodziców, najwyżej na dwa–trzy dni. Słyszałem, że ktoś dostał prawo wjazdu do Rzeczpospolitej Polskiej Ludowej na cztery dni. Ale to przez pomyłkę. W historii świata czegoś podobnego nie było, żeby dziecko nie mogło odwiedzić swoich umierających czy chorych rodziców.

Zaopatrzeni w wizy 9 stycznia 1969 roku stoimy na dworcu kolejowym w Łodzi. Pani Jadzia, znajoma rodziców, przyniosła dla Inki rękawiczki. „Jest zimno, pani Inko, proszę wziąć” – powiedziała. Mojego ojca zobaczyłem po raz pierwszy w życiu płaczącego. Rodzice żony też ocierali łzy. Miałem wrażenie, że to ostatnie spotkanie, ale w głowie już miałem pomysły na opowiedzenie światu, co się stało w Polsce w 1968 roku, 23 lata po strasznej wojnie, w której zamordowano 90 procent polskich Żydów.

Wiedziałem już na promie do Szwecji, że dla polskich komunistów moja działalność na pewno nie będzie przyjemna. I tak się stało. Wkrótce po raz pierwszy na spotkanie ze mną przyleciał z Monachium do Sztokholmu legendarny dyrektor Rozgłośni Polskiej Radia Wolna Europa, Jan Nowak Jeziorański, żołnierz i dziennikarz. W Polsce mówią, że po polskim papieżu Janie Pawle II, Jan Nowak Jeziorański to druga tak ważna postać w historii powojennej Polski. Dostałem od niego propozycję pracy w Radio Wolna Europa, finansowanemu przez USA. Przyjąłem propozycję współpracy w roli korespondenta, ale ze Szwecji. Czy władza Polski komunistycznej chciała, czy nie, a na pewno nie, prawdopodobnie kilkaset tysięcy Polaków słuchało mnie późnymi wieczorami. Miły nie byłem.

Kiedyś transmitowałem mecze bezpośrednio z mistrzostw świata w hokeju na lodzie na Isstadionie w Sztokholmie w 1970 roku. Także ważny, bo wtedy najbardziej brutalny mecz w hokeju na lodzie Czechosłowacja–Związek Sowiecki. Po agresji ZSRR na Czechy mecz był najważniejszym wydarzeniem nie tylko dla Czechów.

Do Szwecji pojechaliśmy promem ze Świnoujścia do Ystad. W butach miałem schowane 25 dolarów. Bo oficjalnie można było mieć tylko 5. Za nami pozostał kraj dzieciństwa, szkolnych przyjaciół i płaczących rodziców. 9 stycznia 1969 roku stanęliśmy na tej nowej ziemi, na której mieliśmy przeżyć całe nasze życie. Okazało się one dobre i szczęśliwe. Przez 52 lata nikt nigdy nas nie obraził, nikt na nas nie napluł, nikt nam niczego nie zabrał, chociaż byliśmy i jesteśmy obcy, mówimy z obcym akcentem i wyglądamy przynajmniej nie na Skandynawów.

Czasem wspominamy – tak jak w tym tekście pisanym nocą, jesienią 2021 roku.

Modlitewnik mojego ojca, wydrukowany w Warszawie w 1920 roku, i mój Krzyż Kawalerski Orderu Zasługi Rzeczypospolitej Polskiej od prezydenta Polski w 2000 roku oraz odznakę Zasłużony dla Kultury Polskiej otrzymany w 1989 roku od ministra kultury oddałem do nowo powstającego Muzeum Holokaustu w Sztokholmie. Moje wnuki: Oscar – dziewięć lat, Hugo – jedenaście i dziewczynka Fany – dwa latka, nie mówią po polsku. Ich mama, lekarz pediatra, i tatuś, mój syn Mark urodzony w Szwecji, na pewno dadzą im poczytać to opowiadanie. Pijemy teraz jak wszyscy svensk kaffe i kupujemy lucy katter. Czasem wspominamy – tak jak w tym tekście pisanym nocą, jesienią 2021 roku.

Leszek (Leo) Kantor – nauczyciel akademicki, dziennikarz, reżyser filmów dokumentalnych. Od stycznia 1969 r. mieszka w Szwecji. W 1989 r. otrzymał order Zasłużony dla Kultury Polskiej, a w roku 2000 – Krzyż Kawalerski Orderu Zasługi RP. W 2008 r. Federacja Artystów Szwedzkich przyznała mu nagrodę główną za obronę praw człowieka i walkę z rasizmem.


Kategorie: Uncategorized

5 odpowiedzi »

  1. Strzegom – To miasto mojego dziecinstwa, ktore mile wspominam.
    Historyczne, malowniczo polozone, tylko w odleglosci
    12 km znajdowal sie najbrutalniejszy z obozow koncentracyjnych
    GROSS – ROSEN w ktorym wiezniowie pracowali w wykopywaniu
    kamieni granitu. Przy tak ciezkiej pracy czlowiek mogl przetrwac
    najwyzej trzy tygodnie.
    Miasto bylo w gruzach, ale przy pomocy amerykanskich donacji
    zorganizowano zydowski zlobek, przedszkole i wele fabryk np.
    spoldzielnie krawiecka, trykotarska i wiele innych. W ktorych nasi
    rodzice byli zatrudnieni.
    Zaden z Zydow Strzegomskich przetrwal wojne w Polsce. Byli to
    z przedwojennej Warszawy, Lodzi etc. Wszyscy mieszkalismy razem
    w jednej czesci miasta kolo TSKZ. To bylo miejce na wielogodzinne
    codzienne polityczne dyskusje, oczywiscie tylko po zydowsku,
    miejce gry oraz wyklady tygodniowe przez przyjezdzajacego pofesora
    do czasu jak zostal zamordowany w pociagu.
    Na ulicach slychac bylo dlugie i glosne rozmowy naszych rodzicow po zydowsku.
    Lubielismy chodzic do szkoly, szanowalismy naszych nauczycieli i oni nas.
    Nie doznalam zadnego antisemityzmu, ale w siodmej klasie kiedy nas byla
    troje zydowskich dzieci, Niemka uczyla nas polskiego. Wybrala czesc Pana
    Tadeusza, gdzie mowiono o brudnych Zydach, czytala to glosno, wolala nas
    Judasze i ciagle sie nas czepiala, to byla pani Wierciakowa.
    W szkole uczylismy sie jezyka i piosenek zydowskich, Warszawska nauczycielka
    pani Sonia, do terazniejszego dnia uczniowie pamietaja ja i co ich nauczyla, nawet
    zostali nauczycielami, tak byla lubiana – to moja mama.
    Bylismy na kazdym wystepie I.Kaminskiej, religijne zydowskie swieta spedzalismy
    z rodzina Kantorow, Pan Kantor byl bardzo religijnym.

    Strzegom, jest przykladem jednego z wielu miast polskich, skad Zydzi, ktorzy z wielkim
    szczesciem przetrwali wojne, ale jeszcze raz w wieku prawie 55 lat byli
    zmuszeni szukac nowej ojczyzny.

  2. Przypominam, że Natan Tenenbaum , spoczywa nie na cmentarzu Żydowskim w Sztockholmie a na blisko leżącym komunalnym, szwdzko protestanckim.
    Byłem tam na pogrzebie Natana, gdzie spoczywa jako zasłużony Polski Poeta Żydowskiego Pochodzenia..
    Może Leszek Kantor którego na pogrzebie Natana nie widziałem coś Wie o przeniesieniu pośmiertnym na cmentarz Żydowski…
    Ukłony z Netanya w Izraelu
    Jakub Hirschberg

  3. Pisze Israel Ignac Zylbersztajn
    Apropo Strzegom i….. moje pierwsze „spotkanie” Polski: Gdzies tam w lutym 1940r. rodzice „dotarli” na Ural z Bialystoku. Tam, na Uralu urodzilem sie pol roku pozniej. Teraz, tutaj bylismy…. Iwreje! Gdy w 1945r skonczyla sie wojna, nagle zmienil sie nasz status, teraz bylismy …Polaki! W poczatku 1946 roku, jeszcze byla zima (dokladnej daty nie wiem) „zaladowali” nas na pociag do bydlecych wagonow, wyscielonych sloma z zelaznym piecykiem wsrod wagonu i …w droge. Dzis mysle, z rodzice wiedzieli kierunek, do Polski, ale…dokad?Bylem dzieckiem, nie wszystko rozumialem, ale widzialem i pytalem….pamietam duzo szczegolow z owej „podrozy”. jak dlugo jechalismy….nie wiem, jednak pamietam ze nigdy, przez cala droge nie odlaczono lokowotywy od pociagu. Byly stacje,na ktorych pociag stal dzien i wiecej (mijaly tam rozne pociagi wojskowe i inne,ale…zawsze „parawoz rabotal”). Gdy ojciec biegl wdluz stacji po „kipitok” (graca wode), stala mama w dzwiach wagonu, strucnieta obawa, dopoki wracal. Nikt nie wiedzial celu tej jazdy, dokad jedziemy? Na pewnej stacji, nad ranem slyszelismy ze lokomotywa odjezdza, a my …(wagony) stoimy. Ludzie zaczeli przepychac sie w otwartych duzych dzwiach wagonu. Przepchnelem sie miedzy nimi do ojca, ktory tez tam stal. -„Papa, gdie my”- zapytalem ojca jedynym jezykiem ktorym wowczas rozmawialem. Ojciec odpowiedzial -„Nie znaju. Ja dumaju cto eto Polsza. Zdies piszyt …Strzegom. Uwidim?”. Krotko po tym wyszlismy z wagonow. Kazdej rodzinie przyznano zonierza rosyjskiego. „Nasz” zaprowadzil nas (pamietam ze nawet pomogl ojcu nosic nasza jedyna walizke) do miasta. Wprowadzil nas do domu (nie wiem oczywiscie adresu), otworzyl dzwi mieszkania na pierwszym pietrze, wprost schodow i powiedzial….-” Wajditie pazalysta”. Weszlismy do kuchni. Tam byl piec, w nim ognien, na nim duzy garnek z gotujaca sie woda. Po chwili powiedzial…”Nrawitsa? Eto waszyje!” i…wyszedl. Rodzice stali na miejscu oszolomieni. Ja zaczelem latac po kilka pokojowym mieszkaniu, otwierajac dzwi pokojow. W jednym z tych stanelem zaskoczony…..pokoj byl pelny roznymi zabawkami. Zapytalem rodzicow: -„Eta maje?” Takie zabawki….to tylko w przedszkolu, razem z innymi dziecmi, jedyna MOJA PRYWATNA zabawka to byla pilka z szmat, ktora zrobil mi ocjec\krawiec z odpadkow materjalow. W Strzegomiu bylismy bardzo krotko. Ojciec dostal prace w swym zawodzie w bliskim Dzierzoniowie. Po kilku dniach przeprowadzilismy sie ( woz z koniem, teraz …juz „mielismy dobytek”…wiecej jak „tamta” jedyna walizke). Tak\to byl nasz powrot. Nikt nas nie pytal dokad chcemy dotrzec.

  4. Wonderful to read your story. I am one of those students at a winter student camp where you and Natan were the „wychowawcy”. i remember those days fondly. Happy to have been a little speck in your life. Wishing you many joys to come. Rachela

  5. Jerry E pisze
    Bardzo ciekawy tekst. Pochodze z Dolnego Slaska, wiec opowieci o powojennej sytuacji tych ziem jest czescia mojej tozsamosci, do tego dochodzi los zydowski, wypedzenie w roku 1968 i rozpacz, która temu towarzyszyla. Wszystkich nie wyrzucili, a wielu Zydów szczetnie ukryla sie, tajac swe pochodzenie i nie ufajac nikomu. Szwecja to piekny kraj milych ludzi, dobrze, ze autor wlasnie tam trafil…

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.