Uncategorized

Ostatnia rozmowa z Irit.


HENRYK GRYNBER

„Wszyst­kie dziew­czyn­ki ży­dow­skie w za­sy­mi­lo­wa­nych do­mach sta­wa­ły wten­czas na krze­seł­ku z ko­kar­dą we wło­sach i de­kla­mo­wa­ły wier­szy­ki. Tak się ro­dzi­ce chwa­li­li przez zna­jo­my­mi: zo­bacz­cie, jakie pol­skie są nasze ży­dow­skie dzie­ci!” – opo­wia­da Irit Amiel w ostat­niej roz­mo­wie, któ­rej udzie­li­ła Agniesz­ce Piś­kie­wicz-Born­ste­in (Ostat­nie fa­stry­gi, Bi­blio­te­ka „Nar­ra­cji o Za­gła­dzie”, Wy­daw­nic­two Uni­wer­sy­te­tu Ślą­skie­go, Ka­to­wi­ce 2021). Oboje po­cho­dzi­my od ro­dzi­ców, któ­rzy „do swo­ich ro­dzi­ców będą mówić jesz­cze po ży­dow­sku, ale do dzie­ci już po pol­sku”. Mój dom był ko­szer­ny, a więc nie cał­kiem za­sy­mi­lo­wa­ny, lecz i mnie mama uczy­ła pol­skich wier­szy­ków i po­pi­sy­wa­ła się mną przed panią dzie­dzicz­ką. Dla­te­go mo­gli­śmy uda­wać nor­mal­ne pol­skie dzie­ci, a także – co naj­waż­niej­sze – „nie przy­cią­gać ka­pu­siów i szmal­cow­ni­ków, od któ­rych roiło się do­słow­nie wszę­dzie…”. ’

Ilustracja: Karolina Lubaszko

Oboje za­wdzię­cza­li­śmy też życie paru praw­dzi­wym lu­dziom – ona pol­skiej pani, która „bar­dzo pro­si­ła potem, żeby [o tym] nie mówić, broń Boże, ani słowa”, a ja i moja matka pani Ta­bo­ro­wej z Gro­cho­wa, któ­rej śladu (przy­pusz­czal­nie z tego sa­me­go po­wo­du) nie udaje mi się od­na­leźć. Przede wszyst­kim jed­nak ura­to­wał nas pol­ski język. Tu jesz­cze jedna istot­na uwaga: „naj­trud­niej było ukry­wać ży­dow­skie dziec­ko przed są­sia­da­mi, bo oni się bar­dzo in­te­re­so­wa­li, żeby za­ro­bić”. Może więc de­cy­du­ją­cym czyn­ni­kiem był nie tyle strach, o któ­rym tak wiele się czyta, co ra­czej pie­nią­dze. I drugi wnio­sek: szmal­cow­ni­cy czy­ha­li nie tylko na ulicy, lecz „do­słow­nie wszę­dzie”. „Je­stem bar­dzo po­dejrz­li­wa” – mówi. Ja też. Ten in­stynkt rów­nież po­ma­gał. Ona mu­sia­ła roz­stać się z ro­dzi­ca­mi, ja tylko z ojcem. W niej „żył żal o to roz­sta­nie”. Mnie kom­pen­so­wa­ła to roz­sta­nie matka, ale i we mnie „żyje” nie­ra­cjo­nal­ny żal do nich oboj­ga o roz­sta­nie z moim pół­to­ra­rocz­nym bra­cisz­kiem (patrz Miej­sce uro­dze­nia), który miał do nas cał­ko­wi­te za­ufa­nie i to jego ostat­nie ufne spoj­rze­nie mam do dziś przed ocza­mi.

Ura­to­wał nas język pol­ski

Oboje zna­leź­li­śmy się w War­sza­wie wio­sną 1943 roku. Wi­dzie­li­śmy i sły­sze­li­śmy „chłop­ców z placu Trzech Krzy­ży”, któ­rzy sprze­da­wa­li ga­ze­ty i pa­pie­ro­sy („pa­pie­ro­sy swo­ja­ki, pa­pie­ro­ooos!”) i wcale nie wy­da­wa­li się „po­dej­rza­ni” o to, że ucie­kli z getta. Ona spo­tka­ła ich parę lat póź­niej na dro­dze „do No­we­go Kraju”, a ja w opo­wie­ści Jó­ze­fa Zie­mia­na Pa­pie­ro­sia­rze z placu Trzech Krzy­ży. „Jak można być re­li­gij­nym po Za­gła­dzie? W ogóle tego nie ro­zu­miem” – wy­zna­je. „Nie ma żad­ne­go Boga, mu­sisz sobie ra­dzić sama” – do­da­je, bo „jakby Pan Bóg ist­niał, to by ra­to­wał Kor­cza­ka i jego dzie­ci!”. Dla mnie, pięć lat młod­sze­go, re­li­gia (ka­to­lic­ka) była schro­nie­niem. Skry­łem się w niej i nie chcia­łem wyjść (patrz Zwy­cię­stwo). Oboj­gu nam pod­su­wa­no za­stęp­czą wiarę świec­ką (Serce Ami­ci­sa, Nad czar­ną wodą Ha­li­ny Gór­skiej) – jej jesz­cze na kom­ple­tach w get­cie, mnie w dzie­cię­cym sa­na­to­rium zaraz po orgii śmier­ci. Deską ra­tun­ku był sy­jo­nizm, bo „je­dy­na lek­cja pły­ną­ca z Za­gła­dy jest taka, że Żydzi muszą mieć swój wła­sny kraj” i „być u sie­bie!”.

Żeby nie było „na świe­cie w ja­kim­kol­wiek kraju ta­kiej dziew­czyn­ki, która nie ma się gdzie schro­nić i dokąd uciec przed Tre­blin­ką…”. Ani ma­łe­go chłop­czy­ka, któ­re­go nie można ukryć. Ani matki z sze­ścio­let­nim dziec­kiem, któ­rzy jeż­dżą tram­wa­jem tam i z po­wro­tem, nie mając gdzie uciec przez go­dzi­ną po­li­cyj­ną i śmier­cią (patrz Ży­dow­ska wojna). Dla­cze­go by­li­śmy tak bez­bron­ni w tej woj­nie prze­ciw­ko nam? Bo nie by­li­śmy u sie­bie. Go­rzej, by­li­śmy na wro­gim te­ry­to­rium. Tylko u sie­bie można się na­praw­dę bro­nić, nawet bar­dzo długo, jak Izra­el. Ona usłu­cha­ła i po­szła za gło­sem tej wiary, a ja – za młody, by uciec – zo­sta­łem (patrz Zwy­cię­stwo). Ko­mu­nizm to też była wiara. Ule­głem, bo sy­jo­ni­ści wy­je­cha­li, a bez wiary nie dało się żyć. Jej wiara oka­za­ła się trwal­sza. Ona nigdy nie wy­ba­czy­ła świa­tu „tej orgii ży­dow­skiej krwi”. Ja też nie. Jak ona „nie mam za­ufa­nia do świa­ta”. Ani „złu­dze­nia, że jeśli cały czas będę czu­wać, to coś zmie­nię”. Ale czu­wam – jak ona czu­wa­ła – bo taki nasz obo­wią­zek.

Wy­szli­śmy „z Egip­tu: eu­ro­pej­skie­go, pol­skie­go”. Z nie­wo­li, która bywa cza­sem „wy­god­na” i „ob­łud­na aż do mdło­ści”. Co widać zwłasz­cza w Ame­ry­ce, i zwłasz­cza dziś. Mamy „ra­chun­ki” ze świa­tem, szcze­gól­nie z Eu­ro­pą, gdzie po mi­lio­nach Żydów zo­stał „nie­wy­obra­żal­ny ma­ją­tek: ka­mie­ni­ce, wille, skle­py, dział­ki, sady, place, per­skie dy­wa­ny, Rem­brand­ty…”. Nie mó­wiąc o kon­tach ban­ko­wych i zło­cie (Złote żniwaPłucz­ki, „re­cyc­ling”). Sa­me­go złota jest dosyć, by po­ko­chać za nie „Pa­le­styń­czy­ków”. A do tego nie­zli­czo­ne „czap­ki bez głów”, „bez­no­gie buty”, „bez­dziet­ne noc­ni­ki” „po­rą­ba­ne bez­dom­ne drzwi” (s. 81). Ona nie wzię­ła „żad­ne­go gro­sza ani z Nie­miec, ani z Pol­ski”. Ro­zu­miem jej bez­kom­pro­mi­so­wość, ale ja wzią­łem, bo to moje gro­sze, nie ich. Miała za złe jed­ne­mu z ro­do­wi­tych izra­el­skich przy­ja­ciół, że kupił volks­wa­ge­na-gar­bu­sa. A mój pierw­szy sa­mo­chód to był wła­śnie stary uży­wa­ny gar­bus, naj­lep­sze, co mo­głem kupić za swoją pierw­szą na­gro­dę li­te­rac­ką, i wy­obra­ża­łem sobie, jak Hi­tler się w gro­bie prze­wra­ca, że nie tylko prze­ży­łem go, ale jeż­dżę „jego” sa­mo­cho­dem. Zresz­tą i ona przy­zna­ła, że wojnę sze­ścio­dnio­wą „wy­gra­li­śmy nie tylko dzię­ki bo­ha­ter­stwu na­szych żoł­nie­rzy […], ale rów­nież dzię­ki [nie­miec­kim] od­szko­do­wa­niom, bo mo­gli­śmy kupić sa­mo­lo­ty, które zbom­bar­do­wa­ły lot­ni­ska wroga”.

W prze­ci­wień­stwie do mnie wcale się nie dzi­wi­ła temu, co „tam” się dzia­ło w 1968 roku. „Że nie­na­wi­dzą Żydów? Że chcą ich wy­rzu­cić? To cena za to, że w ogóle zo­sta­li tam aż do 1968 roku”. „Nie było dnia w moim […] dłu­gim życiu, żebym ża­ło­wa­ła, że wy­je­cha­łam z Pol­ski i żyję w Izra­elu […]. Kto lubi an­ty­se­mi­tów, niech sobie tam sie­dzi, gdzie go nie­na­wi­dzą…” – do­da­ła. Ja też nigdy nie ża­ło­wa­łem, że wy­je­cha­łem, ża­łu­ję tylko, że nie do Izra­ela, zwłasz­cza dziś, gdy świat znowu wpada w łapy skur­wy­sy­nów i moja przy­bra­na oj­czy­zna im­por­tu­je ży­do­żer­stwo z ca­łe­go – znów skur­wio­ne­go – świa­ta. Nie wiem, czemu ona twier­dzi, że „Pol­ska była, jest i po­zo­sta­nie nie­odwza­jem­nio­ną mi­ło­ścią Żydów”. Tak mó­wio­no o za­śle­pio­nej mi­ło­ści nie­miec­kich Żydów do Nie­miec. Pol­scy Żydzi, któ­rych ja zna­łem i znam, byli – i są – bar­dziej scep­tycz­ni. Szcze­gól­nie po 1942, 1946, 1968 i naj­now­szych la­tach. Oj­czy­zna wy­ma­ga „lo­jal­no­ści obu­stron­nej, tego, co Ame­ry­ka­nie na­zy­wa­ją two-way stre­et” – na­pi­sa­łem na okład­ce prozy pod ty­tu­łem Oj­czy­zna (War­sza­wa 1999) i tak samo wa­run­ko­wo trak­tu­ję moją obec­ną oj­czy­znę. Zga­dzam się, że dosyć wielu pol­skim Żydom „wy­da­je się, że są Po­la­ka­mi”, bo mnie też się cza­sem wy­da­je, ale ja nie ko­cham bez wza­jem­no­ści.

W prze­ci­wień­stwie do mnie wcale się nie dzi­wi­ła temu, co „tam” się dzia­ło w 1968 roku

Ucie­kła z Pol­ski, żeby „na końcu umrzeć w Izra­elu jako pol­ska pi­sar­ska jed­ne­go te­ma­tu”, czy ra­czej jed­ne­go do­świad­cze­nia. Jak ja w Ame­ry­ce. Gdy wy­da­ła dwu­ję­zycz­ny pol­sko-he­braj­ski tomik wier­szy Eg­za­min z Za­gła­dy, jej izra­el­scy przy­ja­cie­le się zdzi­wi­li: „Nie spo­dzie­wa­li­śmy się, że ty tak tym ży­jesz, tak to pa­mię­tasz, prze­cież za­wsze się śmie­jesz i opo­wia­dasz żarty”. Tak samo się zdzi­wi­ła i to samo mó­wi­ła do swo­ich ame­ry­kań­skich przy­ja­ció­łek moja matka: „He was al­ways such a happy boy…”. Tra­fi­li­śmy do tego sa­me­go nie­miec­kie­go wy­daw­nic­twa. I co? „W ze­szłym roku nie sprze­da­no ani jed­nej książ­ki, a w tym roku jedną. To pew­nie mój wnuk, który teraz tam po­je­chał z żoną [i] kupił”. Nie przej­muj się Iru­siu, ja od dawna po­dej­rze­wam, że Niem­cy – z po­czu­cia winy – ow­szem, pu­bli­ku­ją pol­ską czy pol­sko-ży­dow­ską li­te­ra­tu­rę, ale nie­ko­niecz­nie czy­ta­ją. Ró­że­wicz i Szym­bor­ska nie prze­kro­czy­li pu­ła­pu 600 sprze­da­nych eg­zem­pla­rzy, Po­piół i dia­ment An­drze­jew­skie­go osią­gnął 770, opo­wia­da­nia Iwasz­kie­wi­cza 690, Sól ziemi Wit­tli­na łącz­nie z ese­ja­mi i wier­sza­mi też 690, z czego się można łatwo do­my­ślić, że na­byw­ca­mi były te same bi­blio­te­ki i wy­dzia­ły sla­wi­sty­ki. Mi­łosz pobił re­kord: jego wier­sze w ciągu pię­ciu lat od Na­gro­dy Nobla ro­ze­szły się w ilo­ści 1 100 eg­zem­pla­rzy (patrz „Odra” 2020, nr 11).

Oboje nie lu­bi­li­śmy „ksią­żek fu­tu­ry­stycz­nych” i kry­mi­na­łów. Mnie się po­do­bał tylko film o astro­nau­cie, któ­re­go zo­sta­wio­no sa­me­go na Mar­sie i dał sobie radę ni­czym Ro­bin­son Cru­soe, a z kry­mi­na­łów se­rial Co­lum­bo, bo od po­cząt­ku wia­do­mo, kto po­peł­nił zbrod­nię, jak i dla­cze­go, po czym przy­cho­dzi nie­za­wod­ny de­tek­tyw i wszyst­ko to udo­wad­nia. Na py­ta­nie, czego za­mor­do­wa­ni ocze­ki­wa­li­by od jej oca­lo­ne­go życia, po­wie­dzia­ła: „Żebym się tym ży­ciem cie­szy­ła. Żebym je umia­ła do­ce­nić. Żebym zbu­do­wa­ła nową ro­dzi­nę i żebym opo­wia­da­ła do końca, co się dzia­ło…”. Wię­cej, „Żyd, który zo­stał przy życiu i nie spro­wa­dził na świat no­we­go po­ko­le­nia, nie od­ro­bił lek­cji”. Ona tę lek­cję od­ro­bi­ła, ja nie. Przy­zna­ła, że jej „ulży­ło po na­pi­sa­niu ksią­żek” i że przez to jest jej „lżej umie­rać”. Mnie nie, bo świat, który zo­sta­wiam, oka­zu­je się wcale nie lep­szy od tam­te­go, który za­sta­łem – który za­sta­li­śmy. Mnie nawet pi­sa­nie nie cał­kiem po­ma­ga: „za­sła­nia się tek­stem pod­tek­stem / jest tylko w sło­wach / które chęt­nie by oddał / za to żeby nie mu­siał / pisać tego co pisze” – wy­zna­łem w au­to­por­tre­cie za­ty­tu­ło­wa­nym Pi­sarz (w zbio­rze Dowód oso­bi­sty). „Ja całe życie mam po­czu­cie winy, że je­stem szczę­śli­wa” – wy­zna­ła. Ja nie mam po­czu­cia winy, bo nie je­stem szczę­śli­wy. Cie­szę się, że ona była.

„Wtedy, we wrze­śniu 1942 roku nie znam jesz­cze tego stra­chu, jaki od­czu­wam dziś” – po­wtó­rzy­ła za Je­rzym Ein­hor­nem. Ja też to mogę po­wie­dzieć – dziś, gdy znów ze wszech stron sły­szę szczu­cie i uja­da­nie. „Chcę umrzeć, wie­dząc, że u dzie­ci i wnu­ków, i w pań­stwie wszyst­ko jest do­brze” – po­wie­dzia­ła. Ja nie mam dzie­ci ani wnu­ków i wiem, że w moim pań­stwie nie­do­brze. Ale nie zga­dzam się, że Szoa (taka pi­sow­nia) „po­wta­rza się co dzień […] w Je­me­nie, Syrii, je­zydz­kich wsiach” i że „to się dzie­je cały czas wszę­dzie…”. Nie zga­dzam się, bo nie ma ta­kie­go rów­na­nia. Lu­do­bójstw było i jest wiele, ale coś ta­kie­go jak Szoa, Ho­lo­kaust, Za­gła­da zda­rzy­ło się jak dotąd tylko raz. Nie będę po­wta­rzał ty­sią­ca ar­gu­men­tów, które dawno już wy­ło­ży­łem, dodam tylko, że Żydzi w swej dłu­giej hi­sto­rii do­świad­czy­li wielu lu­do­bójstw, ale Szoa – dzię­ki Bogu (?) – tylko raz.

„Jeśli szu­kam róż­nic mię­dzy jej pi­sa­niem a po­krew­ną li­te­ra­tu­rą Ho­lo­kau­stu, widzę je przede wszyst­kim w rzad­ko gdzie in­dziej spo­ty­ka­nym po­czu­ciu hu­mo­ru, iro­nii i au­to­iro­nii, i przy całym cię­ża­rze tre­ści w fi­ne­zyj­nej, wspa­nia­łej lek­ko­ści stylu” – pisał Ta­de­usz Ny­czek w re­cen­zji z jej Au­to­bio­gra­fii. To samo ja bym po­wie­dział. „Irit, ja nie prze­czy­tam tej książ­ki, bo to mi spra­wia za wiele bólu. To mnie tak boli, że ja nie mogę na­ra­żać mo­je­go zdro­wia” – po­wie­dzia­ła jej ame­ry­kań­ska Ży­dów­ka, któ­rej przy­nio­sła an­giel­skie wy­da­nie tej książ­ki. Przy oka­zji do­wia­du­je­my się, że w Pol­sce nie­daw­no wy­co­fa­no jej opo­wia­da­nia z lek­tur szkol­nych. Czyż­by też ze wzglę­dów „zdro­wot­nych”?

„Skąd w oca­lo­nych bie­rze się siła, by żyć dalej” – pyta re­to­rycz­nie Marta Tom­czok pod ko­niec swo­jej książ­ki Irit Amiel. Życie (Wy­daw­nic­two Uni­wer­sy­te­tu Łódz­kie­go, Łódź 2021). Bar­dzo dobre py­ta­nie, na które można od­po­wia­dać w nie­skoń­czo­ność.

Kategorie: Uncategorized

1 odpowiedź »

  1. Jak zwykle, nasz nieoceniony Henryk.

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.