Uncategorized

   Opowiadanie pisane nocą


Leo Leszek Kantor

( Rzeczpospolita 2 stycznia 2022 )

„Życie można przeżyć tylko na dwa sposoby: 
albo tak, jakby nic nie było cudem,
albo tak, jakby cudem było wszystko.”

    

Strzegom, małe miasteczko na Dolnym Śląsku. Kiedyś niemieckie  Striegau, czterysta kilometrów od Warszawy.  Po II wojnie światowej mieszkało tam około dwustu rodzin żydowskich. Większość przyjechała z Rosji, z Syberii i z Uralu. Gdyby nie trafili w czasie wojny do Rosji, na pewno by nie przeżyli  wojny i antysemityzmu prawie we wszystkich krajach Europy. Żydów polskich było przed wojną około trzech i pół miliona. Przeżyło około dwieście tysięcy. Do Polski wróciło  około siedemdziesiąt tysięcy. Wielu przyjechało z żonami Rosjankami. Przyjechali na byłe niemieckie tereny, bo do swoich rodzinnych miast w Polsce nie było powrotu. Polacy przejęli już ich domy, meble, gospodarstwa i sklepy. Prawie każdy powrót do swojego domu mógł skończyć się śmiercią, Brutalnych mordów na Żydach było bardzo dużo. Pogromy odbywaly się w wielu miastach. W Lublinie, Rzeszowie, Częstochowie Białymstoku i innych miastach zabijano bez powodu. Najbardziej znane są Kielce z 42 zamordowanymi. W Krakowie zabito w 1946 roku 5 Żydów i spalono synagogę. W moim, poniemieckim miasteczku Strzegom, zabito czterech. Jednego Żyda, bo otworzyl salon fryzjerski, potem dwie  osoby, które poszły odebrać przyznany im dom pod miastem. Ich dwoje dzieci, które przeżyły na szczęście wysłano potem do domu dziecka w Izraelu. Chorą kobietę zabito nożem w łóżku, kiedy jeszcze spała, choć nic wartościowego w domu nie miała. Milicja złapała młodego mordercę i zastrzeliła go bez sądu w ruinach miasta. Córka zamordowanej, dzisiaj profesor chemii w Izraelu, nigdy nie odwiedziła Strzegomia, mimo że bywa z wykładami w Polsce.

Niemcy wyjeżdżali, pozwalano im zabrać tylko trochę własnych rzeczy. Zostawiali swoje mieszkania, zawsze posprzątane, czyste i wszystko ułożone tak jakby za chwilę mieli do nich wrócić. My, dzieci żydowskie i polskie zachwyceni byliśmy pozostawionymi rowerkami, sankami, nartami i łyżwami. W naszym mieszkaniu, kiedyś Wilhelmstrassse 31, a wtedy już Feliksa Dzierżyńskiego 31, po dawnych właścicielach zostało pianino marki Ed Seiler. Moja mama, rosyjska Żydówka,  grała na tym niemieckim instrumencie romanse rosyjskie. Latem przy otwartych oknach mieszkania, ludzie przystawali słuchając jej pięknej gry.  

Nie wyjechała ze Strzegomia Niemka, Lusia Videra i jej dwie córeczki. Lusia nie potrafiła się zapakować. Zwariowała, kiedy dowiedziała się, że jej męża, niemieckiego żołnierza, zabito w Rosji pod Stalingradem. Straciła mowę, bełkotała, żyła ze sprzątania i mycia podłóg w żydowskich i polskich domach. Cały rok, nawet latem, chodziła w ciepłym, czarnym płaszczu z kołnierzem z lisa. Myła podlogi w butach na wysokich obcasach i   zawsze miała pomalowane czerwoną kredką usta Jej dwie córeczki w naszym wieku, sześć i siedem lat, stały z boku, bo nie miały odwagi podejść do żydowskich  i polskich dzieci.

Nas, dorośli, całowali, gładzili po główkach, dawali cukierki  „Oj, mówili, jakie ładne dzieci uratowały się mimo tej strasznej wojny”. Wszędzie   były gruzy po zniszczonych, pięknych niegdyś kamienicach. Miasto zburzono w siedemdziesięciu procentach. Strzegom dwa razy przechodził z rąk niemieckich do rosyjskich, bo w pobliżu, w lesie, była fabryka broni  i letnia kwatera Hitlera. Wyciągaliśmy z gruzów pordzewiałe karabiny i bawiliśmy się w wojnę. Niemcy mieli napada, a my strzelać  do nich z tych pordzewiałych karabinów, które kiedyś naprawdę zabijały ludzi. 

Żydzi szybko zorganizowali od nowa swoje życie. Powstała podstawowa  szkoła żydowska, z językiem idisz, przedszkole,  dom kultury i przychodnia lekarska. Kilka kilometrów od miasta założono kibuc. Każdego wieczora,  pod naszym domem, gdzie była tam  latarnia gazowa, odbywały się do żarliwe dyskusje. Zostać czy jechać dalej, do Izraela, Ameryki albo Kanady Po pogromie kieleckim i krakowskim, ale też wielu morderstwach, o których wieść szybko się niosła,  dużo  rodzin zaczęło się pakować. Pewnego dnia w 1947 roku, mój ojciec przyniosł paszporty na wyjazd do Izraela. Mama zaczęła płakać, że już  nigdy nie zobaczy swojej matki, i dwóch braci w  Charkowie, ktorzy przeżyli wojnę. Ojciec oddał więc paszporty, a potem z kilkoma religijnymi Żydami założył na parterze dom modlitewny. W każdą sobotę modlili się tam Żydzi i mieli nawet piec do pieczenia macy. 

Po szkole podstawowej rodzice wysłali mnie do Technikum Budowy Silników Lotniczych we Wrocławiu. Mieszkałem  tam w internacie, a na sobotę i niedzielę wracałem do Strzegomia. Nie był to radosny czas dla mnie.  Technika mnie nigdy nie interesowala, ale matka mówiła że muszę na wszelki wypadek mieć dobry zawód,  bo nie wiadomo jaki będzie nasz los. Kolejne fale Żydów odpływały  w świat, do Izraela, Kanady, USA i Australii. Kraje Europejskie rzadko dawały wizy wjazdowe, niektórzy jechali więc do Niemiec, ale tylko jeśli mieli niemieckie pochodzenie, mogli otrzymać obywatelstwo. Mój ojciec taką alternatywę wykluczał, chociaż doskonale mówił po niemiecku. 

W internacie, i w calej mojej szkole na dwieście  uczniów byłem jedynym, żydowskim  dzieckiem. Kiedyś podszedł do mnie bardzo wysoki kolega, a ja byłem najniższy w naszej klasie, i powiedział:  ”Kantorek, dla ciebie będzie dużo lepiej   jak się  będziesz nazywał Leszek”. Od tej pory noszę  dwa imiona Leo i polskie Leszek. Jak Leszek Biały czy Czarny. Kiedy zrobiłem maturę, wybrałem filologię słowiańską na Uniwersytecie Opolskim. Po studiach, zostałem tam wykładowcą literatury i języka rosyjskiego. Młodzież studencka była z małych miasteczek, dziewczyny chodziły cały rok w tej samej  sukience. Originalne dzinsy i kurtkę  miałem, tylko ja bo wujek Szlojme przysłał mi je z Izraela. Kolegom dawałem je czasem ponosić, ale tylko jeśli mieli ważne randki. Założyłem w Opolu klub studencki „Skrzat”, który istnieje do dzisiaj i kabaret literacki. Pisałem teksty piosenek, a Włodek Grecznik z Legnicy pisał muzykę. Umarł kilka  lat temu w Lundzie. 

W pamiętnym roku 1968 wyrzucono z pracy dziesięciu  nauczycieli akademickich w tym wszystkich czterech profesorów żydowskiego pochodzenia. Mnie i innych specjalna komisja przepytywała dwie godziny o wszystko, by na koniec stwierdzić: „Zwalniamy pana za ukryte pochodzenie”. Późną jesienią 1968 roku pojechałem pożegnać się ze Strzegomiem, posiedziałem na rynku,   poszedłem pod swój dom,  a potem ruszyłem do Opola,  miasta  moich studiów. Kochałem te miasta, byłem w nich szczęśliwy, jeśli  Żyd w tych czasach mógł być szczęśliwy. Poszedłem na uniwersytet, ale już nikt do mnie nie podszedł, nikt się nie przywitał. Tylko pani Sasowa  na portierni,  starsza, miła pani, zapytała  „Panie Leszku, gdzie pan teraz będzie mieszkał?” Odpowiedzialem, że jeszcze nie wiem. W Szwecji, jak tylko rozpakowałem walizki, wysłałem jej widokówkę ze Sztokholmu. Na Uniwersytecie Opolskim pół wieku później miałem wykład honorowy. Na sali bylo 250 studentów. Były brawa, i kwiaty. Wybrałem temat „O potrzebie tolerancji”

W końcu 1968 roku, kiedy żona zdała ostatni egzamin na Akademii Medycznej w Łodzi, popatrzyłem na mapę Europy. Jaki kraj jest najbliżej Polski, aby nie być zbyt daleko od tych, którzy zostawali w Polsce. Moja piękna matka zmarła mając 48 lat, kiedy latem, w lipcu 1968 roku, wyrzucono ją z pracy za pochodzenie. Ojciec zostawał w Polsce  z moim młodszym bratem. Wybraliśmy Szwecję także dlatego, aby być blisko rodziców mojej żony Inki. Dwoje schorowanych, ciężko pracujących ludzi. Zostawiać ich samych było ciężko, ale  dla nas nie było wyjścia. Wyjeżdżali wszyscy młodzi ludzie, a znałem ich setki, bo wiele lat pracowałem na letnich koloniach żydowskich dla dzieci, a potem na obozach dla studentów żydowskich. Kiedyś w na obozie zimowym dla studentów w Jagniątkowie,  kiedy wszyscy wrócili do domów, zostałem ze znakomitym poetą  Natanem Tenenbaumem, aby zlikwidować obóz. Staliśmy przy oknie,  padał śnieg. Zapytałem Natana czy wyjeżdżamy, czy nie,  bo nikt nie chce zostać w Polsce. Odpowiedział:  ”Może i bym wyjechał, ale boję się, że mi będzie brakować tego śniegu”. Czasem w Szwecji, jak napadało dużo śniegu, dzwoniłem do niego z pytaniem, czy mu nie brakuje śniegu. Zmarł w 2020 roku w Sztokholmie i pochowany jest na cmentarzu żydowskim. Zostało po nim parę tomików pięknych wierszy po polsku. Nigdy nie tłumaczonych na język szwedzki.

Konsulat  Szwedzki odpowiedział w czasie brutalnej nagonki antysemickiej w Polsce, że nie dadzą nam wiz emigranckich. Pojechalem więc do ambasady Danii. Po tygodniu przyszło zawiadomienie, że można przyjechać  po wizy. Byly to dwie pierwsze wizy emigracyjne dla polskich Żydów. A niedługo potem  wiadmość z ambasady szwedzkiej, że jednak możemy dostać wizy wjazdowe do Szwecji. „Brakuje nam w Szwecji dentystów”  dopowiedział  konsul,  kiedy je odbierałem.  Dałem do podbicia dwa polskie dokumenty podróży, bo oryginalnych paszportów Żydom  nie dawano. Papiery te nazywały się „Dokumentami podróży w jedną stronę”. Zakazy powrotu  do Polski,  obowiązywały nas  przez 20 lat. Bardzo rzadko, najwyżej na dwa, trzy dni można było dostać wizę na pogrzeby rodziców. Ktoś dostał prawo wjazdu do Rzeczpospolitej Polskiej Ludowej na cztery dni, ale to przez pomyłkę. W historii świata nie było czegoś podobnego, aby dziecko nie mogło odwiedzić umierających czy chorych rodziców.

Dziewiątego stycznia 1969 roku stoimy na dworcu kolejowym  w Łodzi. Pani Jadzia, znajoma rodziców,  przyniosła dla Inki rękawiczki. „Jest zimno, pani Inko proszę wziąć,  powiedziała”, Mojego ojca zobaczyłem wtedy  płaczącego. Po raz pierwszy w życiu. Rodzice żony też ocierali łzy, a ja już miałem w głowie pomysł na opowiedzenie światu, co się stało w Polsce, dwadzieścia cztery lata po wojnie, w której zamordowano dziewięćdziesiąt procent polskich Żydów. Już na promie do Szwecji, wiedziałem, że dla komunistów polskich moja działalność na pewno nie będzie przyjemna. I tak się stało. Wkrótce przyleciał  z  Monachium do Sztokholmu legendarny dyrektor Rozgłosni Polskiej Radia Wolna Europa, Jan Nowak Jeziorański, żołnierz i dziennikarz. Mówi się, że po polskim papieżu,  Jan Nowak Jeziorański, to druga tak ważna postać w historii powojennej Polski. Po naszym spotkaniu, dostałem  propozycję  pracy w Radio Wolna  Europa  w Monachium. Z radością ją przyjąłem, zastrzegając jednak, że chciałbym mówić ze Szwecji. Czy władza Polski komunistycznej tego chciała czy nie, prawdopodobnie setki tysięcy Polaków słuchało mnie późnymi wieczorami. Z tego, co pamiętam, miły nie byłem. W 1970 roku w Sztokholmie transmitowałem bezpośrednio najważniejszy mecz z  mistrzostw świata w hokeju. Była to brutalna walka między drużynami Czechosłowacji i Związku Sowieckiego. Po agresji Rosji na Czechy, ten mecz  był  najważniejszym wydarzeniem dla całej Europy.

Do Szwecji pojechaliśmy promem ze Swinoujścia do Ystad. W butach miałem schowane 25 dolarów. Oficjalnie można było mieć ich tylko 5. Za nami kraj dzieciństwa, szkolnych przyjaciół  i płaczących  rodziców.  10 stycznia 1969 roku stanęliśmy na nowej ziemi, na której przeżyjemy całe nasze życie, które okazało się szczęśliwe. Przez 52 lata nikt nigdy nas nie obraził, nikt na nas nie napluł, nikt nam niczego nie zabrał, chociaż byliśmy i jesteśmy obcy,  mówimy z obcym akcentem i nie wyglądamy na Skandynawów. Modlitewnik mojego ojca wydrukowany w  Warszawie w 1920 roku,  mój  Krzyż Kawalerski Orderu Zasługi Rzeczypospolitej Polskiej od prezydenta Polski w 1989 roku  oraz order „Zasłużony dla kultury Polski” od Ministra Kultury, oddałem do nowo powstającego Muzeum Holocaustu w Sztokholmie. 

Moje wnuki, Oscar dziewięć lat, Hugo jedenaście i dwuletnia dziewczynka Fany, nie mówią po polsku. Ich  mama, lekarz pediatra i tatuś, mój syn Mark, urodzony w Szwecji,  na pewno dadzą im kiedyś przeczytać tę moją opowieść. Pijemy teraz jak wszyscy svensk kaffe i kupujemy lucy katter. Czasem wspominamy,  jak ja teraz, w słowach, pisanych nocą,  jesienią 2021 roku.


W srodku Adolf Martin Borman syn chrzestny Adolfa Hitlera na dysusji o tolerancji w Sztokholmie 1985 r.
Krawiecka Spoldzielnia  Żydowska w Legnicy 1955 r.

Pożegnanie na dworcu, Daszkiewicz ze swoją dziewczyną Warszawa 1969 r
Żydzi w Strzegomiu 1960
Porzadkowanie cmenatarza zydowskiego w Strzegomiu  2016 r.

Kategorie: Uncategorized

7 odpowiedzi »

  1. Nie odpowiem co tak ak jak trzeba bo niechcę zaśmiecać tych stron z wspaniałymi artykułami. Ale poproszę żebyś ty i twoja malżonka zapomnieli mnie i moje nazwisko. Artykuł Opowiadanie pisane nocą wydrukowano w noworocznym wydaniu gazety Rzeczpospolita z zajawką na pierwszej stronie.Przy okazji wspominam Twoją mamę, przemiłą kobietę otwierała nam wychowawcom jak dzieci już spaly kuchnię żebyśmy sobie podjedli. I w końcu już zostawcie mnie w spokoju, mam 82 lata i nie najlepsza kondycję. A Wam życzę zdrowia.

  2. Też byłem niegdyś mieszkańcem Świdnicy i okolic. Nie mniej co do faktów, także późniejszych dziejów, to tutaj przeważają fantazje i nierzetelność prawie w każdym zdaniu.Nie umniejszając zasług osobistych, nie małych, widzę tutaj, wzorowaną na PIS-ie, nowo politykę historyczną!!!

  3. Natan T. zmarł 6 lat temu, nie w 2020. Pochowano go nie na, a tuż obok
    Żydowskiego Cmentarza w Sztokholmie. Byl twórcą, z myslą o polskojęzycznych,
    ”jedynego polskiego kabaretu między Łabą a Uralem”. Mało kto go odwiedzał
    w ostatnich latach życia. Najczęściej poza najbliższą rodziną jego wierny,
    do samego końca oddany przyjaciel Jurek Sychut.

  4. Bardzo interesujące wspomnienia. Moja rodzina repatriawała się z ZSRR w 1958 roku. Zakwaterowali nas w Świdnicy Śląskiej, która jeśli dobrze pamiętam, leży 11 km od Strzegomia. Pojechalem raz ze Świdnicy do Strzegomia na rowerze by odwiedzić moją siostrę która była tam na obozie zorgonizowanym przez TSKŻ w Swidnicy.

  5. Masz racje Benio, antysemicka i antyizraelska Pozdrawiam L.Kantor

  6. Szwecja w teraźniejszych czasach jest więcej Antysemicka niż Polska

  7. Ostatnio plakalam 16 lat temu po smierci mego meza, majac 90+ nie mam juz les, lecz kiedy pani Sasowa zapytala Leszka „a gdzie pan teraz zamieszka?” nie wytrzymalam, zalkalam odruchowo.

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.