Uncategorized

O Żydzie, który urodził się w stajni jak Jezus

- Opiekowałam się nim, jak umiałam - opowiada Wanda Myszka. - Krowę doiłam, a Edzio stał z kubeczkiem i takie mleko prosto od krowy pił. Teraz mówi na mnie 'mleczna siostra' przez to mleko. Na zdjęciu z Édouardem w 1984 r.

– Opiekowałam się nim, jak umiałam – opowiada Wanda Myszka. – Krowę doiłam, a Edzio stał z kubeczkiem i takie mleko prosto od krowy pił. Teraz mówi na mnie 'mleczna siostra’ przez to mleko. Na zdjęciu z Édouardem w 1984 r. (Archiwum rodzinne)

Szczepan boso wyleciał przed dom i wrócił z przemarzniętą poduszką. „To nie koty!” – krzyknął. Zapalili lampę, rozwinęli becik. Patrzą – chłopczyk.

„Bóle się zaczęły wieczorem, kiedy noc zapadła. Zmuszona byłam zejść za pomocą drabiny ze strychu i udać się do stajni, gdzie się położyłam na wyścielonej słomą ziemi, bez pościeli i bez nakrycia. Obok mnie odpoczywały dwie krowy, naprzeciwko koń. Nad moją głową siedziało ptactwo domowe, wypuszczając na mnie od czasu do czasu kał. Krowy nie przestały kopać”.

Był 4 stycznia 1944 roku. Chałupa Adama Kokoszki, rolnika z podtarnowskiej wsi Dulcza Mała, była drewniana i miała dwie izby. Przylegała do niej mała stajnia.

Ludwik był jednym z siedmiorga dzieci gospodarzy, miał wtedy 10 lat. Siedzimy na podwórku jego domu. Nowego, bo tamten został zburzony przez Niemców. – Matka była przy Heli porodzie – opowiada. – Hela płakała, że się boi. Matka gada: „Ja siedem dzieci urodziłam i się nie bałam”.

Po kilku godzinach Hela urodziła zdrowego chłopczyka. Matka Ludwika odcięła pępowinę sekatorem, wykąpała noworodka i owinęła w poduszkę z puchu. Około drugiej w nocy mąż Heli, Abraham, wziął dziecko i z gospodarzem poszli polnymi drogami do domu Józefa Balczyniuka. Śnieg od mrozu skrzypiał pod butami.

Balczyniuk, zwany we wsi Francuzem, bo pracował we Francji, dopiero co stracił synka. Jak wspomina Wanda Myszka, jego córka, 10-miesięczny Edzio zachorował na dyfterię, czyli ostre zakażenie dróg oddechowych, i w listopadzie 1943 roku zmarł. – Ojciec strasznie po nim rozpaczał.

Mężczyźni położyli dziecko pod oknem, na narąbanym drewnie, i po cichu wrócili.

W domu Balczyniuków, w jednym pomieszczeniu, mieszkali: gospodarz, jego żona Zofia, nieślubna córka Zofii Janina, ślubna córka obojga Wanda, brat żony Szczepan Ptak i jego narzeczona Katarzyna. W środku nocy obudziło ich kwilenie. – Wujek mój, Szczepan, spał przy oknie – opowiada Wanda. – Mama mówi: „Ty, Szczepan, powyganiaj te koty, bo się drą”. Szczepan boso wyleciał przed dom i wrócił z przemarzniętą poduszką. „To nie koty!” – krzyknął. Zapalili lampę, rozwinęli becik. Patrzą – chłopczyk. Mama miała ciuszki z tamtego, co zmarł. Od razu go przewinęła. I tak drugi Edzio wszedł na miejsce pierwszego. Tak się zrobiło, jakby tamten nie umarł.

„Nazajutrz, w niedzielę rano, nasz wieśniak Kokoszka udał się do kościoła w Radomyślu. Balczyniuk zauważył Kokoszkę, zaprosił do domu, żeby mu pokazać dziecko, które mu podłożono tej nocy. Przekonany był, że Bóg mu posłał inne dziecko na miejsce synka, który niedawno umarł” – zapisała Hela po wojnie w pamiętniku.

Radomyśl

Hela Garn była Żydówką z Radomyśla Wielkiego. W rynku jej rodzina miała kamienicę i sklep z tkaninami. W podtarnowskim miasteczku mieszkało więcej Żydów niż katolików. „Nie było antysemityzmu. Polaków było mało, ale relacje nie były złe. W szkole miałam kolegów, którzy nie byli Żydami, i często byłam do nich zapraszana. Być może lubili mnie zapraszać, ponieważ byłam najlepsza w klasie” – opowiadała po wojnie Hela w wywiadzie dla Fundacji Shoah.

– Ze mną do klasy chodziła Cerla, razem my siedziały – opowiada Wanda Myszka. – Jej matka miała cukiernię i ona mi cukierki przynosiła. To były przedobre ludzie. Nie robili Polakom krzywdy, Polacy im też nie.

Ani Hela, ani Wanda nie mogły pamiętać, ale po I wojnie w Radomyślu zdarzały się rozruchy antyżydowskie. Chłopi napadali na stoiska żydowskich kupców i rabowali ich towary. Ataki te miały być skutkiem lichwy i podnoszenia cen przez handlarzy.

Gdy wybuchła wojna, Hela miała 18 lat. Niemcy wkroczyli do Radomyśla i od razu zaczęli prześladowanie Żydów. Szwagier postanowił wydać ją za mąż, by miała opiekę. Hela: „Przedstawiono mi szarmanckiego chłopca, wysokiego i przystojnego, spodobaliśmy się sobie od pierwszego wejrzenia”.

Abraham był inżynierem chemikiem w fabryce kosmetyków w Tarnowie. Wkrótce Hela wzięła z nim ślub, tylko religijny, w domu.

Rzeź

19 lipca 1942 roku miała nastąpić deportacja Żydów z Radomyśla. Hela, jej mąż i rodzice ukryli się na strychu domu Tomasza Szczurka w pobliskiej Żarówce. Hela: „Tydzień przedtem powierzyliśmy Szczurkowi wszystkie nasze dobra: towar bławatny, który się nam udało ukryć z naszego sklepu. Wszystkie nasze meble, bieliznę i odzież”.

W niedzielę o świcie Radomyśl został okrążony przez SS, gestapo i granatową policję. Zdolnych do pracy Żydów załadowano na furmanki i zawieziono do getta w Dębicy. Potem większość z nich została zamordowana, a niedobitki wywieziono do obozu na Majdanku. Pozostałych przewieziono na kirkut; były to głównie kobiety, dzieci i starcy. Po rozebraniu się ofiary podchodziły po pięć osób do dołu, klękały przed nim, a gestapowcy z bliskiej odległości strzelali im w głowę. Żydzi wpadali do grobu i natychmiast byli zasypywani wapnem. – Aż się ziemia podnosiła na drugi dzień, falowała – wspomina Wanda Myszka. – Opowiadała mi o tym moja koleżanka, co tam mieszkała. Ci Żydzi możliwe, że jeszcze żyli.

Tego dnia Niemcy rozstrzelali 700 Żydów. Egzekucja trwała do nocy; pod koniec pijani Niemcy oświetlali sobie ofiary latarką. „Pielachowa, żona komendanta policji w Radomyślu, przyglądała się razem z córką egzekucji wykonanej na cmentarzu żydowskim. Gdy dziecko Pielachowej omdlewało na widok przelewanej krwi, pani komendantowa zachęcała je do patrzenia na tak cudny, niecodzienny widok” – zeznawała po wojnie Żydówka Berta Lechtig.

Dwa lata później Stanisława Pielach zostanie matką chrzestną małego Żyda, który urodził się w stajni Kokoszków.

Jezus nie wybaczy 

Po wojnie Hela pisała, że większość Żydów, którzy ukryli się w domach polskich gospodarzy, została z nich wypędzona jeszcze w dniu deportacji. Zostali ograbieni ze wszystkiego, co posiadali, włącznie z odzieżą.

19 lipca od rana od strony miasta dochodziły huki wystrzałów. Hela i jej mąż poprosili Szczurkową, by poszła do Radomyśla dowiedzieć się, co się dzieje. Gospodyni wróciła po południu spanikowana. Opowiedziała o zabijaniu i wywożeniu Żydów. „Nagle zaczęła drżącym głosem nam tłumaczyć, że boi się nas dłużej przechować, ponieważ w kościele podczas kazania ksiądz ich uprzedził, że się przygotowuje kontrola wszystkich domów we wsiach”. A wszelka pomoc Żydom była karana śmiercią.

Gospodyni kazała im natychmiast opuścić dom. Hela: „Zaczęliśmy płakać, modlić się, nawet szantażować. Nie prosiliśmy, żeby nas dalej ukrywali, bo już się baliśmy i nie mieliśmy zaufania. Prosiliśmy, żeby pozwolili nam zostać do wieczora”. Gospodarze byli nieugięci, ale gdy Hela powiedziała, że „Jezus Christus nigdy im nie wybaczy tego okrucieństwa”, pozwolili zostać do wieczora.

Potem przewodnik przeprowadził ich za opłatą drogą dla bydła do getta w Tarnowie, gdzie była rodzina Abrahama. W getcie Hela szyła mundury dla SS. Abraham codziennie szedł 10 kilometrów do Mościc wyładowywać cement z pociągów. Pod podłogą zbudowali schowek dla rodziców. Cudem udało im się przetrwać dwie wywózki. Jednak pewnego dnia, gdy Hela i Abraham wrócili z pracy, w piwnicy nie było nikogo. „Mego stanu nie można opisać. Dwuletni wysiłek, aby utrzymać przy życiu rodziców i moją siostrę z rodziną, jak długo będę sama przy życiu, nie służył na nic…”.

500 ZŁ za głowę

Przeskakując drut kolczasty, uciekli z getta. Rozpoczęły się tułaczka po lasach, zimno, deszcz i głód. Hela z rozpaczy chciała się zgłosić na policję, by dłużej nie cierpieć. „Nikt nas nie chciał wpuścić. Na wybrzeżu wioski [Dulczy Małej] naprzeciwko lasku znajdowała się stara chata. Stąd uboga wieśniaczka odpowiedziała na nasze błagalne słowa w środku zimnej nocy. Widząc nas drżących z zimna, wpuściła nas po tym, kiedy jej zaproponowałam dużą sumę pieniędzy”.

Gospodyni pozwoliła im się ogrzać koło krowy w stajni. Hela: „Mogła nas wydać Niemcom, denuncjacja była płatna 500 zł za każdego żyda. Mogła nas również wyrzucić. Niebezpiecznie było przechowywać żydów”. Mieszkali u niej przez tydzień. W niedzielę, gdy rodzina udała się do kościoła, Hela i Abraham weszli do pokoju, by się umyć. Nagle przez okno zobaczyli sąsiadkę, która mieszkała naprzeciwko. Musieli uciekać tej samej nocy. A następnego dnia przyszła policja i przeszukała całą chatę.

Dotarli do kolejnego domu przy lesie. Żona gospodarza Adama Kokoszki rozpoznała Helę: „Powiedziała: »Czy nie jesteś ze sklepu w Radomyślu?« – opowiadała Hela Fundacji Shoah. – Wpuściła nas do środka i umieściła na strychu. Nie chciała pieniędzy, które jej od razu dawałam. Powiedziała: »Idźcie odpocząć, zobaczymy rano«”.

Ukrywali się u Kokoszków przez cztery miesiące. – Siedzieli w szopie. W nocy spali na strychu. Wszystko zjedli, co im dał. Byli głodni – mówi Ludwik, syn gospodarzy.

– Dwa, trzy razy na dzień byli na dole w domu – dodaje Stefania Soja, jego starsza siostra. – Niedługo, bo mama się bała, by ktoś nie podejrzał i nie naskarżył.

– Obok mieszkał sąsiad – opowiada dalej Ludwik. – Gadał: „Wy macie pieniądze za Żydów, a my nie mamy nic”. Zazdrościł.

Pewnej niedzieli, znów korzystając z tego, że gospodarze poszli do kościoła, Hela i Abraham weszli do kuchni. Nagle rozległo się pukanie. „Usłyszeliśmy kobiecy głos: »Nie chowajcie się, ja was widziałam, jeżeli chcecie, żeby was nie wydać policji, trzeba mi zapłacić«”. Kokoszkowa domyśliła się, że to sąsiadka, bo nie było jej na mszy. Dali jej natychmiast pieniądze. Ale następnego dnia, gdy Ludwik szedł do szkoły, zawołała go inna sąsiadka. – Gada: „Jak macie Żydów, powiedz mamie, niech uciekają, bo przyjdą Niemcy” – opowiada syn Kokoszków. – Mąż jej był sołtysem, to wiedział. No i się wróciłem biegiem do chałupy, powiedziałem mamie i Żydy uciekły.

W nocy wpadła policja radomyska z Janem Pielachem, komendantem, na czele. – Pukają: „Gdzie wy Żydów macie?” – opowiada Ludwik. – Ojciec: „Żydów nie ma”. A oni: „Nie cygań”. Zaczęli szukać. Nic nie znaleźli. Ojca wzięli do Radomyśla, prowadzili go kilka kilometrów i kolbami bili.

– Dzieci płakały, bo tatę wzięli – dodaje Stefania Soja. – Myśleli, że go zabiją. Później ojciec przyszedł, ale taki pobity był…

Dom pod ziemią

Po ucieczce od Kokoszków Heli i Abrahamowi udaje się dostać do obozu pracy Bäumer und Lösch obok Mielca, ale po kilku tygodniach stamtąd też muszą uciekać. Ukrywają się w lesie. W najbardziej niedostępnym miejscu budują sobie dom pod ziemią. Jest połowa lipca 1943 roku, Hela jest bardzo chora. „Musieliśmy szukać jedzenia. Na początku chodziłam ja, prawie na czworakach, bo wszystko mnie bolało. W odległości dwóch, trzech kilometrów znalazłam dom. Chłop, do którego się zwróciłam, z litości sprzedał mi chleb i mleko. Zapytałam, czy mogę przychodzić częściej, odpowiedział mi, że tak, raz na tydzień”. Gdy zaczęło mocno padać, deszcz zalał ich kryjówkę. „Moja choroba się coraz bardziej pogarszała, gorączka pożerała moje siły, nie mogłam się poruszyć, zmienić miejsca, aby szukać żywności. Czułam, że moje życie się kończy”.

Zdesperowani postanowili jeszcze raz szukać ratunku u poprzedniego gospodarza. „I kiedy noc zapadła, wróciliśmy do Kokoszki, który nas ucałował – opowiadała Hela. – Był szczęśliwy, że nas widzi, ponieważ oni byli pewni, że zostaliśmy zastrzeleni”.

Okazało się, że Hela nie jest chora, tylko jest w ciąży. „Chłopka, która zobaczyła, że zmieniłam się na twarzy, miałam brzuch, zapytała: »Oczekuje pani dziecka?«. Powiedziałam: »Nie wiem«”. Ale Kokoszkowa oceniła, że to szósty miesiąc. Hela wpadła w depresję: „Jakby nasz worek cierpień nie był jeszcze do tego czasu pełny…”. Nie wiedzieli, co zrobią z noworodkiem, ukrywanie go na strychu było niemożliwe. Kokoszkowa też bała się zagrożenia, ale „była z natury uczulna. Jej serce nie pozwoliło nas wydalić z domu w moim stanie”.

Ustalili, że po porodzie podrzucą niemowlę do domu Józefa Balczyniuka, sąsiada. Wierzyli, że zrozpaczony po stracie synka rolnik przygarnie noworodka. Tak też się stało. Balczyniuk ochrzcił małego Żyda w katolickim kościele, dał mu na imię Stanisław, na cześć wójta. Wołał jednak na chłopca Edzio, jak na zmarłego synka. A plotka głosiła, że to Szczepan, brat Balczyniukowej, zrobił dziecko jakiejś pannie, zaś ta podrzuciła mu je na wychowanie.

Tymczasem Hela przez kilka dni leżała z wysoką gorączką. W tym czasie Abraham dowiedział się, że w pobliskim lesie żyje kilka żydowskich rodzin. Przychodzą po żywność do Kilianów, Polaków z domu przy lesie. Hela: „Kokoszka zabrał nas wozem, ponieważ nie mogłam chodzić, do tej chłopki, a potem odjechał. Mój mąż zastukał do drzwi, prawie płakał, mówiąc: »Jesteśmy Żydami, proszę nas wpuścić, moja żona jest chora«. W nocy do gospodarza przybyło trzech Żydów. Zdecydowali się nas zabrać do lasu, gdzie mieszkali w bunkrach w ziemi, od lat. Nie mogłam iść, nieśli mnie we dwójkę”.

Nad ranem dotarli do dwóch ziemianek, w których mieszkało 20 osób. – Później po jedzenie do nas przychodzili, w nocy – opowiada Stefania Soja, córka Kokoszków. – Mama, co mogła, to im dała. A myśmy w strachu żyli, że zabiją wszystkich.

Pierwszy śnieg

Dotrwali w lesie do sierpnia 1944. Wtedy w Dulczy Małej zatrzymał się front. Rosjanie zajęli okoliczne miejscowości, w tym Radomyśl. Rankiem 11 listopada spadł pierwszy śnieg. Po świeżych śladach Niemcy dotarli do kryjówek w lesie. Żydzi, otoczeni, musieli wyjść. Nagle Hela zauważyła, że jej mąż ucieka. Usłyszała krzyk: „Stać!”. Potem salwę, a za nią następne.

„Blisko nas leżał mój mąż nieruchomy, nieżywy. On już nie słyszał moich zrozpaczonych krzyków i płaczu. On już nie poczuł, kiedy całowałam jego zimne wargi. Prosiłam tych katów, żeby mnie też zabili. W zamian uderzyli mnie kolbą tak mocno, że nie mogłam się podnieść. Stałam się obojętna na wszystko, niech ze mną zrobią, co im się podoba. Życie przestało mnie interesować”.

Mleczna siostra

W tym samym czasie rodzina Balczyniuków została wysiedlona z Dulczy, a ich dom rozebrano na okopy. Mały Edzio zaczął pierwszą w życiu wędrówkę wozem, do którego przywiązana była krowa. Wanda Myszka: – My pół roku się poniewierali z tym dzieckiem. Mama na tym wysiedleniu zmarła. No i ja zostałam mamą w wieku 15 lat! Jakem umiała, takem robiła. Mieli my dwie krowy, jedną ojciec sprzedał i kupił mamie trumnę. Tą drugą ja doiłam, a Edzio stał z kubeczkiem i prosto od krowy pił. Teraz mówi na mnie „mleczna siostra” przez to mleko.

Czteroletni Edzio zamieszkał z matką, ale wciąż tęsknił za Wandą. - Mama i ojczym powiedzieli mi, że są moimi rodzicami. Ale odpowiedziałem, że nie chcę tej matki, chcę 'mamuśkę blondynkę' - opowiada. Na zdjęciu z matką, marzec 1947 r.

Czteroletni Edzio zamieszkał z matką, ale wciąż tęsknił za Wandą. – Mama i ojczym powiedzieli mi, że są moimi rodzicami. Ale odpowiedziałem, że nie chcę tej matki, chcę 'mamuśkę blondynkę’ – opowiada. Na zdjęciu z matką, marzec 1947 r. Archiwum rodzinne

Edzio, mimo trudnych warunków, chował się zdrowo. – To był bardzo miły chłopczyk, grzeczny, nie płakał. Wszyscy my go bardzo kochali – zapewnia Wanda.

Tymczasem Hela i inni zatrzymani Żydzi zostali doprowadzeni do tarnowskiej siedziby gestapo. Torturowano ich, by wydali inne kryjówki w lesie. Po kilku tygodniach Hela trafiła do więzienia na Montelupich w Krakowie, potem do obozu w Płaszowie. Stamtąd, przed końcem wojny, w morderczym marszu z 60 tysiącami innych więźniów ruszyła do obozu w Bergen-Belsen. Po wyzwoleniu wywieziono ją do Szwecji.

Mój syn

Gdy tylko poczta zaczęła funkcjonować, Hela napisała do Balczyniuka, że chce odzyskać syna. „W odpowiedzi otrzymałam propozycję przyjazdu do Polski i poślubienia go, ponieważ stracił żonę w czasie wojny”.

Hela nie miała ochoty wychodzić za mąż za polskiego chłopa. Skontaktowała się więc z biurem naczelnego rabina Wojska Polskiego Dawida Kahanego. Rabin miał misję: odzyskać uratowane z Zagłady dzieci. Na jego polecenie kapitan Wojska Polskiego Jeszajahu Drucker odwiedzał rodziny, które w czasie wojny ukrywały małych Żydów, i negocjował z nimi warunki „odzyskania”.

– Powiedział, że bezwzględnie dziecko musi być zabrane – opowiada Wanda Myszka. – Tata nie chciał się zgodzić, płakał.

Zdaniem rabina Kahanego rodziny, które uratowały żydowskie dzieci, powinny dostać wynagrodzenie za trud wychowania. Balczyniuk powiedział więc, że odda dziecko, ale tylko za 2 tysiące dolarów. Skąd je wziąć?

Hela poprosiła o pomoc społeczność żydowską w Mielcu. Okazało się, że jeden z ocalałych Żydów chce sprzedać kawałek ziemi, by mieć na wyjazd z Polski. Ustalili, że Hela zapłaci Balczyniukowi za dziecko, kupując mu ziemię. W nowojorskiej żydowskiej gazecie „Der Tog” opisała historię swej wojennej tułaczki i zakończyła ją apelem o zbiórkę pieniędzy na wykup synka. Amerykańscy Żydzi wpłacili pieniądze.

W międzyczasie Hela wyruszyła do Francji. W Paryżu przed wojną zamieszkały jej dwie siostry: Ella i Fany. Z ponad 20-osobowej rodziny tylko one przeżyły. Najstarsza siostra Rywka z mężem i pięciorgiem dzieci trafiła w 1942 roku do Bełżca. Gitla wyjechała do Belgii, stamtąd została deportowana z mężem i dwójką dzieci. Meszka ukrywała się w tarnowskim getcie z mężem i synkiem, w tym samym schronie, co rodzice. Różę wywieziono z getta w Bochni z mężem i synkiem. Zginęli.

W lipcu 1946 roku siostry przedstawiły Heli polskiego Żyda, który wyjechał do Francji wiele lat przed wojną – Ilję Lewiego. – To był bardzo miły człowiek, ale ponury, zamknięty, nie rozmawiał wiele – wspomina dorosły już Édouard. Jednak Hela go polubiła: „Spodobaliśmy się sobie, naszym wspólnym językiem był oczywiście polski. Pobraliśmy się, być może trochę się pośpieszyliśmy, ponieważ dziecko miało przybyć w styczniu”. Dziecko, czyli Edzio.

Porwanie

W grudniu 1946 roku do akcji wkracza kapitan Drucker. Ponieważ Balczyniuk dalej nie chce oddać chłopca, kapitan zjawia się na posterunku policji w Radomyślu Wielkim ubrany w mundur oficerski i czapkę podobną do tych, jakie nosili pracownicy UB. Rzuca na stół paczkę w brązowym papierze zawierającą 2,5 tysiąca dolarów z nowojorskiej zbiórki. To duża suma – ponad milion złotych. Balczyniuk może za to kupić gospodarstwo mieleckiego Żyda, jeśli odda dziecko. Żyd czeka już, by od razu sfinalizować transakcję. Przestraszony komendant posterunku natychmiast wysyła dwóch funkcjonariuszy po Balczyniuka i chłopca.

Z początku, mimo leżących na stole pieniędzy, Józef nie chce oddać chłopca. Ostatecznie jednak, zastraszony przez komendanta, bierze je i od razu przekazuje Żydowi w zamian za pole i gospodarstwo.

W ten sposób dokonała się transakcja odzyskania Edzia przez matkę, z całą pewnością nielegalna. Sam Drucker opisywał ją we wspomnieniach jako porwanie. Edzio ma wówczas niecałe trzy lata. – Pozwolił się zabrać dopiero, gdy Drucker założył mu zegarek na rękę – wspomina Wanda Myszka.

– Wanda zawsze podkreśla, że jej ojciec nie chciał pieniędzy, że nie chciał mnie oddać – mówi dziś Édouard. – Że zawsze był smutny z tego powodu, że musiałem odejść, i zawsze oczekiwał, że powrócę.

Drucker z chłopcem wsiadają do samochodu. Po drodze do Krakowa Edzio pyta, czy kapitan ma strzelbę. – Po co Edziowi strzelba? – dziwi się Drucker. Chłopiec odpowiada, że będzie strzelać do Żydów.

Drucker robi Edziowi zdjęcie i wysyła do Paryża, do matki. Na odwrocie fotografii pisze: „Nieznanej a kochanej Mamusi ofiaruje swoją podobiznę trzyletni synek Stanisław. 17 grudnia 1946 r.”. Następnego dnia zabiera Edzia do żydowskiego domu dziecka w Zabrzu. Chłopiec spędza w nim dwa miesiące. Z sierocińca wyjeżdża z transportem dzieci udających się do Palestyny. Nielegalny przewóz był finansowany z pieniędzy Żydów z Wielkiej Brytanii i amerykańskiego Joint Distribution Committee. W ten sposób do 1949 roku wyjechało z Polski około 10 tysięcy żydowskich dzieci. – Mam wspomnienie z pociągu – opowiada Édouard. – Opiekun miał latarkę kieszonkową, dla mnie wspaniały przedmiot.

Po dwóch tygodniach podróży pociąg wjeżdża na dworzec Gare de l’Est.

O kapitanie Druckerze i swej podróży do Francji Édouard dowie się dopiero ponad 60 lat później. Matka mu o tym nic nie powie.

To on, to on 

Nie wychodzi też po niego na dworzec. „Moja siostra poszła go odebrać. Baliśmy się, że dziecko się mnie wystraszy” – pisała.

– Matka nie miała odwagi – uważa Édouard. – Cała sytuacja napawała ją strachem. Przez wiele lat miałem żal do niej, że nie przyjechała po mnie do Polski. Dopiero dużo później dowiedziałem się, że była wtedy sekretarką w żydowskiej gazecie w Paryżu. Tam powiedziano jej: „Tylko nie jedź do Polski, Żydzi są nadal w Polsce zabijani”.

Edzio trafia więc do żydowskiego domu dziecka pod Paryżem. Stamtąd zabiera go siostra Heli Ella. Jej córka Liliane miała wtedy pięć lat: – Mama od razu go rozpoznała. Rzuciła się do niego ze słowami: „To on! To on!”. Pamiętam słodkiego małego chłopca, który chciał się bawić w wojnę.

Potem Edzio znalazł się w domu drugiej ciotki – Fany. Spędził u niej kolejny rok. – W międzyczasie moja ciotka Hela wyszła za mąż, zaszła w ciążę i była gotowa zająć się synem – opowiada jej córka Suzanne.

Czteroletni Edzio zamieszkał więc wreszcie z matką, ale wciąż tęsknił za Wandą. – Mama i ojczym powiedzieli mi, że są moimi rodzicami. Ale odpowiedziałem, że nie chcę tej matki, chcę „mamuśkę blondynkę”.

– Tata nieraz pisał do Heli, chciał się dowiedzieć, co z Edziem – mówi Anastazja Soboń, córka Balczyniuka i jego drugiej żony Wiktorii. – Ale mama Edzia wzięła dziecko i chciała o wszystkim zapomnieć. A tata tęsknił za Edziem, często o nim wspominał. Jak już był bardzo chory, mówił, że chciałby go zobaczyć przed śmiercią.

Nie zdążył.

Sekret

W Paryżu Edzio poszedł do francuskiej szkoły, co sobotę chodził z rodzicami do synagogi. Hela ukryła przed nim prawdę o ojcu zastrzelonym przez Niemców w polskim lesie. – Chociaż nosiłem nazwisko prawdziwego ojca – Rosenblatt, a mój Ilja i moja siostra nazywali się Lewi, zawsze jego nazywałem tatą. Zawsze szczerze wierzyłem w to, że nim był – opowiada Édouard.

Matka wyjaśniła mu, że nosi jej panieńskie nazwisko, bo podczas wojny mogła wziąć tylko ślub religijny. Dlaczego ukryła, że Edzio ma innego ojca? Chciała go ochronić przed wstrząsającym dziedzictwem? Nie wiadomo. Jak mówi Édouard, była zazdrosna i zaborcza. Zgorzkniała i smutna.

– Nie przypominamy sobie ani ja, ani siostra, by matka nas brała w ramiona – opowiada. – Była raczej surowa. Trzeba było być posłusznym i nawet jak byliśmy starsi, to zawsze ona miała rację. A kiedy się jej sprzeciwialiśmy, mówiła: „Trzeba nowego Hitlera, żeby was poskromił”. Zawsze mnie to rozśmieszało, że trzeba było aż Hitlera, by się z nami uporać, tak byliśmy niegrzeczni.

– Kiedy dowiedział się pan, kto był pana prawdziwym ojcem? – pytam.

– Kiedyś ludzie mieli w sypialni szafy z lustrem – opowiada. – I pewnego dnia myszkowałem w tej szafie. Miałem 12 lat. Pierwszą znalezioną rzeczą była książeczka rodzinna. To we Francji dokument, który dostają nowożeńcy. Wpisuje się tam pochodzenie małżonków, daty urodzenia dzieci i inne oficjalne informacje. Otwieram ją i czytam: „Hela Garn, wdowa po Abrahamie Rosenblatt”. To było jak grom z jasnego nieba. W tym momencie Ilja wszedł do pokoju. Pamiętam, że pomyślałem: „Matka mnie okłamała, miała wcześniej innego męża”.

Édouard nie powiedział o swoim odkryciu nikomu. Aż do 17. roku życia, kiedy to razem z ciotką Ellą pojechali na wakacje.

– Zacząłem tam chodzić z pewną dziewczyną. I wtedy moja matka wpadła w depresję. Nie jadła, leżała tylko i mówiła: „Przez nią oblejesz maturę. Musisz to przerwać”. Ciotka też interweniowała: „Widzisz, w jakim stanie jest matka. Zerwij z nią”. I wtedy powiedziałem: „Zgoda, nie będę chodził z tą dziewczyną, ale wiedzcie, że wiem, kto jest moim prawdziwym ojcem”. Z perspektywy czasu widzę, że zrozumiałem, iż jedynym rozwiązaniem, by otworzyć sobie drogę do kobiet, było postawienie bariery między matką a mną. I wstawiłem między nas mego ojca.

Później za każdym razem, gdy Édouard poznawał jakąś dziewczynę, Hela wpadała w chorobę. Édouard: – Myślę, że zbudowała wokół siebie i dzieci własny świat jako reakcję na ten, który został zniszczony. I nie znosiła niczego spoza tego świata.

Szaleństwo

Édouard wybrał studia medyczne i jako specjalizację psychiatrię. – Gdy zacząłem pracować w szpitalu psychiatrycznym z dwoma tysiącami chorych, byłem szczęśliwy – opowiada. – Byłem na swoim miejscu. Szaleństwo bardzo mi odpowiadało.

Po latach złapał wirusa psychoanalizy i porzucił dla niej psychiatrię.

Podczas studiów na statku płynącym do Izraela poznał Sonię Gross. Oboje byli dziećmi polskich Żydówek, które przeżyły hitlerowskie obozy. Ojciec Soni był jedynym ocalałym z Holocaustu w rodzinie. – Matka natychmiast zaczęła go do mnie zniechęcać – wspomina Sonia. Opowiadała, że ojciec Soni był bandytą, a jego córka prostytutką. Jednak młodzi w 1967 roku wzięli ślub. Małżeństwo przetrwało siedem lat. Z ich związku urodził się Vincent, dziś uznany fotograf.

W wieku 25 lat Édouard zaczął własną psychoterapię, która ciągnęła się przez ponad ćwierć wieku. – Reakcją psychologiczną na to, co przeżyła moja matka, był stan uogólnionej paranoi. Świat jawił się jej jako miejsce wrogie – uważa. – Twierdziła, że Polacy byli dla Żydów straszni. Ale nigdy nie słyszałem, by ona, która zawsze mówiła źle o innych – rodzinie, sąsiadach, Polakach – mówiła źle o Niemcach. Przeciwnie, słyszałem, że oficer dowodzący żołnierzami, którzy zastrzelili ojca, był kimś porządnym, sympatycznym. Ja nigdy nie podzielałem jej złych uczuć wobec Polaków. Przeczytałem wiele książek o wojnie. Miałem satysfakcję, czytając, że w porównaniu z Węgrami, Rumunami, Litwinami, Ukraińcami najlepiej, a właściwie „najmniej źle” wobec Żydów zachowywali się Polacy. We wszystkich krajach pod rządami nazistów część społeczeństwa prezentowała antysemicką nienawiść, dążąc do wymordowania Żydów. A inna część, ratując Żydów, ratowała honor narodu. Polska nie była wyjątkiem.

Podróż życia

W trakcie psychoterapii Édouard często pytał matkę o ojca, ale nigdy nie chciała do tego tematu wracać. Aż pewnego dnia zadzwoniła i powiedziała: „Jutro przyjeżdża z Izraela Israel Klein, on znał twojego ojca”.

– I ten mężczyzna mówi: „Jakbym widział Abrahama”. To był pierwszy raz w moim życiu, kiedy usłyszałem, że jestem podobny do ojca. A miałem już 38 lat.

Israel Klein opowiedział Édouardowi, jak z jego ojcem ukrywali się w lesie, jak chodzili razem kraść jedzenie, opisał dom Balczyniuków. – Opowiadał o kwiatach, roślinach, naszkicował mi taki poetycki obraz tego domu – wspomina Édouard. – Wtedy powiedziałem sobie: „Ależ to mój dom, on mówi o moim domu”. To dzięki jego słowom nagle Polska, wcześniej daleka i groźna, stała się miejscem pięknym i pociągającym.

Wtedy postanowił, że chce pojechać do Polski, chce zobaczyć miejsca, w których się urodził i wychował. Chciał poznać ludzi, którzy ukrywali przed Niemcami jego rodziców, i tych, którzy ocalili mu życie. Chciał też dowiedzieć się czegoś więcej o ojcu, odnaleźć miejsce, w którym go pochowano. W 1983 roku wyruszył z dworca, na który przyjechał jako trzylatek – Gare de l’Est. Rozpłakał się, gdy przekraczał polską granicę. – Wiedziałem tylko, że jedziemy do Radomyśla i Dulczy, bo w moim dowodzie było napisane: urodzony w Dulczy – mówi.

Przede wszystkim bardzo chciał zobaczyć gospodarstwo Balczyniuka. – Byłem zawiedziony, że już go nie ma. Tak samo jak chałupy, w której się urodziłem.

Ale udało mu się odnaleźć rodzinę Balczyniuków w nowym domu wybudowanym na ziemi mieleckiego Żyda. Otworzyła starsza kobieta. Nie bardzo rozumiała, kim jest Édouard. – Wziął se tłumacza i przyjechał – wspomina Wanda Myszka. – I mówi, że jest Edward. My go nie poznali, no bo skąd? Miał trzy i pół roku, jak wyjechał.

Wanda wysłała ich na drugą stronę podwórka, do domu Wiktorii, drugiej żony ojca. – Przedstawiam się, ludzie są zaskoczeni, a Wiktoria przynosi moje zdjęcie, które wysłała im moja matka ponad 30 lat wcześniej – wspomina Édouard.

– Mama nam o nim opowiadała – dodaje Anastazja Soboń. – Rozpłakali się wszyscy, wycałowaliśmy go. To był bardzo wzruszający moment. To był mój brat.

– Był podekscytowany – opowiada Andrzej Gadocha, wtedy tłumacz Édouarda. – Mówił, że to jego podróż życia, że chce przejść śladami swoich rodziców i swoimi własnymi. Parę razy mu się łezka zakręciła w oku. Te rodziny pamiętały zdarzenia sprzed lat i bardzo serdecznie go wszędzie witano. Oni też chcieli poznać jego historię, co się z nim działo od czasu, kiedy wyjechał. Łaknęli tych wiadomości.

– Ten dzień był bardzo wyczerpujący psychicznie – potwierdza Édouard. – Znalezienie miejsc, ludzi… To był taki dzień, taki stan jak w dniu narodzin moich dzieci. Jeden z najbardziej niezwykłych dni w życiu…

Odwiedzili Kokoszków, wdowę po wójcie, który był ojcem chrzestnym Édouarda. I Helenę Kilian, córkę gospodarzy, do których trafili Abraham i Hela wkrótce po porodzie. – Miała 15 lat, kiedy Niemcy zabili jej ojca i spalili dom – opowiada Édouard. – Oskarżyli go, że pomagał Żydom. Zaprowadziła nas w miejsce w lesie, gdzie dziś jeszcze widać doły po ziemiankach.

Długo szukał grobu ojca. – Między którymi drzewami został zakopany? Nie wiem… – mówi.

Hołd

Rok po podróży do Polski Édouard przywiózł tu swoją drugą żonę i dzieci. – Vincent miał 11 lat, dwaj następni synowie byli dużo młodsi – opowiada Édouard. – To był rodzaj hołdu oddanego polskiej rodzinie, chciałem pokazać im rezultat mojego ocalenia.

W 1990 roku postawił na radomyskim kirkucie cenotaf – nagrobną płytę poświęconą pamięci swojego ojca Abrahama. W uroczystości wzięły udział obie rodziny: francuska i polska. Pomnik poświęcił proboszcz radomyskiej parafii.

Hela nie chciała przyjechać na tę uroczystość. Mówiła, że gdy nie ma już tam jej rodziców, Polska nic dla niej nie znaczy.

– Według babci wszyscy Polacy to antysemici – opowiada Vincent, syn Édouarda. – Było w tym coś ambiwalentnego, bo ona przecież była Polką. Ostatecznie jej sposób myślenia nie był bardzo odmienny od rozumowania polskich chłopów. Miała niemal tę samą wizję świata, bardzo lokalną, prowincjonalną. Próbowała zahamować nasz „apetyt na Polskę”, ale jej się nie udało.

Wreszcie w domu

Od pierwszej wizyty Édouard był w Polsce osiem lub dziewięć razy. – Edziu jest szczęśliwy w Polsce, jak przyjeżdża – mówi Zofia Wacławska, córka Szczepana Ptaka. – Uważa nas za rodzinę i my jego też tak traktujemy. Jak wyjeżdżał z Polski, to bardzo płakał, jak dziecko. Przytulam go, mówię, że może przyjechać w każdej chwili.

– Podczas tego pierwszego tygodnia w Radomyślu nigdy nie czułem się lepiej – wspomina Édouard. – To był taki dobrostan psychiczny, stan odprężenia. Bez presji, niepokoju. Zdarzało mi się już wcześniej czuć się dobrze, ale nigdy aż tak.

Dziś w Radomyślu niewiele zostało z przedwojennego świata. Synagogę zburzyli Niemcy, mykwę rozebrano kilkanaście lat temu. Na cmentarzu żydowskim zostało kilkadziesiąt płyt nagrobnych; leżą przewrócone, zarosły trawą. W miasteczku nie mieszka żaden Żyd. Ale dom rodziców Heli przetrwał, choć Édouard nie jest pewny, czy adres był Rynek 8, czy 9. Nigdy tam nie wszedł. Po wojnie kamienice przejęło państwo, potem gmina, a w 2000 roku podzielono je na mieszkania i sprzedano.

– Zosia często mi mówi: „To twój dom, powinieneś poprosić o jego oddanie” Ale mnie i mojej siostrze nie przyszło to nigdy do głowy – opowiada. – Mam 72 lata i gdy opowiadam o tym wszystkim, nadal chce mi się płakać – kończy Édouard. – Nie mogę się powstrzymać, kiedy pojawia się temat ziemi ojczystej, tych ludzi, języka polskiego. W rzeczywistości to jest coś, co miało na mnie największy wpływ. Gdy wróciłem do Polski, poczułem wreszcie, że jestem w domu. Moje życie zatoczyło krąg.

Monika Gora

O Żydzie, który urodził się w stajni jak Jezus

Kategorie: Uncategorized

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.