Uncategorized

Musiałem uciec od pisania o Żydach i Zagładzie z pozycji na klęczkach

Mikołaj Łoziński, autor powieści 'Stramerowie': 'To chyba jedyne tak liczne rodzeństwo polskich Żydów, które przeżyło wojnę. Może w ogóle jedyne w Europie? Nie słyszałem o drugim takim przypadku. Od dziecka mnie to fascynowało. Próbowałem zrozumieć, jak to możliwe, że sześć milionów Żydów zginęło, a ta szóstka przeżyła. Straszne pytanie? Dla mnie wtedy takie nie było'

Mikołaj Łoziński, autor powieści 'Stramerowie’: 'To chyba jedyne tak liczne rodzeństwo polskich Żydów, które przeżyło wojnę. Może w ogóle jedyne w Europie? Nie słyszałem o drugim takim przypadku. Od dziecka mnie to fascynowało. Próbowałem zrozumieć, jak to możliwe, że sześć milionów Żydów zginęło, a ta szóstka przeżyła. Straszne pytanie? Dla mnie wtedy takie nie było’ (Fot. Weronika Ławniczak)

Mikołaj Łoziński: Adam Daniel Rotfeld zapytał mnie, dlaczego najmniej opisałem tych, którzy byli najciekawsi. Rodzeństwo Stramerów. Ale najmniej o nich wiedziałem, tyle że przeżyli Zagładę i po wojnie każdy miał inne nazwisko

Co zdarzyło się naprawdę?

– Wszystkie historie, które mogą się wydać nieprawdopodobne – odpowiada Mikołaj Łoziński, gdy pytam o powieść „Stramerowie”. – Nie starczyłoby mi wyobraźni, żeby wymyślić kolację szabatową, do której siadają Niemka z Gdańska, wermachtowiec i Żyd na fałszywych papierach. 

„Pewnie i tak nie uwierzycie. Powiecie, że mi się przyśniło” – opowiada Nusek Stramer w powieści Łozińskiego. „Żebyście teraz nie zemdleli, bo ja prawie zemdlałem. Prędzej bym się spodziewał półmiska z upieczonym psem niż tego, co zobaczyłem na stole”.

Na stole: świeczniki i chałka. Stół jest w willi w Konstancinie. To 1943 rok, w Warszawie umiera getto. Nusek – młody chłopak, Żyd – pod zmienionym nazwiskiem pracuje w pobliskiej fabryce, Niemka jest tam sekretarką, zwabiła go do willi pod pretekstem naprawy lampy. Zaprosiła też swojego brata, żołnierza Wehrmachtu. 

– Opowiadał o tym brat mojego dziadka, który to przeżył – opowiada Łoziński. – Najbardziej nieprawdopodobne jest to, że oni wszyscy przeżyli – mówi o rodzeństwie swojego dziadka.

Stramerów było sześcioro, czwórka braci i dwie siostry. – To chyba jedyne tak liczne rodzeństwo polskich Żydów, które przeżyło wojnę. Może w ogóle jedyne w Europie? Nie słyszałem o drugim takim przypadku. Od dziecka mnie to fascynowało. Próbowałem zrozumieć, jak to możliwe, że sześć milionów Żydów zginęło, a ta szóstka przeżyła. Straszne pytanie? Dla mnie wtedy takie nie było. W dziecięcej wyobraźni widziałem ich jak filmowych bohaterów podobnych do Jamesa Bonda czy Bruce’a Lee, którzy potrafią wyjść z każdej opresji. Kiedy dorosłem i zacząłem czytać o tamtych czasach, zrozumiałem, że wyglądało to trochę inaczej. I jeszcze silniej dotarło do mnie, że historia tego rodzeństwa jest niepodobna do innych. Że to temat na powieść. 

Historia z fikcją

„Chciałbym, żebyś zostawił wreszcie w spokoju naszą rodzinę. Czas zająć się innymi sprawami, dobrze?” – te ostatnie słowa powieści „Książka” (2011) Mikołaja Łozińskiego wypowiada ojciec narratora. Już tam autor sięgnął do rodzinnej historii, przetwarzając ją literacko, myląc autobiograficzne tropy. Ale historia rodziny to jemu nie dawała spokoju. Wrócił do niej w powieści „Stramer” (2019) i wydanej teraz drugiej części – „Stramerowie”.

– Po „Książce” jedna ciotka powiedziała: „O Boże, to teraz wszyscy będą wiedzieli, że jesteśmy Żydami!” – opowiada. – A przyjaciel rodziny, Adam Daniel Rotfeld, zapytał mnie, dlaczego najmniej opisałem tych, którzy byli z tej rodziny najciekawsi. Czyli rodzeństwo Stramerów. Ale ja najmniej o nich wiedziałem. Tyle że przeżyli. I że kiedy spotkali się po wojnie, każdy miał inne nazwisko.

Kogo z nich Mikołaj Łoziński, rocznik 1980, zdążył spotkać?

– Miałem cztery lata, kiedy zmarł dziadek. Pamiętam tylko że dzwonił do mnie wieczorami i rozmawialiśmy o dobranockach, które on oglądał u siebie, a ja u siebie. Poznałem najmłodszą siostrę dziadka. Pierwowzór powieściowej Weli. Uderzyło mnie, kiedy powiedziała, że w czasie okupacji bardziej bali się Polaków niż Niemców. Bo Polacy lepiej rozpoznawali, kto jest Żydem. Ale powiedziała też: „Pamiętaj, że nie wolno nigdy generalizować. Mnie życie w okupowanej Warszawie uratowała polska kurwa”.

„Wela nie zauważyła, kiedy dziewczyna w zielonej sukience podeszła do szmalcownika. – Ty chuju złamany – powiedziała. – Odpierdol się od niej!”.

– To ona opowiedziała mi też, jak jej mąż, który pracował na fałszywych papierach w warszawskim przedsiębiorstwie Trasa, przykleił sobie napletek – opowiada.

Szef firmy Trasa jest Polakiem. Wydał już Niemcom kilku Żydów. Teraz zaczyna się przyglądać mężowi Weli. Zanim zdąży na niego donieść, ten wejdzie do jego gabinetu i demonstracyjnie ściągnie spodnie. Wcześniej nakleił sobie plastry tak, że z daleka mogły wyglądać jak napletek.

– A to przedsiębiorstwo transportowe było tu niedaleko na Marszałkowskiej, gdzie dzisiaj Domy Centrum – pokazuje przez okno kawiarni, w której rozmawiamy. – Przez ostatnie cztery lata, kiedy pisałem „Stramerów”, chodziłem po ulicach Warszawy i wyobrażałem sobie, co bym czuł, gdybym musiał się ukrywać tak jak oni. A moje życie mogłoby zależeć od krzywego spojrzenia przypadkowego przechodnia.

Pytam go o zdjęcie Stramerów, które detalicznie opisuje na końcu powieści: Warszawa, już po wojnie, jego dziadek ustawia ocalałych do fotografii.

– Nie istnieje. Wymyśliłem je – odpowiada. – To powieść luźno inspirowana historią rodzinną, czyli fikcja. Bohaterowie mają pierwowzory w rzeczywistych postaciach, ale nie są nimi. Dopowiedziałem sobie ich życia na podstawie rodzinnych legend, opowieści, rozmów z tymi, którzy pamiętali Stramerów, ale też świadectw wojennych innych ludzi, którzy przeżyli tamten czas, książek, dokumentów. Dwa lata spędziłem w archiwach.

Najpierw chciał wymyślić im fikcyjne nazwisko, bo przecież pisał fikcję. Powtarza często w wywiadach, że do tego, by zostać przy Stramerach, zachęcili go antysemici. – Ponad dziesięć lat temu daliśmy z moim bratem Pawłem wywiad do „Newsweeka” o tym, jak to jest mieć w Polsce żydowskie pochodzenie. Został skopiowany na nacjonalistyczne portale. Znalazłem pod nim pięćset komentarzy, które podzieliłem z grubsza na dwie grupy: „Wypierdalajcie do Izraela” i „Podajcie swoje prawdziwe nazwiska”. Ten drugi pomysł mnie zainspirował. Pomyślałem, czemu nie? Nazwisko mojego dziadka Stramer zawsze mi się podobało. A po wojnie zostało wymazane razem z prawie całym żydowskim światem. Postanowiłem, że wróci przynajmniej w moich powieściach. 

Ucieczka z Tarnowa

Na zdjęciu, które istnieje: dwóch chłopców w szkolnych mundurkach. Starszy siedzi na krześle, młodszy onieśmielony stoi obok. „Ku pamięci. Rudolf, Salo Stramer” – podpisali się na odwrocie.

Rudolf i Salo Stramerowie. Salo (z prawej) to dziadek Mikołaja Łozińskiego

Rudolf i Salo Stramerowie. Salo (z prawej) to dziadek Mikołaja Łozińskiego Fot. Archiwum rodzinne

– Starszy Rudek fachowo pozuje, w przeciwieństwie do mojego dziadka – uśmiecha się wnuk. – Ile mogą mieć lat, 10-12? – zastanawiamy się.

Jego dziadek urodził się w 1905 r. A więc na zdjęciu to jeszcze nie lata 20. Zrobiono je zapewne u fotografa w Tarnowie, gdzie mieszkali Stramerowie. Mają mundurki, więc nie widać, że na co dzień noszą przetarte ubrania, mieszkają całą rodziną w jednym pokoju z kuchnią na parterze i marzą, żeby mieć osobne łóżka. Rudek być może już wtedy dorabia korepetycjami, pieniądze przynosi mamie. Gdyby miał być ich tu komplet, powinni do fotografii stanąć jeszcze: najmłodsi Wela i Nusek, średni Hesio, najstarsza siostra Rena i rodzice – Nathan i Rywka. Ich tarnowskie życie zainspirowało Łozińskiego do napisania „Stramera”, pierwszej części sagi. 

– Tutaj zdjęcie w indeksie dziadka, kiedy studiował na Uniwersytecie Jagiellońskim – pokazuje. Student filozofii, 1928 r. – A tu z aparatem, w czasie wojny pracował we Francji jako fotograf i działał w ruchu oporu – opisuje trzecie ze zdjęć. Salo Stramer z Polski wyjechał już wcześniej, z grupą komunistów walczyć na wojnie w Hiszpanii.

Łoziński: – Tę rodzinę z jednego pokoju na Goldhammera 20 w Tarnowie rozrzuciło po całym świecie. Stramerowie doświadczyli XX wieku we wszystkich jego wymiarach.

Rudolf i Salo Stramerowie

Rudolf i Salo Stramerowie Fot. Archiwum rodzinne

Gdy do Tarnowa wejdą Niemcy, młodzi Stramerowie uciekną na wschód. Rudka i Renę wojna rzuci na Syberię. Hesio zostanie oficerem w armii Berlinga. Nusek przejdzie przez piekło nazistowskiego obozu janowskiego we Lwowie, ucieknie, dotrze do Warszawy, gdzie będą już wtedy Wela i jej mąż.

Ich rodzice zostali w Tarnowie. – Nie wiadomo dokładnie, jak zginęli. Jest parę wersji. Opisałem jedną z nich – mówi.

Wiadomo, że Rywka i Nathan Stramerowie zostali zabici razem z całym żydowskim Tarnowem. Przed II wojną światową to miasto liczyło 53 tys. mieszkańców, w tym ok. 25 tys. Żydów.

„W ciągu pół roku – od czerwca 1942 do stycznia 1943 roku – niemieccy okupanci zabili 80 proc. wszystkich tarnowskich Żydów, często na oczach nieżydowskich sąsiadów. Tuż po zakończeniu okupacji niemieckiej, w lutym 1945 roku, w Tarnowie było zaledwie 232 Żydów” – podaje Agnieszka Wierzcholska w książce „Wspomnienia i kamienie. Życie i śmierć polsko-żydowskiego miasta. Tarnów 1918-1956″, która właśnie ukazała się w wydawnictwie Austeria.

– Chciałam opisać historię takiego miasta jak Tarnów, żeby sobie uświadomić, co to znaczy, gdy zamordowana zostaje połowa miasta – mówi autorka.

„Wspomnienia i kamienie” to wersja jej pracy doktorskiej napisanej na Freie Universität w Berlinie (w formie książki ukazała się już wcześniej w języku niemieckim). – Agnieszka Wierzcholska pomogła mi przy „Stramerze” – mówi Łoziński – Dostałem od niej pięć giga materiałów źródłowych o przedwojennym Tarnowie.

Wierzcholska przygląda się tarnowskiej mikrohistorii. Opisując przedwojenne miasto, zagląda do szkół, domów, urzędów. Czyta m.in. protokoły szkolnych rad pedagogicznych i rady miejskiej, w której obok siebie zasiadali Żydzi i ich nieżydowscy sąsiedzi.

– W latach 20. w radzie miasta większe znaczenie miały podziały polityczne i klasowe niż to, czy ktoś jest Żydem, czy chrześcijaninem. Koalicje zawiązywały się wokół konkretnych miejskich spraw, interesów. Istniał i wtedy antysemityzm w Tarnowie, ale nie był przeszkodą dla wspólnego działania.

Więcej łączyło Bundowca z nieżydowskim socjalistą niż z ortodoksyjnym Żydem.

Dla mnie było ciekawe prześledzić, w jakim momencie to się zmienia. Kiedy to, czy ktoś jest Żydem, zaczyna mieć znaczenie w codziennej, lokalnej polityce – opowiada Wierzcholska.

Do lat 30. w mieście istniał zwyczaj, że na burmistrza wybierano nieżydowskiego mieszkańca Tarnowa, a na wiceburmistrza Żyda. – W Tarnowie krąży do dziś mit, że było tak aż do II wojny światowej. Ale żydowskiego wiceburmistrza wyrzucono w 1936 roku – wskazuje.

Narastanie antysemickich nastrojów czują na własnej skórze Stramerowie w powieści Łozińskiego. Nusek czyta napis na cukierni: „Psom i Żydom wstęp wzbroniony”. Wchodzi i pyta: „Dlaczego psom?”.

Wierzcholska opisuje, że gdy w 1937 r. dyskutowano na posiedzeniu rady miejskiej o antysemityzmie w mieście, mówiono, że niektórzy nauczyciele używają wobec dzieci określeń w rodzaju „ścierwo żydowskie”. Młodzież żydowska boi się wchodzić do najpopularniejszego miejskiego parku, bo można za to oberwać. „Miejsca, do których mogliśmy chodzić, były ograniczone. (…) To zaczynało być przerażające” – wspominał czas tuż przed wojną jeden z ówczesnych żydowskich uczniów. Na zdjęciu w książce „Wspomnienia i kamienie” dwie nieżydowskie tarnowianki pozują przed parkiem przy tablicy, na której czytamy po niemiecku i polsku: „Żydom wstęp wzbroniony”. To już 1940 r., po wkroczeniu hitlerowców.

Ratusz w Tarnowie

Ratusz w Tarnowie Fot. autor nieznany / zbiory Narodowego Archiwum Cyfrowego

Warto czytać teraz obie powieści Łozińskiego i historyczną książkę Wierzcholskiej razem. Przenikają się, uzupełniają. Gdy w „Stramerach” oglądamy wojenne losy rodzeństwa, które ucieka z Tarnowa i umyka śmierci w kolejnych miejscach, u Wierzcholskiej widzimy, co w tym samym czasie dzieje się w ich mieście.

Czy badając historię Tarnowa, natknęła się na nazwisko Stramerów? 

Wierzcholska: – Nie trafiłam na nie w dokumentach, które przeszukiwałam. Społeczeństwo żydowskie Tarnowa było liczne, po wielu osobach nie został żaden ślad. Dlatego w dedykacji napisałam, że to książka „dla tych wszystkich Żydów i Żydówek z Tarnowa, których imiona i nazwiska są tutaj niewymienione i których historie pozostały jeszcze nieopowiedziane”.

Żyjesz? Jak to się stało?

– Historia Stramerów jest niezwykła – dopowiada Wierzcholska.

Badacze Zagłady używają wyrażenia „strategia przetrwania”. Autorka „Wspomnień i kamieni” też po nie sięga. – Ale może ono nie jest odpowiednie? – zastanawia się. – Słowo „strategia” zakłada obliczalność. A rzeczywistość niemieckiej okupacji była niewyobrażalna. Niemcy informowali o „akcji wysiedleńczej”, a oznaczała ono mordowanie. W ciągu tygodnia, w czerwcu 1942 r., wymordowali 40 proc. Żydów żyjących w Tarnowie, nikt się tego nie spodziewał, wtedy nawet nie było tam jeszcze getta.

„Po akcji wysiedleńczej wśród pozostałych Żydów zapanowało szczególne oszołomienie. Ci, którzy się uratowali, patrzyli na siebie nawzajem z niedowierzaniem. Choć nikt nie wypowiedział tych słów, w oczach wszystkich odbijało się ciche pytanie: »Żyjesz? Jak to się stało?«. Ich samych dziwiło to, że pozostali przy życiu” – cytuje w książce jednego z ocalałych.

– Wiele starszych osób z Tarnowa służyło w wojskach austriackich w czasie pierwszej wojny i łudzili się na początku „przecież znamy Niemców” – opowiada. Wielu sądziło, że błąd popełnili ci, którzy uciekli na wschód, jak młodzi Stramerowie. – To widać w listach. Pocieszają tamtych, którzy wyjechali. Znalazłam też w archiwum list żydowskiego mieszkańca Tarnowa z 1941 r., któremu Niemcy kazali się wynieść z jego mieszkania. Pisze do administracji niemieckiej, żeby zwrócono mu część czynszu. Ludzie utrzymują jeszcze iluzję, że jest jakaś rama normalności. I rzeczywiście procedura administracyjna działa: Niemcy mu odpisują, że nie dostanie zwrotu kosztów. W całym ekscesie przemocy, który za chwilę się tutaj wydarzy, znaleźć korespondencję odwołującą się do normalności było dla mnie szokujące. 

W książce autorka pokazuje, jak tarnowscy Żydzi próbują przeżyć w nieobliczalnej rzeczywistości.

Agnieszka Wierzcholska, 'Wspomnienia i kamienie. Życie i śmierć polsko-żydowskiego miasta. Tarnów 1918-1956', Wydawnictwo Austeria.

Agnieszka Wierzcholska, 'Wspomnienia i kamienie. Życie i śmierć polsko-żydowskiego miasta. Tarnów 1918-1956′, Wydawnictwo Austeria.

– Spotkałam tylko jeden przypadek, gdy ktoś powiedział, że „pomoc została mu zaoferowana” przez nieżydowskich mieszkańców. Są tarnowianie, którzy pomagają, ale to Żydzi szukają tego ratunku. Znajdują kryjówki, organizują pomoc, płacą za nią, załatwiają „aryjskie papiery”. Niezliczone są formy tej sprawczości. To często ginie nam z oczu, gdy mówimy o „ofiarach”, „ratowanych”, „przechowywanych” – zauważa.

– Historia Stramerów też opowiada nam o tej sprawczości – dodaje. – A zarazem widzimy, że każdy z nich ma momenty, że to mogło pójść w inną stronę. Gdy przyglądamy się pojedynczym losom, to widać, że o przeżyciu często decydował przypadek.

Przytacza historię Elżbiety Brodzianki-Gutt, dziewczyny z Tarnowa, która znała Stramerów. Jej postać pojawia się także w powieści Łozińskiego.

– Miała tzw. dobry wygląd, polski był jej językiem ojczystym, pochodziła z rodziny inteligenckiej. Tak jak Stramerowie na początku uciekła do Lwowa. Na „aryjskich” papierach pracowała jako pielęgniarka.

Została zadenuncjowana Niemcom przez Polaka, który pracował w tym samym szpitalu. Bo przy sporządzaniu notatek nie robiła błędów ortograficznych.

Uznał, że nie pasowało to do polskiej pielęgniarki – opowiada. – „Dobry wygląd” i polski bez akcentu służyły temu, by nie zostać zdemaskowanym przez polskie otoczenie. Ale tutaj i to nie wystarczyło – dodaje. Brodzianka-Gutt zdołała uciec, przeżyła wojnę.

– Są przypadki powrotów do tarnowskiego getta, które wydają nam się niepojęte z dzisiejszej perspektywy. Jak można wrócić w miejsce śmierci? Często jest to troska o bliskich, którzy zostali w getcie. Ale często wracają, bo aryjska strona jest jeszcze bardziej miejscem śmierci. Kluczowe jest dla mnie, co powiedziała mi Rachel Klimek, córka przedwojennego radnego Tarnowa, zamordowanego w Auschwitz: „Nie było dużo pomocy. Ja mogę to zrozumieć. Ludzie się bali. Ukrywać Żyda wtedy to była straszna kara. Nie wiem, czy ja, będąc na ich miejscu, mogłabym kogoś ukryć. Ale nie musieli wydawać”. 

Wierzcholska, przyglądając się z bliska jednej społeczności na przestrzeni lat, obserwuje, jak ci sami ludzie w różnych momentach zachowywali się wobec Żydów różnie.

– Niemiecka okupacja rozwijała się tak brutalnie, że decyzja o ratowaniu czy nieratowaniu Żydów nie była czymś podjętym raz na zawsze – mówi. – Był też np. ksiądz Bochenek, przed wojną zwolennik Polskiego Zjednoczenia Chrześcijańskiego, które walczyło o katolicki Tarnów i wykluczało Żydów. W czasie wojny on pomagał Żydom. Bardzo mało o tym pisze we wspomnieniach. Ale były też zakonnice, które Żydów wydawały. Żałuję, że nie mogłam zgłębić archiwum diecezji tarnowskiej. To jedyna instytucja, która umożliwiła mi tylko minimalny wgląd do swoich zbiorów.

Badaczka pokazuje, jak pod wpływem okupacji niemieckiej rodziło się przyzwolenie na zabijanie Żydów. – Jest 1944 rok, w kamienicy na rynku polski granatowy policjant zabija Żyda. Nie ma przy tym Niemców. Zwłoki krwawiące są ściągane z pierwszego piętra, woła się dozorcę, żeby sprzątnął. Wszyscy to widzą – opowiada.

– I po wojnie jakaś forma przyzwolenia pozostaje – dodaje. – Żydzi, którzy przetrwali, nadal boją się, że mają „zły wygląd”. Jest wiele relacji, że ktoś wraca do swojego mieszkania, zastaje je zajęte, słyszy: „Jak to możliwe, że jeszcze żyjesz?”.

W Tarnowie po wojnie było osiem pojedynczych morderstw na Żydach. – To cud, że nie doszło do pogromów jak w Krakowie, Kielcach. Nastroje były pogromowe. Taka krytyczna sytuacja była w wielu polskich miastach po wojnie, Tarnów mi uzmysłowił, że w wielu miejscach mogło dojść do masowej przemocy, wystarczyła iskra – mówi.

I przytacza jeszcze historię Mete Rosenstock. Już po uwolnieniu z obozu koncentracyjnego kobieta wraca do Rzeszowa, gdzie mieszkała przed wojną. A tam właśnie znaleziono martwe dziecko i winę zrzucono na Żydów, sięgając po antysemicki przesąd o mordzie rytualnym. Miasto wrze, w całej okolicy mnożą się ataki na ocalałych. Meta Rosenstock, bojąc się o życie, ucieka do Tarnowa. Tam zostaje zastrzelona przez funkcjonariusza UB. W sprawozdaniu zanotowano: „Skutek nieostrożnego obchodzenia się z bronią”. 

Trzeba się odciąć 

„Że to mi się akurat, cholera, trafiło w dzień mojego przyjazdu. Dziękuję za takie przyjęcie” – myśli Nusek, patrząc na dym nad Warszawą. Właśnie wybuchło powstanie w getcie.

– Ponieważ historia wojenna rodzeństwa Stramerów jest wyjątkowa, ja też chciałem znaleźć mój własny sposób na jej opowiedzenie. Musiałem uciec od stereotypowego spojrzenia na wojnę i okupację.

Nie pisać o Żydach i Zagładzie z pozycji na klęczkach.

Spojrzeć na moich bohaterów nie z dzisiejszej perspektywy, ale tak jak oni wtedy patrzyli na siebie. To nie są postaci pomnikowe, tylko żywi ludzie. Chciałem napisać antybohaterską powieść o wojnie, bez patosu i martyrologii – odpowiada Łoziński, gdy pytam, czy to możliwe, że obok płonie getto, a Nusek Stramer nuci wesołe piosenki i cały czas myśli o seksie.

– Nusek sam w pewnym momencie zdaje sobie sprawę, że w czasie wojny zapomniał, że jeszcze można czymś się zgorszyć. Uciekł właśnie z obozu janowskiego we Lwowie. Chce jedynie przetrwać. Nie może pokazać, że się boi. Po tym przecież też rozpoznawano Żydów. Po strachu widocznym w sposobie chodzenia, w unikaniu patrzenia w oczy. Nusek, żeby przeżyć, musi się odciąć. Nie myśleć, że za murem getta umierają ludzie, nie myśleć o obozach. Może też dlatego Stramerowie przetrwali? Bo umieli się odciąć – mówi.

– Kiedy ukrywasz się i twoje główne zadanie to przeżyć, jesteś bliższej własnych pierwotnych instynktów. Też seksualnych, bo jednocześnie chcesz jak najwięcej wziąć życia, które może się w każdej chwili skończyć. A moi bohaterowie to młodzi ludzie. Co ciekawe, opowieści o seksie często wracają w zebranych tuż po wojnie świadectwach, ale już dużo rzadziej w spisanych wiele lat później wspomnieniach, kiedy ludzie się autocenzurowali. Bo co powie mąż, żona, dzieci, wnuki? Starałem się nie patrzeć na moich bohaterów z dzisiejszej perspektywy. Nie da się przykładać dzisiejszych kategorii moralnych do tamtych czasów i ludzi – dodaje.

– Zanim zacząłem pisać „Stramerów”, miałem dość stereotypowe spojrzenie na wojnę i okupację. Dzięki dokumentacji zrozumiałem, jak ciekawa była okupacyjna codzienność. Zaskoczyła mnie wojenna Warszawa. Pisze o niej m.in. Tomasz Szarota w fascynującej książce „Okupowanej Warszawy dzień powszedni”. Patrzyłem wcześniej na miasto przez pryzmat powstania warszawskiego, akcji pod Arsenałem, nędzy getta. A okupowana Warszawa to była też ta ulica Marszałkowska – pokazuje przez okno. – Która zdaje się nigdy wcześniej ani później tak nie prosperowała jak za okupacji, eleganckie restauracje serwujące zupę żółwiową, moda na buty „na szklankach”, które symbolizowały przynależność do państwa podziemnego. Te buty w pewnym momencie zrobiły się tak modne, że dowództwo musiało zakazać noszenia ich prawdziwym członkom podziemia. Mówiło się też, że okupowana Warszawa stoi dowcipem, oczywiście chamskim, grubiańskim, który dziś wydaje się nie do przyjęcia. Ale był ważną częścią tamtej rzeczywistości. To miasto żyło, ludzie normalnie chodzili do pracy, odprowadzali dzieci do szkoły. Szybko przywykli do nowych warunków. Nawet moi żydowscy bohaterowie przyzwyczaili się do widoku Niemców w mundurach na ulicach.

– Opowiadali o tym? – pytam. 

– Znalazłem takie relacje w świadectwach Żydów ukrywających się na aryjskich papierach tak jak najmłodsi Stramerowie.

Nusek, a także Wela i jej mąż do końca wojny będą ukrywać się „na powierzchni”, udając nie-Żydów, w Warszawie, Konstancinie i Jeziornie.

– Na pewno pomogło im, że mówili po polsku bez akcentu. W rodzinnym domu w Tarnowie rozmawiali z rodzicami w jidysz, a polskiego uczyli się na ulicy i w szkole. Robiąc dokumentację do „Stramera”, w którym opisuję ich dzieciństwo i młodość, odkryłem, że właśnie tak wychowywane żydowskie dzieci mówiły lepiej po polsku niż te, których rodzice specjalnie rozmawiali w domu po polsku, żeby dzieci się go nauczyły. Bo często uczyły się z błędami i złym akcentem – opowiada.

Nusek będzie udawał nie-Żyda tak bezbłędnie, że chłopak z NSZ będzie go namawiać, by poszedł z nim polować na Żydów.

„W Lasach Chojnowskich są Żydki z Piaseczna. To łatwa forsa”.

– To też prawdziwa historia – mówi Łoziński. 

– Zastanawiałem się, co dało Stramerom niezwykłą siłę, żeby przetrwać. Może odpowiedź jest właśnie w nazwisku? Strammer to po niemiecku krzepki, silny. A może odpowiedzi trzeba szukać w ich domu rodzinnym, w wychowaniu w bliskości, miłości i w biedzie? Od dziecka wiedzieli, że mogą liczyć tylko na siebie. Przed wojną to było tyle co nic, ale w czasie wojny dało im siłę, determinację i wolę życia. Oczywiście mieli też dużo szczęścia i niezwykłych przypadków. 

Jak ten, gdy Niemka w Konstancinie rozpoznaje w Nusku Żyda. Nie wydaje go. Zaprasza do domu i robi szabatową kolację. Opowiada, że przed wojną wyszła za mąż za Żyda i przeszła na judaizm.

Po co wam to wszystko?

Na zdjęciu, które nie istnieje, spotykają się wszyscy już chwilę po wojnie. 

Łoziński: – Ten rozdział był dla mnie najtrudniejszy do napisania. Zabrał mi kilka miesięcy. Próbowałem wyobrazić sobie to powojenne spotkanie. Moi bohaterowie są wciąż młodzi, chcą nadrobić stracone lata, prą do przodu, nie oglądając za siebie. Przeszli piekło wojny i nagle mają normalnie żyć. Po 1945 Stramerowie zostali wrzuceni do bańki, której wcześniej nie znali, ale szybko chyba uznali, że im się ten awans społeczny należy jako rekompensata od losu za doznane cierpienia. I poparli nowy ustrój, który przecież uratował im życie. 

Mikołaj Łoziński, autor powieści 'Stramerowie'

Mikołaj Łoziński, autor powieści 'Stramerowie’ Fot. Weronika Ławniczak

„Jak mama by się ucieszyła, że są znowu w komplecie! Ale czy też miałaby takie wrażenie jak Wela, że na stojącym drewnianym wieszaku rodzeństwo Stramerów zostawia tak naprawdę nie palta, wojskowe płaszcze, jesionki i futra? Tylko tych ważnych dyrektorów, redaktorów, kapitanów, pułkowników, poruczników i innych majorów, którzy przed chwilą tu weszli. I że znowu są sobą. Pod spodem, pod podszewką, wciąż są Stramerami”. 

– Nie oceniam moich bohaterów. Próbuję ich zrozumieć. Ale też staram się, żeby empatia w stosunku do nich nie przesłoniła mi ostrości widzenia. W pierwszym tomie opisuję, jak młodzi Salek i Hesio Stramerowie angażują się w komunizm. Przed wojną można było za to w Polsce pójść do więzienia i obaj tam trafiają. Idee komunistyczne uwiodły ich, bo obiecywały równość i sprawiedliwość społeczną. Ale też świat bez antysemityzmu. W ZSRR antysemityzm był zakazany ustawowo – co okazało się fikcją, opisuję to w drugim tomie, w rozdziale o Hesiu w armii Berlinga. – opowiada. 

 – Mój dziadek (jego życiem inspirowana jest postać Salka) po wojnie hiszpańskiej trafił do Francji i po wejściu Niemców działał w ruchu oporu. W 1948 roku wrócił do Polski budować „komunistyczny raj”. Dość szybko się rozczarował. W 1956 roku był korespondentem „Trybuny Ludu” w Paryżu i wysłali go wtedy do Budapesztu, gdzie zaczęło się powstanie węgierskie. Zobaczył, co się tam dzieje, i napisał prawdę. Wyrzucono go z pracy. Potem pisał felietony muzyczne, tłumaczył z francuskiego. Zmarł w 1984, ale dalej był jakby obecny w życiu naszej rodziny. Rodzice przez lata mówili o tym, co wspaniałego powiedział albo zrobił. Chcieli chyba, żebym był do niego podobny, bo na siłę doszukiwali się różnych podobieństw w moim sposobie bycia, zainteresowaniach, a nawet ich braku. „Zupełnie jak jego dziadek, który nawet raz w życiu nie wbił gwoździa!”. Miał otwarty umysł, znał języki, literaturę, filozofię, fascynował się muzyką poważną. Ja jestem po socjologii na Sorbonie, bardzo interesuję się polityką, ale nigdy się w nią czynnie nie angażowałem.

Bo miałem w głowie przykład dziadka, który nie zrealizował swojego potencjału i talentów przez to, że najpierw pół życia „poświęcił” idei komunistycznej, a potem przez drugie pół ją zwalczał.

W stanie wojennym w jego mieszkaniu zbierała się redakcja podziemnego „Tygodnika Mazowsze”. Nie wtrącał się w ich pracę, ale jako doświadczony przedwojenny konspirator martwił się, że zbyt swobodnie podchodzą do reguł konspiracji – uśmiecha się wnuk.

– Na socjologii uczyłem się, że analiza przełomowych zjawisk społecznych zwykle nie następuje od razu, potrzeba co najmniej 15 lat na głębszą refleksję. Myślę, że gdybym miał kiedyś napisać trzeci tom, to tym momentem przełomowym dla Stramerów, żeby spojrzeć za siebie i spróbować zrozumieć, w czym brali udział i co przeszli, byłby najpierw 1956 rok, a ostatecznie 1968. Kiedy mimo że odrzucili żydowską religię, tradycję i kulturę, a nawet rodzinne nazwisko, przypomniano im, że są Żydami. Część rodzeństwa wyemigrowała. Dziadek został, był już po sześćdziesiątce, i powiedział podobno, że nawarzył tego piwa, więc musi je teraz wypić.

Na powojennym zdjęciu w 1948 roku, które sobie wyobraził, są jeszcze żony i mężowie Stramerów. I Róża z Babunią. 

Łoziński: – Babunia to „prosta kobieta ze wsi” i chyba najbliższa mi postać ze „Stramerów”. Pije wódkę, klnie i swoje wie. Jest po ludowemu antyklerykalna i zdroworozsądkowa.

Róża to córka Rudka Stramera. Babunia – jej przedwojenna opiekunka, nie-Żydówka. Matka Róży zginęła wywieziona z Tarnowa do obozu zagłady. Babunia przechowała Różę przez całą wojnę.

– Była przekupką na krakowskim Kleparzu, gdzie zresztą 80 lat później Wydawnictwo Literackie urządziło krakowską premierę „Stramerów”. Babunia pokochała to żydowskie dziecko i przechowała nie tylko wbrew sąsiadom, ale też własnym córkom. Do końca życia zostały razem. Z czasem role się odwróciły i to młodsza opiekowała się starszą.

Babunię w powieści trzeba namawiać, żeby ustawiła się do zdjęcia. W końcu staje za Różą tak, że jej samej prawie nie widać.

– W ostatnim rozdziale powieści patrzy na nich, zaangażowanych w budowę nowego ustroju, ironicznie, jakby mówiła „po co wam to wszystko?”. 

– To twoje spojrzenie? – pytam. 

– Chyba mi najbliższe. Ale z dzisiejszej perspektywy łatwo to powiedzieć, bo więcej wiemy niż oni wtedy.

Powrót do Tarnowa

Czy Stramerowie po wojnie pojechali do Tarnowa? 

Łoziński: – Mój dziadek na pewno nie.

Agnieszka Wierzcholska opisuje, jak nieliczni ocalali Żydzi wracają. Zastają miasto widmo. Tarnów nie był zniszczony, stoją domy, sklepy, szkoły. Wszystko jak było, tylko połowa mieszkańców nie żyje.

„A może rodzeństwo Stramerów też tak naprawdę nie przeżyło wojny? – mignęło mu w głowie” – to myśl Salka, który za chwilę w „Stramerach” ustawi wszystkich do fotografii.

– Myślę, że oni musieli odciąć się od przeszłości, żeby móc pójść dalej – mówi Łoziński. – Rozmawiałem z moją ciotką, która jest psychoanalityczką. Dobrze znała całą szóstkę Stramerów i powiedziała mi, że nie zauważyła u nikogo z nich żadnych śladów postraumatycznych. Na tym też polegała wyjątkowość Stramerów – mówi. – To pokolenie było bardzo silne. A kolejne było w nich wpatrzone.

– Tak jak ty?

– Miałem nadzieję, że dzięki historii rodzeństwa Stramerów uda mi się opowiedzieć o trudnych i ciekawych czasach, które ukształtowały przecież nie tylko moich bohaterów. Ale właśnie całe ich pokolenie, a potem też następne. 

– Będzie trzecia część?

– Nie wiem. Chcę teraz dojść do siebie po czterech latach pisania, czytania i rozmów o wojnie i okupacji. Ostatnio zdałem sobie sprawę, że już od 17 lat piszę powieści („Książka”, „Stramer”, „Stramerowie”) inspirowane historią mojej rodziny. Nie chciałbym psychologizować, ale może to dlatego, że wychowałem się sam z mamą? I nie wiedziałem, jak to jest mieć dużą rodzinę, więc ją sobie wymyśliłem. – uśmiecha się. – Ale historia Stramerów toczy się dalej. Niedawno po spotkaniu autorskim podeszły do mnie trzy panie. Powiedziały, że ich babcia pochodziła z okolic Tarnowa. Nigdy im nie mówiła, że jest Żydówką i że przechrzciła się przed wojną. Dopiero po jej śmierci znalazły w papierach, że ich pradziadek nazywał się Naftali Stramer.

– Rodzina?

– Sprawdzę to. To by była dobra puenta naszej rozmowy, gdyby okazało się, że tak.

Stramerowie wrócili do Tarnowa za sprawą książek Mikołaja Łozińskiego. Po mieście organizowane są wycieczki przedwojennymi „śladami Stramerów”

Violetta Szostak

Musiałem uciec od pisania o Żydach i Zagładzie z pozycji na klęczkach

Kategorie: Uncategorized

1 odpowiedź »

  1. >wymyślić kolację szabatową, do której siadają Niemka z Gdańska, 

    >wermachtowiec i Żyd na fałszywych papierach……

    >To 1943 rok, w Warszawie umiera getto. Nusek – młody chłopak, Żyd – pod zmienionym 

    >nazwiskiem pracuje w pobliskiej fabryce, Niemka jest tam sekretarką, zwabiła go do willi 

    >pod pretekstem naprawy lampy. Zaprosiła też swojego brata, żołnierza Wehrmachtu….

    Rzeczywiście, sytuacja wydawałoby się całkiem nielogiczna bo po co Niemka miałaby 
zwabiać Żyda na zaaranżowaną kolację szabatową w towarzystwie wermachtowca?
Czy nie prościej byłoby po prostu zawołać policję lub gestapo?
Życie jest jednak dużo barwniejsze od najbarwniejszej beletrystyki, więc jako syn Nuska
chciałbym tu dodać parę szczegółów, żeby uzmysłowić pokoleniu Mikołaja o ile bardziej
życie było wielowymiarowe.
Kiedy mój Ojciec przyszedł naprawiać lampę (był elektrykiem) w pomieszczeniu zastał
uroczyście nakrytą kolację i niezapaloną menorę. Niemka zaczęła go prosić, żeby się nie
bał i powiedziała, że zaprosiła jeszcze na kolację swojego brata. Po chwili rozległ się krok oficerskich
butów. Jak twierdził Ojciec, od razu rozpoznał, że to był krok oficera…..SS (tak nie chodzili
wermachtowcy ani policja). Do pokoju wkroczył oficer SS a Niemka poprosiła Ojca 
o zmówienie….kadiszowej modlitwy za swojego zamordowanego przez nazistów męża.
Był gdańskim Żydem a ona przeszła dla niego na judaizm. Nawet w strasznych czasach
ludzie nie dzielili się tylko na czarne i białe charaktery. Pod koniec wojny okazało się, że właściciel fabryki Schulz, w której pracował Ojciec (ale i jego siostra Wela) był swoistym
„Schindlerem“. W jego gabinecie obowiązkowy portret Hitlera pojawiał się na ścianie
tylko na wizyty hitlerowskich oficjeli. Ojciec twierdził, że zdarzało się, że na ścianie
w miejscu zarezerwowanym dla Hiltera, wisiał portret…..Piłsudskiego (na wizyty ludzi
których właściciel fabryki podejrzewał, że są z ruchu oporu. Musiał przecież żyć „w zgodzie“
z najrozmaitszymi ludźmi, a nie do końca było wiadomo kto jest kto). Kiedy wojska
sowieckie zbliżyły się na odległość paru kilometrów, wezwał mojego Ojca do siebie,
powiedział mu, że świetnie wiedział kim jest i kim jest Wela i zaproponował mu……
miejsce w samochodzie, którym mieli się ewakuować do Niemiec. Za chwilę będą tu
Sowieci więc muszę jechać ale dla Pana (mojego Ojca) też tu nie będzie miejsca.
Nie tylko Welę uratowali Polacy, mojego Ojca też wielokrotnie ratowała bezinteresowna
    pomoc zupełnie przypadkowych ludzi….wtedy gdy sekundy decydowały o dalszym 
losie człowieka. Oprócz Weli i mojego Ojca, którym pomogli Polacy wojnę przeżyła
również moja kuzynka, córka Rudka, którą zaopiekowała się „babcia Rózia“ biedna
polska chłopka bez żadnej rodziny. A dwoje naszych kuzynów, dzieci Reny, nie 
przeżyło, bo zmarli z głodu na Syberii. 
Może dlatego opowieści Stramerów o wojnie, które od nich słyszałem
bezpośrednio, paradoksalnie wcale nie były o losie Żydów ale o ludziach, którym
cudem udało się przeżyć wojnę. Nie było w tym aż tak wielkiej tajemnicy czy 
niewytłumaczalnego przypadku, z wyjaśnieniem którego zmaga się Mikołaj. 
Przede wszystkim, czworo z nich przeżyło poza Polską. Jako dzieci chodzili do
polskich szkół więc mówili po polsku bez żydowskiego akcentu a żydowskiego nigdy
między sobą (o ile wiem) nie używali. Co uprawdopodobniało 
historię np mojego Ojca któremu przyjaciele z AK załatwili papiery, z których 
wynikało że jest bratankiem….księdza (od którego ciągle przychodziły do wspomnianej 
fabryki listy z błogosławieństwami).
Może dlatego nie mieli jakichś „kompleksów“ jako Żydzi. Nie wiem skąd wspomniana
historia mojego Ojca, który miał wejść do tarnowskiej cukierni by zapytać dlaczego
psom jest wzbroniony wstęp. On sam mi nigdy o tej historii nie wspominał chociaż
opowiadał o przedwojennym antysemityzmie. Wszyscy, ale szczególnie dziadek Mikołaja
Salek (dla którego Tarnów był pięknym „włoskim miasteczkiem“ którego urodę
uświadomił sobie, jak mi opowiadał, dopiero po latach spędzonych zagranicą,
i mój Ojciec, zawsze ze wzruszeniem wspominali swój Tarnów, w tym
również eleganckie tarnowskie cukiernie ze „wspaniałą wiedeńską kawą“. Może dlatego,
że dla nich Polska nie dzieliła się jedynie żydowską i polską. W swojej historii rodzinnej Stramerów,
Mikołaj zupełnie pomija, że wcale nie byli oni tacy jednoznacznie żydowscy.
Wela była jedyna z całego rodzeństwa, która miała męża Żyda. Reszta współmałżonków
była katolicka. Ale nie tylko. Niektórzy, jak moja matka czy mąż Reny byli Niemcami
(w trzecim pokoleniu) a druga żona dziadka Mikołaja była…..niemiecką Szwajcarką.
Ten aspekt wieloetniczności ma bardzo zasadnicze znaczenie dla historii i Polski i Holokaustu
ale przez współczesne pokolenie jest zupełnie niezauważony i niezrozumiały.

Zostaw odpowiedź Czekam na Twoje przemyślenia! Napisz w komentarzu.

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.