
Wahadło w końcu wróci i zamieni w pył każdą politykę pamięci i zbudowane wokół niej instytucje. Dlatego postulat likwidacji Instytutu Pileckiego jest przykładem myślowego infantylizmu.
W ostatnim czasie padły wezwania do likwidacji Instytutu Solidarności i Męstwa im. Witolda Pileckiego. Czuję się zobowiązany do wyrażenia mojej opinii, bo – po pierwsze – jestem przewodniczącym Kapituły Międzynarodowej Nagrody im. Witolda Pileckiego, przyznawanej przez Instytut za historyczną i reporterską książkę roku, a – po drugie – zostałem członkiem rady maleńkiego muzeum w Ostrowi Mazowieckiej, prowadzonego także przez ów Instytut.
Jeśli ktokolwiek przypuszcza, że zgodziłem się wejść do tych dwóch gremiów z jakichkolwiek względów krótkofalowych, koniunkturalnych, pragmatycznych, to z pewnością nie zna i nie rozumie moich motywacji. Nie sądzę, by tak myśleli sygnatariusze odezw o likwidację Instytutu Pileckiego, ponieważ mnie znają. Część z nich nawet dogłębnie.
Uważam koncepcję likwidacji Instytutu Pileckiego za kompletnie nietrafioną. Z kilku względów, które postaram się tu – skrótowo – wyjaśnić. Zgadzam się w pełni, że trzeba zrobić porządek z całkowicie skompromitowanym Instytutem Pamięci Narodowej. Tego – jak sądzę – nawet nie trzeba uzasadniać po licznych aferach z ubiegłych lat. Ta instytucja skompromitowała się i skompromitowaną pozostanie na tak długo, że jakiekolwiek inwestowanie w nią nie ma obecnie sensu.
Nie widzę powodu, dla którego pion prokuratorski IPN nie może być prowadzony przez normalną prokuraturę, pion archiwalny przez archiwa państwowe, a pion edukacyjny (czyli w zasadzie wydawniczy)… no właśnie… przez kogo? Wiele podmiotów mogłoby do tej misji aspirować. Wśród nich – na pewno nie na prawach monopolu – także Instytut Pileckiego.
Nie można wycinać wszystkiego, co się nam ideowo nie podoba, tylko dlatego, że stworzyła to inna opcja polityczna. Inaczej uruchomimy jedno wielkie, nigdy niestabilizujące się wahadło Foucaulta – a przecież nie stać nas na to, by po każdych wyborach likwidować wszystkie instytucje pamięci. Trochę się na tym znam i wiem, o czym mówię. Pielęgnowanie pamięci jest pracą polifoniczną, wymagającą więcej czasu, niż perspektywa najbliższych wyborów. Dużo więcej.
Być może dlatego Instytut Pileckiego stanowi problem, że – wbrew oczekiwaniom niektórych – się nie ześwinił. Jedna dyskusyjna, mała tabliczka na dworcu kolejowym w Treblince nie stanowi jeszcze poważnego argumentu przeciwko Instytutowi. Wydawane przez IP tomy źródeł, omówień i monografii nie doczekały się blamażu wśród historyków. Tak, lokalizacja siedziby nowojorskiej jest ciężko chybiona, ale to może wiedzieć tylko mieszkaniec lub stały bywalec Nowego Jorku i zawsze można to naprawić. Z kolei placówka berlińska jest fantastyczna – sam wypożyczałem obiekty na potrzeby organizacji wystawy w tym miejscu.
Zarzuty, których sednem jest odmienne spojrzenie na historię, posiadające inne akcenty, osadzone w innych narracjach, mają naturę ideologiczną. Stawiając je, udzielamy tym samym zgody na formułowanie analogicznych oskarżeń przez politycznych oponentów. Gdyż okazuje się, że to o politykę w danej kwestii chodzi. I nie ma w tym nic złego, dopóki liczymy się z możliwością oberwania rykoszetem.
Wahadło przecież w końcu wróci i zamieni w pył każdą politykę pamięci i zbudowane wokół niej instytucje. Dlatego postulat likwidacji IP jest przykładem myślowego infantylizmu. Funkcjonujemy w przestrzeni politycznej. Mnie samemu zdarzało się – przyznam, było to roku temu – grozić opuszczeniem Kapituły Nagrody Pileckiego, gdyby jedna z proponowanych do nominacji książek została wybrana. Są bowiem pewne granice w budowaniu wspólnej pamięci. Ale ową groźbę – wyrażoną z pełną świadomością ciężaru, jakie mają kwestie historyczne – potraktowano poważnie. To pokazało, że istnieje przestrzeń do dyskusji. Nie odmawiajmy jej sobie nawzajem.
Tak, uważam, że IPN stracił – na własne życzenie – rację bytu. Reforma musi być głęboka, nawet bardzo. Ale tym bardziej Instytut Pileckiego – jako instytucja, która buduje narrację, z którą być może nie każdy się utożsamia – właśnie w takiej chwili powinna zostać zachowana. Bo chodzi o jedną Polskę. Polifoniczną. Różnorodną. Ale – per saldo – starającą się mówić uczciwie. Różnymi głosami.
Piotr M. A. Cywiński
Ur. 1972. Doktor historii, działacz społeczny. Od 2006 r. dyrektor Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau, współtwórca i prezes Fundacji Auschwitz-Birkenau. W latach 2000-2010 prezes warszawskiego Klubu Inteligencji Katolickiej, obecnie członek Zarządu. Współinicjator odrodzonych Zjazdów Gnieźnieńskich, członek Zespołu Laboratorium WIĘZI. Autor kilku książek, m.in. „Sny obozowe w pamięci ocalałych z Auschwitz”, „Epitafium i inne spisane niepokoje”, „Rampa w pamięci Żydów deportowanych do Auschwitz”.
Instytut Pileckiego: zatrzymać wahadło pamięci
Kategorie: Uncategorized


Instytut Pileckiego został stworzony w jednym, jedynym celu aby zakłócić rzetelną historyczną dyskusję o stosunkach polsko-żydowskich w okupowanej przez Niemcy Polsce i przedstawić pomoc Polaków dla Żydów jako masową i jako panującą społeczną normę. To jest stawianie wpierw tezy i ”dobieranie” dowodów na jej udowodnienie. To nie ma nic wspólnego z badaniami historycznymi.