
Nacjonalizm doskonale konweniuje z dyktaturą, ale taką, w której od czasu do czasu odbywa się plebiscyt, podczas którego naród ma okazję i zaszczyt okazać miłość i poparcie swojemu przywódcy. Marne to, ale działa.
Na „legitkę” można było kiedyś wypożyczyć kajak albo zaczep do wyciągu linowego. Legitymacja szkolna stwierdzała, kim jesteś i jaki jest twój status. Dzieciak, ale przynajmniej wiadomo czyj. Bo też legitymacją nazywamy dokument poświadczający tożsamość i uprawnienia. I to ciekawe, bo akurat w języku polityki „legitymacja” nic nie mówi o tożsamości, a jedynie o prawie do sprawowania władzy przez dany rząd. Gdy jest demokratyczna, to nazywamy ją mandatem, lecz najczęściej demokratyczna nie jest. Albo jest demokratyczna nieformalnie, gdyż rząd ma wprawdzie bardzo szerokie poparcie w społeczeństwie, lecz nie zostało ono zweryfikowane w wolnych wyborach.
Tak bywa, bo władzę zwykle obchodzi jedynie to, czy ma wystarczające poparcie, aby się utrzymać. Czy akurat musi to być poparcie większości? To zwykle nie ma praktycznego znaczenia. Bo silna, zwarta i zdeterminowana mniejszość znaczy więcej niż bierna większość, choćby była to większość, która akurat danego dnia w danych okolicznościach dokonała takiego, a nie innego wyboru. Jak mówi klasyk, do wyborów przystępuje „przypadkowe społeczeństwo”. Władza ma powody nie lubić demokracji i jeśli już ona jest, to woli mieć ją pod kontrolą. W końcu demokratyczne wybory najczęściej są dość efemeryczne i rapsodyczne. Jakiż to ma sens tracić władzę z powodu chwilowego „wahnięcia nastrojów”?
Problem legitymacji władzy ma w teorii polityki znaczenie kluczowe. Chodzi o dwie kwestie egzystencjalne. Pierwsza to pochodzenie władzy i jej ciągłość. Zwykle bowiem rząd szuka dla siebie uzasadnienia we własnej genezie – to, co wyniosło cię do władzy, wciąż podtrzymuje twoje prawo do jej posiadania. Druga kwestia dotyczy zaś groźby utraty władzy – skoro rząd nie ma silnej i potwierdzonej legitymacji, to powinien go zastąpić jakiś inny, bardziej legitymizowany. Dlatego teoria legitymacji władzy zajmuje się jej stosunkiem do czasu, to znaczy jej przeszłością i przyszłością. Rządzenie jest nudne i nie dostarcza wielu przyjemności. Od władzy realnej, sprawowanej w teraźniejszości, atrakcyjniejsza jest władza symboliczna, wychodząca poza porządek czasu. Legitymacja utwierdza zaś rząd właśnie na poziomie symbolicznym.
Etymologicznie „legitymacja” to uprawomocnienie, uzgodnienie z prawem (lex). Gdy ktoś rządzi, to można zapytać: „Jakim prawem?”. I najczęściej jakieś prawo się znajdzie, ale nie do końca i nie zawsze. Władza jest kwestią faktów i od biedy obywa się bez legitymacji. Jedyne, bez czego nawet na krótką metę nie może się obyć, to siła, czyli zdolność do ukarania każdego, kto chciałby się jej przeciwstawić albo próbował ją obalić. I tak to już w polityce jest, że porządek faktów czy realiów („na władzę nie poradzę”) przeplata się z porządkiem mitów, marzeń i symboli. Władza „naga”, oparta jedynie na sile, nie cieszy i najczęściej też nie trwa długo.
A jednak w sile jest coś fascynującego. Budzi taki respekt i podziw, że sama w sobie czasami służy za legitymację. Wszelako lepiej jest ją połączyć z bohaterskim mitem, np. z opowieścią o chwalebnej rewolucji, która obaliła tyranię. Nikt przecież nie mówi: „Rządzimy, bo nie ma od nas silniejszych, którzy mogliby nas od rządzenia odsunąć”. Dlatego siła najczęściej wymaga uzupełnienia. Może nim być genealogia mitologiczna, w rodzaju jakiejś niekończącej się nigdy rewolucji, lecz najlepiej po prostu przyjąć berło od samego Boga za pośrednictwem jego kapłanów. Któż by śmiał zamachnąć się na władzę pochodzącą od samego Stwórcy?
Na tle pięknych i porywających opowieści o starożytnych podbojach, o wielkich rewolucjach, chwalebnych powrotach zaginionych carewiczów i innych przejawach niewątpliwej i cudami zwiastowanej woli bożej nowoczesne legitymacje wyglądają jak różowy kartonik ze zdjęciem chudego chłopczyny. Pierwsza z nich opiera się na wynalazku narodu. Naród to społeczność etniczna pragnąca mieć własne terytorium, na którym rządzi suwerennie. Kto stworzy państwo narodowe, ten niejako z definicji ma prawo rządzić w nim w imieniu narodu. Nacjonalizm doskonale konweniuje z dyktaturą, ale taką, w której od czasu do czasu odbywa się plebiscyt, podczas którego naród ma okazję i zaszczyt okazać miłość i poparcie swojemu przywódcy. Marne to, ale działa. Zwłaszcza gdy znajdzie się upierścieniony kapłan, który na legitymacji nacjonalistycznej odciśnie pieczęć bożej aprobaty.
W naszych czasach legitymacja władzy jest jeszcze mizerniejsza. Kto „konserwatysta”, ten może jeszcze i z nacjonalizmu co wyciśnie, i kapłana hojnym darem sobie zjedna, lecz działa to tylko przez chwilę i bez przekonania. Po defiladzie idą ludziska do domu i zajęci swoimi sprawami zapominają, że są „wielkim i dumnym narodem”. Najgorzej ma jednakże demokrata. On chce tę swoją legitkę od ludzi wyrwać, opowiadając głodne kawałki o jakichś reformach i innych tam „politykach”. Ani on silny, ani piękny, ani ma Boga za sobą. No pętak po prostu. To nie może działać. A jednak czasami działa. I to jest istny cud
Kategorie: Uncategorized


Kiedy po licznych anty-rządowych demonstracjach w NRD w r. 1953 wstępniak w oficjalnej, partyjnej gazecie ”Neues Deutschland” ostro potępił owe demonstracje, Berthold Brecht podobno skomentował to następująco: ”jak się rządzącel partii nie podoba naród, niech sobie wybierze inny!”
Hartman zabawia się w abstrakcyjne intelektualno-profesorskie igraszki, podczas gdy rzeczywistość to nacjonalizm skonbinowany z fanatyzmem.