
W marcu 1968 roku po wojnie sześciodniowej Polska wraz z całym tak zwanym obozem socjalistycznym pod dyktando Moskwy zerwała stosunki z Izraelem. Towarzyszyła temu ostra antyizraelska propaganda. Polska nie była wyjątkiem, ale tutaj kampania nienawiści przybrała szczególnie ostry charakter, bo lokalne frakcje partyjne wykorzystały ją do własnych rozgrywek i czystek. Gazety pełne były historii o żydowskiej piątej kolumnie, na wiecach krzyczano „Syjoniści do Syjonu”, a naciski dotykały każdej redakcji. Wielu polskich Żydów na skutek tej nagonki zdecydowało się wyjechać z Polski. Ówczesny naczelny Polityki Mieczysław Rakowski nie należał do gorliwych uczestników tej brudnej kampanii i odmówił wciągnięcia w układy z moczarowcami, którzy w większości stali za tymi atakami. Polityka nie była w awangardzie antysemickiej szczujni i już samo to w tamtych realiach było znaczące.
Dziś po 57 latach historia powraca w lustrzanym odbiciu i jak to z takimi odbiciami bywa, wszystko jest na odwrót.
Redakcja Polityki nie musi ulegać naciskom władz, a jednak z własnej nieprzymuszonej woli publikuje akt potępienia własnego felietonisty, Jana Hartmana za wpis na prywatnym koncie. W tonie jak żywo przypominającym dawne rytuały odcinania się od wroga ludu ogłasza, że z „zaskoczeniem” i „niesmakiem” nie akceptuje jego słów. I tak wymuszoną lojalność wobec Moskwy, stolicy Związku Radzieckiego, zastąpiła nieuświadomiona lojalność wobec Moskwy Putina, połączonych mimo upływu lat tą samą tradycyjną, niezależną od aktualnie panującego w Rosji ustroju nienawiścią do Izraela jako swojego strategicznego wroga. Rakowski, broniąc się przed wpływami moczarowców, których szczerze nie znosił i którymi gardził za ich prymitywny antysemityzm, doskonale zdawał sobie sprawę z powiązań z Rosją, podczas gdy redakcja współczesnej Polityki wydaje się być zagubiona jak dzieci we mgle.
Komentarze pod tym oświadczeniem to po prostu wiec potępienia dla inaczej myślącego. Jeden z czytelników napisał, że Jana Hartmana trzeba „wywalić na zbity pysk” i jeśli redakcja tego nie zrobi, to on zrezygnuje z subskrypcji. Cóż w takiej sytuacji robi redakcja niegdyś szacownej Polityki? Nie tylko nie reaguje na owe wpisy, zresztą po co by miała reagować, w końcu sama nakręciła aferę publikując oświadczenie, nota bene na czerwonym, rewolucyjnym tle, co tylko wzmaga moje skojarzenia z marcem ’68 i atmosferą partyjnych wieców, ale wręcz z uprzedzającą grzecznością odpowiada owemu randomowemu czytelnikowi, że już się „jednoznacznie odcięła”, uniżenie dziękuje mu za tyle lat „bycia z nami”, jak również wyraża zrozumienie dla emocji owegoż czytelnika. Mamrocze też coś o „wartościach POLITYKI” i „niezgodzie na taki język”. Dziwnym trafem fraza o wywalaniu na zbity pysk w odniesieniu do współpracownika jakoś nie kłóci się z wartościami Polityki i nie wywołuje w niej niezgody.
Taki język jest dozwolony, jeśli dotyczy felietonisty, natomiast dziennikarz nie może pozwolić sobie na ostrzejszą ekspresję, bo to już wymaga publicznego napiętnowania. Pokrętna ta logika i bardzo lewicowa w stylu i formie. Tolerancja dla hejtu w komentarzach, a kneblowanie felietonisty to najwyraźniej współczesna definicja pluralizmu.
Hartman niedawno napisał tekst o antysemityzmie, naprawdę dobry tekst, i chociaż na końcu złożył obowiązkową deklarację porządnego lewicowca, że Netanjahu to zbrodniarz, a Izrael na pewno popełnia zbrodnie wojenne, to jak widać wiele mu to nie pomogło w oczach hunwejbinów z Polityki. Najwyraźniej nie było to wystarczające dla wyznawców nowego propalestyńskiego kultu, którymi stała się redakcja Polityki. W oczach własnej, niby macierzystej redakcji profesor Hartman okazał się nie dość rewolucyjny, bo dziś nie wystarczy już tylko nienawidzieć Netanjahu i wyznawać dogmat o zbrodniach Izraela. Trzeba jeszcze czcić dogmaty pomniejsze, takie jak ten o męczeństwie posła Sterczewskiego, czy też inne – jak uznanie wszelkich działań Hamasu za słuszny ruch oporu, Gazan za krystalicznie niewinne ofiary, a Izraela za imperium zła.
Hartman w swoim wpisie nie napisał niczego oderwanego od rzeczywistości, choć użył ostrego języka. Każde zdanie miało swoją logikę. Gdy stwierdził, że za udział w propagandowej akcji nazistowskiej organizacji terrorystycznej Hamas Sterczewski powinien być sądzony i ukarany w Izraelu, wskazał, że tylko tam realnie mógłby ponieść odpowiedzialność, ponieważ w Polsce chroni go immunitet poselski, a dodatkowo także immunitet społeczno-polityczny, czyli parasol ochronny własnego środowiska. W dodatku jak widać antycypował życzenia samego Sterczewskiego, który niczego innego chyba nie pragnął, jak procesu w Izraelu. Pisząc, że wspieranie terroryzmu nie jest u nas ścigane, chyba że chodzi o terrorystów mordujących Żydów, uderzył w podwójne standardy, w których ofiara żydowska nie pasuje do schematu, więc zamiast potępienia pojawia się relatywizacja. W dalszej części, życząc polskim „nazistom z hamasowskich kutrów” pobytu w jednym z więzień na pustyni Negew razem z palestyńskimi terrorystami w jednej celi, posłużył się satyrą. Poza tym nie rozumiem, dlaczego życzenie bliskości z idolami z Hamasu miałoby być dla pana Sterczewskiego i redakcji Polityki obraźliwe. Przecież to tylko męczennicy ruchu oporu, przebywanie z nimi w jednej celi byłoby chyba dla posła Sterczewskiego prawdziwym zaszczytem. Problemem okazała się nie treść, lecz forma. Polityka nie potrafiła udźwignąć tego, że jej felietonista mówił prosto z mostu i nie bawił się w eufemizmy. Dlatego zamiast stanąć za autorem, lub chociaż zignorować jego było nie było prywatny post, Polityka zdecydowała się na publiczne odcięcie, starając się przypodobać najgłośniejszym odbiorcom, którzy nie znoszą ostrych słów, chyba że sami ich używają.
Jan Hartman bywa kontrowersyjny, ale właśnie taka jest rola felietonisty – ma być wyrazisty, czasem ostry, ma prowokować. Tymczasem redakcja oczekuje ugrzecznionego przekazu, a całą furię przerzuca do komentarzy, gdzie wolno pisać wszystko i nikomu w redakcji jak widać to nie przeszkadza. Tak rodzi się sytuacja, w której ostre zdanie felietonisty staje się skandalem wymagającym odcięcia się, a równocześnie anonimowy czytelnik może rzucać najgorszymi inwektywami bez żadnych konsekwencji. Taka to logika – gazeta zamiast bronić pluralizmu, broni tłumu, bo się go boi i woli mu się kłaniać. O jakiejś staroświeckiej lojalności wobec dziennikarza, z którym Polityka jest związana, można zapomnieć.
Antysemityzm nie ogranicza się do sieciowych komentarzy, ale wychodzi na ulice. W czwartek, w Jom Kipur, przed Ambasadą Izraela w Warszawie zebrało się kilkadziesiąt osób. Zgromadzenie szybko przerodziło się w agresję, budynek oblano czerwoną farbą, wybito szybę w drzwiach. Jakaś rozhisteryzowana kobieta wrzeszczała jak opętana, życząc wszystkim mieszkańcom Izraela, aby zdechli w męczarniach, a tłum frenetycznie bił jej brawo. To już nie była polityczna manifestacja, ale jawna nienawiść wobec Żydów i wezwanie do przemocy.
W tym samym czasie w Manchesterze, podczas Jom Kipur, w synagodze miał miejsce atak terrorystyczny, w którym zginęły dwie osoby, a trzy zostały ranne. Słowa zamieniają się w czyny, a ponieważ są to słowa nienawiści, przekształcają się wyłącznie w przemoc.
Ponad osiemdziesiąt procent polskich Żydów uważa, że antysemityzm narasta, wielu boi się nosić symbole swojej tożsamości. Światowy Kongres Żydów dokumentuje wezwania w mediach społecznościowych do „powtórki z historii”. Prokuratura prowadzi sprawy dotyczące wpisów wprost wzywających do gazowania Żydów. Theodor Adorno pisał, że antysemityzm żyje nawet tam, gdzie nie ma realnych Żydów, bo funkcjonuje jako fantom, na którym społeczeństwa wyładowują swoje lęki. Zygmunt Bauman pokazywał, że nowoczesność nie tylko nie chroni, ale wręcz umożliwia systematyczne prześladowania. Hannah Arendt przestrzegała, że zło staje się możliwe, gdy ludzie bezmyślnie powtarzają hasła, nie zastanawiając się nad ich konsekwencjami.
Dlatego właśnie wydarzenia w Warszawie i Manchesterze trzeba postrzegać jako ściśle związane z tym, co dzieje się w mediach. Jeśli w stolicy ktoś publicznie życzy śmierci całemu narodowi, a inni nagradzają to brawami, jeśli w Anglii giną ludzie w synagodze, a jednocześnie redakcja, która powinna stać po stronie pluralizmu, publikuje akt odcięcia się od własnego autora, to znaczy, że przekroczone zostały granice, których cywilizowane społeczeństwo nie powinno tolerować. Państwo ma obowiązek reagować stanowczo, media powinny nazywać rzeczy po imieniu, a my wszyscy mamy obowiązek sprzeciwić się nienawiści od razu, zanim znowu zamieni się w przemoc.
Przypomniał mi się wywiad Jana Hartmana dla Polin, opublikowany na YouTubie. Opowiadał tam o swoim życiu i pod sam koniec z czułością wspomniał o redakcji Polityki, o lojalności i współpracy. Zastanawiałam się wtedy, skąd w nim taka czułość wobec gazety, która od kilku lat coraz wyraźniej dryfuje w stronę przypodobania się najmłodszym, najbardziej skrajnym i najbardziej lewicowym czytelnikom. Teraz już wiem, że to była tylko iluzja.
Na koniec wracając do niestety posła Sterczewskiego (jak tacy ludzie u nas zostają posłami?!), ostatnie doniesienia są takie, że polscy uczestnicy flotylli, których nazwisk nawet nie chce mi się tutaj wymieniać, odmówili dobrowolnej deportacji i żądają procesu. Polska zapewnia im pomoc konsularną, czyli znowu wydaje na nich pieniądze podatników, choć mam nadzieję, że za prawników i podróż powrotną będą musieli finalnie zapłacić z własnej kieszeni. Chociaż, znając realia ogłupiałego i sekciarskiego środowiska, zaraz pewnie ruszy zbióreczka na koszty śródziemnomorskiej wycieczki do Izraela. Dużo za dużo pisze się i mówi o ludziach, którzy nie są warci tej uwagi, a najwyraźniej tylko o nią im chodziło. Teraz rozpiera ich pragnienie bezpiecznego, udawanego męczeństwa. Warto przypomnieć, że uwielbiani przez nich mieszkańcy Gazy naprawdę porywali ludzi i naprawdę byli brutalni. Te cieniasy z Europy nie mają pojęcia, czym jest realna brutalność i jak wygląda prawdziwe porwanie.
Z FB
Kategorie: Uncategorized


Jescze jeden do @Jerzy:
”Więc zamiast bezskutecznie zawstydzać antysemitów że są: be, fe, brzydcy, głupi, niemoralni, niedomyci i.t.d. powinniśmy raczej zastanawiać się jak by tu ten antysemityzm i tych antysemitów spożytkować dla naszych celów, o ile mamy jeszcze jakieś oprócz w.w.”
Może i nieskuteczne. Ale co rzeczywiście byłoby skuteczne gdyby my wszyscy zabraliśmy za własnych Żydów antysemitów. A jest ich sporo i są bardzo głośni. A my milczymy. Nawet ich nie wstydzimy, nie mówiac już o tym by ich przekonywać, że są głupi, niemoralni lub po prostu idioci.
Porównanie tygodnika Polityka z czasów marca 68 z jego dzisiejszym pogrobowcem, jeśli chodzi o sprawę antysemityzmu wtedy i dziś, sporo kuleje. Zacznijmy od tego, że dzisiejsza Polityka jest jednym z wielu tygodników na polskim rynku wydawniczym, który codziennie musi walczyć o czytelnika, o klikalność
oraz ogłoszeniodawców. Ale i o pióra sprzedających się autorów. Tymczasem rzekomy liberał i „naczelny”
Polityki w marcu 68 Rakowski w dzisiejszym rozumieniu słowa nie był żadnym redaktorem tylko jednym z najważniejszych aparatczyków peerelu, szefem nie tygodnika ale….”organu Komitetu Centralnego PZPR”,
czyli tuby propagandowej ówczesnej monopartii. To co się pokazywało na jej łamach nie zależało nawet od wszechwładnej wówczas cenzury ale było wyraźną dyrektywą kierownictwa partyjnego, które Rakowski ubierał w słowa. Marzec 68 nie był jedynie dziełem jednej z partyjnych frakcji, „partyzantów”, której przewodził ówczesny szef MSW Moczar, nie brał się też z ludowego antysemityzmu czytelników gazet, za którym miałyby one podążać i go wzmacniać (jak to się dzieje dzisiaj) ale głównie pomysłem Gomułki na zrealizowanie sowieckiego „zamówienia” (dla spełnienia którego wszystkie kraje „socjalistyczne” m.in. zerwały stosunki z Izraelem), który przy tym musiał balansować między różnymi partyjnymi frakcjami. Moczarowcy byli bardzo krzykliwi ale Rakowskiemu, człowiekowi bezpośrednio zależnemu od Gomułki, mogli jedynie….”naskoczyć”. Pamiętajmy przy tym, że ówczesne gazety, nawet te poczytniejsze bo piszące o lokalnych sprawach, jak Expres Wieczorny, nie wychodziły „zamówienie” rynku. Każda gazeta dostała przydział papieru na określoną ilość kopii, i drukowała się w tylu obojętnie czy ktoś ją kupował czy nie.
Było mnóstwo tytułów jak Żołnierz Wolności czy Głos Ludu, których absolutnie nikt nie kupował
ale ich redakcje „pracowały” nieznużenie dzień w dzień. Nawet pisma „opozycyjne” jak np. kościelny Tygodnik Powszechny wychodziły nie dlatego, że materiał został zatwierdzony przez cenzurę, ale przede wszystkich bo miały….przydział papieru do druku!!! Ten przydział był ważniejszy od stempla cenzorskiego, bo cenzor mógł dopuścić materiał ale ktoś ważniejszy mógł przydział pspieru zmniejszyć o połowę lub go całkiem zlikwidować. Wicie, rozumicie, papieru nie ma i nie będzie. I co nam zrobicie? (jak w słynnej anekdotce o płaszczu, który zniknął z płatnej garderoby).
W tamtych czasach wszystko, nie tylko gazety, funkcjonowało na zasadzie peerelowskiej logiki. Zgodnie z nią, jak to dziś czytamy w pożółkłych gazetach, spędzani na wiece o przymusowej obecności ludzie krzyczeli dostarczone im do krzyczenia hasło Syjoniści Do Syjonu, ale po wykonaniu bojowego „zadania” opowiadali sobie dowcipy o mieszkańcach Kubania (Kubańczykach), którzy zwracali się z prośbą do władz sowieckich o pozwolenie na powrót do rodzinnej….Kuby (Kubańczycy na Kubę!). Właśnie kończyła się Wojna Sześciodniowa, która miała być tryumfem „sił anty-imperialistycznych”. Gazety wpierw donosiły o sukcesach wojsk egipskich po czym nagle….zamilkły. Jeśli komuś udało się wysłuchać mocno zagłuszane wiadomości Wolnej Europy, to już wiedział, że Egipt poniósł sromotną klęskę i stracił cały Synaj a (nakazane) milczenie gazet było jedynie żałosnym brakiem ustalonej oficjalnej narracji. To nie przeszło niezauważone i, w odróżnieniu od 2025, ulica reagowała na wydarzenia w Izraelu całkiem żywo. Byłem świadkiem jak jakiś pijaczek w tramwaju głośno krzyczał o powszechnym (ówczesnym) odczuciu: „…trzy miliony dało w d*pę stu milionom (domyśl. Arabów) a nas jest trzydzieści milionów!!! Ludzie słuchali rozbawieni. Było jasne, że nie chodziło o naszą rozprawę z Arabami. Kiedy indziej, w czasie podróży z Ojciem warszawską taksówką, jej szofer, stary taksówkarz, po wysłuchaniu radiowych wiadomości, skomentował zwycięstwo Izraela: „…panie, ja ich dobrze znam, wiem to potrafią, to nasi chłopcy! Panie, ja przed wojną byłem w ONR i chodziliśmy się z nimi bić. Łatwo nie było. Araby są bez szans”. Dzisiaj tych ludzi już dawno nie ma, nie opowiedzą na YouTube jak było. A o tym jak było z pożółkłej i ocenzurowanej ówczesnej Polityki albo Życia Warszawy się nie dowiemy.
@Jerzy H. Cytowany wiersz A. Asnyka jest troche nieadekwatny. Nie mozemy zarzucic autorce artykulu ze ”glowe stroi w liscie lauru uwiedlego”. Ten wiersz byl chyba skierowany do podupadajacej szlachty dziewietnastego wieku.
Czytelnikom tej strony polecam inny wiersz Asnyka, ale w podobnym tonie, zaczynajacy sie od slow: ”Miejmy nadzieje!… ”
”Daremne żale – próżny trud,…Świat pójdzie swoją drogą.”
Pani Beato, artykuł dobry, i jak widać potrzebny ale troszkę za bardzo na swojską nutę…
Jedyna usterka, zawsze irytująca mnie, jako emigranta po Marcu 68, to stwierdzenie ”Wielu polskich Żydów na skutek tej nagonki zdecydowało się wyjechać z Polski.” Otóż nie! Przytłaczająca większość polskich Żydów wyjechała z Polski powojennej przed rokiem1968. A jeszcze część z tych, co doczekali 68. w PL czekała uporczywie na na spełnienie się obietnicy Mazurka Dąbrowskiego…
Brak mi też momentu konstruktywnego uzupełniającego świetną analizę historyczną. T.j. ponieważ antysemityzm okazał się nieśmiertelnym, i to po raz nie wiem który, wydaje mi się. że jest on wpisany w geny ludzkie, albo, co na jedno wychodzi, jest darem od B… dla Żydów, po to, żeby przypomnieć temu malutkiemu liczebnie ”narodkowi wybranemu”, że najważniejszym jego zadaniem jest uporczywe pilnowanie własnej skóry. ( NB.: Gdyby tak Izrael o tym pamiętał nie doszłoby do wielu katastrof, a w szczególności tej ostatniej)
Więc zamiast bezskutecznie zawstydzać antysemitów że są: be, fe, brzydcy, głupi, niemoralni, niedomyci i.t.d. powinniśmy raczej zastanawiać się jak by tu ten antysemityzm i tych antysemitów spożytkować dla naszych celów, o ile mamy jeszcze jakieś oprócz w.w.
Jerzy Holcman
Dziękuję bardzo. Jan Hartman
Świetny artykuł. Dziękuję serdecznie pani Beacie Lewkowicz za głębokie zrozumienie żydowsko-polskiej i izraelskiej problematyki, oraz za Jej mądrość, odwagę i cenne zaangażowanie w nasze sprawy.
Oraz za zorganizowanie w centrum Warszawy wspaniałej pro-izraelskiej manifestacji w skierowanej przeciw antysemityzmowi i przeciw wszelkiej nienawiści w Polsce.
Pani Beato, dała Pani przestrzeń na spotkanie ludzi dobrej woli w Polsce i na wypowiedzi
Żydów i Polaków, lokalnych i z zagranicy, religijnych i nie, a wszystkich połączonych troską o dobro Polski, dobro Izraela i zwyczajną uczciwość i godność człowieka coraz rzadszą w dzisiejszym świecie który zatracił busolę moralną.
Dała nam Pani nadzieję..