
Zmęczyły mnie uczone analizy i wielkie słowa o „procesach geopolitycznych”. Wszyscy wszystko wiedzą, wszyscy coś „rozumieją w kontekście”. Tylko że im więcej tych kontekstów, tym mniej sensu. Dlatego dziś, ponownie, bez przypisów, bez naukowych tonów, bez udawania, po prostu o tym, jak wygląda świat, kiedy zdejmiemy z niego mapę i zostanie tylko człowiek.
Europa żyje w iluzji. Patrzy na mapę Bliskiego Wschodu i widzi państwa. Widzi flagi, parlamenty, prezydentów. Nie widzi tego, co kryje się pod spodem: klanów, rodów, milicji i sieci lojalności, które nie mają nic wspólnego z naszym pojęciem państwa.
Mówimy: Irak, Syria, Liban, Jemen, Palestyna. Na mapie wyglądają jak państwa – mają granice, flagi, czasem nawet parlamenty i ambasady. Ale to tylko iluzja państwowości, która istnieje w oczach Zachodu, nie w rzeczywistości. W rzeczywistości to sieci rodów, klanów, sekt i milicji, które łączą się i rozpadają w zależności od tego, kto akurat rozdaje pieniądze, ropę albo broń.
Europa wciąż nie rozumie, że państwo w rozumieniu zachodnim – z instytucjami, obywatelstwem, prawem, systemem edukacji i lojalnością wobec wspólnoty politycznej – w świecie arabskim prawie nigdy nie zaistniało. To, co istnieje, to symulakrum: namiastka władzy, która udaje, że reprezentuje naród, a w praktyce reprezentuje rodzinę, sektę, ród lub bojówkę.
Mówimy: Irak. W rzeczywistości to trzy równoległe światy. Na północy – Kurdystan, z własnym rządem, własną armią (Peszmergą) i własnymi klanami, które między sobą toczą wojny o wpływy w Irbilu i Sulajmaniji. Na południu – szyickie milicje, które działają jak prywatne armie duchownych i polityków, często lojalne bardziej wobec Iranu niż wobec Bagdadu. W centrum – resztki sunnickich plemion z prowincji Anbar, które walczyły z ISIS, a dziś walczą o przeżycie w pustce politycznej. Formalnie istnieje rząd, parlament, wybory. W praktyce: żadna decyzja nie przejdzie bez zgody lokalnych patronów. Irak to nie państwo – to konfederacja układów rodzinnych i zbrojnych, w której każda grupa broni własnej części tortu. A więc Europa mówi: „Irak się odbudowuje”. A Irakijczycy mówią: „kto odbuduje nasze plemię?”.
Państwo syryjskie to fikcja tak doskonała, że stała się podręcznikowym przykładem klanowej dyktatury. Od 1970 roku Syrią rządzi jedna rodzina – Asadowie – reprezentująca alawicką mniejszość (ok. 10% społeczeństwa). Wszystkie kluczowe stanowiska w armii, służbach i administracji obsadzono członkami tego samego rodu lub ich sojusznikami. Reszta kraju to patchwork klanów i sekt: sunnici, Druzowie, chrześcijanie, Kurdowie – każdy z własną strukturą lokalnej władzy, z własnymi milicjami. Syria od dawna nie jest państwem – to archipelag stref wpływów: Rosjanie kontrolują wybrzeże, Irańczycy południe, Turcja północ, a Damaszek jest tylko nazwą. Asad utrzymywał władzę, ale utracił państwo. Teraz tymczasowym „wybrańcem” został Ahmed al-Sharaa, przywódca ugrupowania Hay’at Tahrir al-Sham, który przejął władzę w wyniku rebelii przeciw Assadowi. Paradoksalnie, Zachód zwraca się do niego jak do „prezydenta Syrii”, chociaż on nie rządzi nawet połową kraju.
Liban jest najdoskonalszym przykładem systemowej klanowości, która została usankcjonowana prawem. To, co w Europie nazwalibyśmy nepotyzmem, tam nazywa się „równowagą konfesyjną”. Prezydent musi być chrześcijaninem maronitą, premier sunnitą, przewodniczący parlamentu szyitą. Czyli w rzeczywistości oznacza to, że państwo nie istnieje – istnieje wyłącznie związek rodzin religijnych, z których każda ma własną sieć lojalności, banki, media, szkoły i milicje. Hezbollah – czyli szyicka armia w środku kraju – kontroluje połowę terytorium, granice z Izraelem i część rządu. Kiedy państwo jest sparaliżowane, to właśnie klany i partie wyznaniowe rozdają chleb, benzynę i pracę. To feudalizm w przebraniu demokracji, a Zachód tylko udaje, że to pluralizm.
Jemen od dekad istnieje tylko teoretycznie. Państwo centralne upadło, a jego miejsce zajęły plemiona i milicje. Na północy rządzą szyiccy Huti – lojalni wobec Iranu, na południu sunnici i lokalne rady, a pośrodku rozproszone klany, które handlują bronią i ropą. Prezydent, premier, rząd – to czyste symbole. Realna władza leży w rękach rodzinnych sieci, które potrafią w jeden dzień przejść z jednej strony konfliktu na drugą. Jemen to dziś państwo bez stolicy. Wniosek? Proszę bardzo – kiedy Europa mówi o „pomocy dla Jemenu”, wysyła pieniądze do organizacji, które nie reprezentują nikogo. Bo nie ma już narodu, tylko konfederacja przetrwania.
Afganistan nigdy nie był narodem. To zlepek plemion – Pasztunów, Tadżyków, Uzbeckich i Hazarów – połączonych wspólną tradycją wojny. Talibowie to nie partia, nie ideologia – to plemienna armia Pasztunów, która narzuca swoją władzę reszcie kraju. Ich prawo to pasztunwali – kodeks honoru sprzed islamu, który opiera się na zemście, lojalności i hańbie. Państwo w sensie instytucjonalnym nigdy tam nie istniało. Każdy region ma swojego „emira”, swoje prawo, swoje kobiety i swoją armię. Europa nazywa to „państwem upadłym”. Afgańczycy nazywają to „porządkiem”.
To, co dzieje się w Gazie, nie jest wyjątkiem – to model całej Palestyny, zredukowany do najbardziej brutalnej formy. W Autonomii Palestyńskiej, podobnie jak w Gazie, nie istnieje realna struktura państwowa, tylko sieć rodzin, klanów i lokalnych patronów, którzy dzielą między siebie wpływy, stanowiska, kontrakty i lojalności. Fatah, choć ubrany w garnitury i dyplomatyczne konwencje, działa na tych samych zasadach co Hamas: przynależność, klientelizm, lojalność wobec „naszych”. Gaza jedynie obnażyła to, co na Zachodnim Brzegu jest zamaskowane: brak społeczeństwa obywatelskiego, brak instytucji, brak pojęcia dobra wspólnego. Tam, gdzie w Europie rodzi się państwo, w Palestynie rodzi się zależność. Nie ma obywateli – są podopieczni, są lojalni, są „nasi”. Dlatego Gaza jest tylko obrazem w lustrze – miniaturą Palestyny, której nie da się zbudować, bo nigdy nie miała fundamentów państwowości.
Zachód widzi flagę, ambasadę, ONZ-owski status obserwatora – i mówi: państwo. Nie widzi, że pod spodem nie ma nic z tego, co czyni państwo prawdziwym: wspólnego prawa, wspólnego dobra, wspólnej lojalności. My, Europejczycy, patrzymy przez pryzmat własnej historii – narodów, które przeszły przez reformację, oświecenie, rewolucje i konstytucje.
Nieświadomość jest paraliżująca. Mówimy „Irak”, a myślimy „państwo”. Mówimy „Syria”, „Liban”, „Jemen” – i widzimy mapę, a nie system lojalności. Mówimy „Palestyna”, i wyobrażamy sobie demokrację z herbatką w filiżankach i bezą na porcelanowym talerzyku. Tymczasem tam nie ma nawet słowa „państwo” w naszym znaczeniu. To wszystko jest bajką o krajach, które istnieją tylko na papierze. A najgorsze w tej bajce jest to, że Zachód naprawdę w nią wierzy.
Nie chodzi o religię jako wiarę. Chodzi o cywilizacyjny model świata, który z niej wyrósł. Kraje, w których islam jest większością, wytworzyły przez stulecia mentalność wspólnotową, opartą nie na jednostce, lecz na grupie: rodzinie, klanie, ummie – czyli wspólnocie wszystkich muzułmanów. Tam nie istnieje pojęcie jednostki wolnej od wspólnoty, tak jak my ją rozumiemy od czasów Greków, oświecenia i rewolucji obywatelskiej. Zachód zbudował cywilizację od jednostki w stronę wspólnoty. Islamiczny Wschód zbudował ją od wspólnoty w stronę jednostki – ale tej drogi nigdy nie przeszedł.
Dlatego my – ludzie Zachodu – nie możemy ani narzucić, ani przyspieszyć ich historii. Nie mamy wpływu na ten proces, bo to nie jest kwestia polityki, tylko kultury, języka i duchowości. Jedyne, co możemy zrobić, to bronić własnej cywilizacji, naszego prawa, naszej logiki, naszego pojmowania wolności. Nie z pogardą wobec innych, lecz z pełną świadomością, że nasz system wartości nie jest uniwersalny – i że jego rozcieńczanie zawsze kończy się tak samo: utratą nas samych.
Zdaję sobie sprawę, że to właśnie brak znajomości kultury, historii i geopolityki Bliskiego Wschodu kieruje naszą zachodnią logiką ku temu, co dla nas oczywiste: że państwo to granice, instytucje i hymn. Ale to błędne założenie prowadzi nas do jednej katastrofalnej konkluzji – do akceptacji cywilizacji wrogiej demokracji, w imię rzekomej równości i fałszywego współczucia. Podpisujemy pakt z diabłem, nawet o tym nie wiedząc. Dajemy przyzwolenie, by ograbiono nas z wolności i z demokracji, którą dopiero co zaczęliśmy rozumieć, a już nią – ze zmęczenia, z lenistwa, z poprawności – wymiotujemy.
Wszystkie wpisy Ani TUTAJ
Kategorie: Uncategorized


Pragnę zwrócić uwagę, że Turcja i Iran nie są pod względem etnicznym homogenne. Duża część Turcji to Kurdystan, to rejony zamieszkałe przez chrześciańskie mniejszości (nawet po wypędzeniu Ormian). Iran. Do pónocje jego części pretensje ma Azerbajdżan, na wschodzie Balucher, na północy mieszkają etniczni pakistańczycy i afgani. Nie mówiąc już podziale religijnym. Punkt ciążkości autorka położyła na kraje arabskie. I ma rację. Balucher, Azerer czy Pasztuner nie są, z punktu widzenia Izraelem, zagrożeniem. W przyszłosci być może staną się przyjaciółmi.
JH
Nie ma się co przerzucać…
W Izraelu i Palestyńskiej Autonomii żyją Arabowie/Beduini zorganizowani w tzw Chamule/klany.
MP
Powinieneś wiedzieć lepiej. Palestyny nikt nie może aktualnie zasiedlać bo Palestyna nie istnieje. Palestyna to historyczna nazwa pewnych terenów. No chyba, że to przemycana propaganda anty izraelska…
Jerzy Holcman
JH
Palestyna panstwowoscia nie jest, ale zasiedlaja ja Arabowie, którzy podpadaja pod schemat klanow opisanych przez autorke. Afghanistan nie jest arabskim krajem ale przynalezosc klanowa odgrywa w nim dużą role. Nie jest też etnicznie homogeniczny.
@gimel777 Nie, autorka pisze zgodnie z tytułem o iluzjach arabskiej państwowości. I nie, nie tylko o „Iraku, Syrii, Libanie, Jemenie, Palestynie” ale także o Afganistanie, który państwowością arabską nie jest jak zresztą i Palestyna. A „krytyk”, czyli ja, napisał, zgodnie z ideą komentarza to, co myśli o artykule, a teraz odpowiada na coś, co do złudzenia przypomina niedozwoloną na tym forum wycieczkę osobistą.
Jerzy Holcman
Autorka pisze o Iraku, Syrii, Libanie, Jemenie, Palestynie.
O czym pisze krytyk JH?
To dość nieudolna analiza. Z niewidomych dla mnie przyczyn autorka pomija takie państwa muzułmańskie jak Iran, Arabia Saudyjska czy Egipt, lub Turcję, do której to wszystko kiedyś należało. Za to wniosek w pięknosłowiem wywiedziony łatwo może uwieść mniej uważnego czytelnika. Nikt z nas – myślę – rozleniwionych dobrobytkiem demokracji nie chciałby podpisywać „paktu z diabłem”. I tu trzeba przyznać autorka autorka zaciągnęła dług wobec czytelnika nie mówiąc co konkretnie należy zrobić, żeby temu diabłu nic nie oddawać. Domyślam się, że chodzi tu o to, co zrobić z mniejszą lub większą grupą ludzi, których nikt nie chce. Niestety, na radykalne rozwiązanie problemu jest już za późno: Oficjalnie niewolnictwo zostało zniesione w Arabii Saudyjskiej w 1962 roku, sic!
Jerzy Holcman