Autor; Yonatan Daon-Stern

Kiedyś soliści i dyrygenci byli bohaterami kultury. Toscanini, Stern, Rostropowicz i Bernstein to nazwiska, które miały znaczenie dla całej cywilizacji. Nie byli oni tylko wykonawcami, ale symbolami, ucieleśnieniem wartości, wolności, piękna – samej cywilizacji.
Dzisiaj wirtuozi nadal istnieją, ale bohaterowie kultury należą już do przeszłości. Dlaczego tak się stało i dlaczego ma to znaczenie?
Historia Izraela najlepiej ilustruje tę stratę. Nigdzie indziej bohaterstwo kulturowe nie świeciło tak jasno, ani nie upadło tak całkowicie w ciągu jednego pokolenia. Koncerty, gesty, infrastruktura zbudowana przez tych artystów – wszystko to zostało udokumentowane, jest na tyle świeże, że wydaje się nam bliskie, a jednocześnie niemożliwie odległe.
To, co wydarzyło się tam, wydarzyło się wszędzie, lecz w Izraelu można to zobaczyć z niezwykłą jasnością: moment, w którym kultura przestała wierzyć, że piękno jest tak samo ważne jak przetrwanie, oraz jak ta wiara podtrzymywała samo przetrwanie.
Bohater kultury nie jest celebrytą ani tylko utalentowanym technikiem. Bohater kultury to ktoś, kto działa z głębokim przekonaniem, kto rozumie, że muzyka nie jest neutralna, ale cywilizacyjna, że piękno nie jest rozrywką, ale koniecznością dla ludzkiej duszy.
Istnieje niezliczona ilość przykładów, a wiele z nich nadal można znaleźć w Internecie, uwiecznionych na zawsze. Jednym z najbardziej uderzających jest Mścisław Rostropowicz. Kiedy w 1989 roku upadł mur berliński, pojawił się sam ze swoją wiolonczelą, siedząc obok betonu, który dzielił rodziny i zabił tak wielu, którzy próbowali go przekroczyć. Nie wygłosił przemówienia. Nie próbował kreować się na moralnego celebrytę. Po prostu zrozumiał wielkość tej chwili – zjednoczenie Niemiec po dziesięcioleciach tyranii – i wiedział, co musi zrobić. Był tylko on i Bach, dający wyraz zwycięstwu wolności.
W tym samym historycznym momencie Leonard Bernstein stanął przed specjalną orkiestrą złożoną z muzyków ze Wschodu i Zachodu, aby wykonać IX Symfonię Beethovena, być może największe muzyczne świadectwo braterstwa ludzkiego. W akcie niezwykłej odwagi zmienił jedno słowo w tekście: z „Oda do radości” na „Oda do wolności”. Ten pojedynczy gest, dziś prawie nie do pomyślenia, uosabiał znaczenie tej chwili. Nie był to tylko koncert; była to sama cywilizacja ogłaszająca triumf.
Wiele lat wcześniej Isaac Stern pokazał już, co oznacza bycie bojownikiem kultury. Wielokrotnie przyjeżdżał do młodego państwa Izrael, grając nie tylko w miastach, ale także w kibucach i małych osadach. Była to skromna publiczność, czasami zaledwie garstka ludzi, ale Stern rozumiał jej znaczenie. Było to odrodzenie żydowskiej suwerenności, naród izraelski stawał się panem własnego losu. Czuł na swoich barkach ciężar historii i postanowił nieść go najlepiej, jak potrafił: dając im dar muzyki.
Ale Stern nie poprzestał na występach. Budował. Założył fundusze stypendialne, dzięki którym Daniel Barenboim, Itzhak Perlman, Pinchas Zukerman i tysiące innych osób mogło studiować u najlepszych nauczycieli na świecie. Założył Centrum Muzyczne w Jerozolimie. Sprowadził Pabla Casalsa, największego wiolonczelistę XX wieku, aby wystąpił na pierwszym festiwalu w Izraelu w 1961 roku, zapewniając młodemu państwu natychmiastowy prestiż kulturalny.
A kiedy dostrzegał wyjątkowy talent, nie wahał się wykorzystać swoich kontaktów. Wszedł do biura izraelskiego ministra obrony Shimona Peresa i poprosił go o zwolnienie dwóch młodych muzyków – pianisty Yefima Bronfmana i skrzypka Shlomo Mintza – ze służby wojskowej po podstawowym szkoleniu, aby mogli studiować za granicą. Peres zgodził się. Ponieważ wszyscy rozumieli: w narodzie walczącym o przetrwanie kultywowanie geniuszu nie było luksusem, ale cywilizacyjną koniecznością.

Podczas wojny Jom Kippur Stern chodził od łóżka szpitalnego do łóżka szpitalnego, grając dla rannych żołnierzy. Podczas wojny w Zatoce Perskiej stał samotnie na scenie Teatru Jerozolimskiego i występował przed publicznością ubraną w maski przeciwgazowe. Wiedział, co robi: tam, gdzie rozbrzmiewała śmierć, musiało rozbrzmiewać życie.
Już w 1948 roku Leonard Bernstein przyleciał do Izraela podczas wojny o niepodległość. W wieku 29 lat, będąc już wschodzącą gwiazdą amerykańskiej muzyki, napisał do swojego mentora Serge’a Koussevitzky’ego: „Czuję, że z każdym rokiem będę spędzał tu coraz więcej czasu. Sprawia to, że bieganie po miastach Ameryki wydaje się tak nieistotne – jakbym nie był tam naprawdę potrzebny, podczas gdy naprawdę potrzebny jestem tutaj!”.
W ciągu 60 dni poprowadził 40 koncertów w zniszczonym wojną kraju, często przy akompaniamencie odgłosów ostrzału artyleryjskiego. Podczas jednego z koncertów został wywołany ze sceny w trakcie wykonywania koncertu fortepianowego Beethovena i poinformowany o możliwym nalocie. Powrócił do fortepianu, jakby nic się nie stało. Później powiedział: „Nigdy nie grałem takiego adagio. Myślałem, że to moja łabędzia pieśń”.
Żaden koncert nie oddawał lepiej znaczenia kulturowego heroizmu niż ten w Beer Szebie 20 listopada 1948 roku. Izraelskie wojska zajęły strategiczne miasto na pustyni i nie zastosowały się do rozkazu ONZ o wycofaniu się. Bernstein przybył tam opancerzonym autobusem wraz z 35 członkami orkiestry i zorganizował prowizoryczną scenę na wykopaliskach archeologicznych. Tam, przed żołnierzami, którzy odmówili wycofania się, zagrał trzy koncerty fortepianowe (Mozarta, Beethovena i Gershwina), podczas gdy skrzypek trzymał jego krzesło na chwiejnej platformie.
Kiedy egipskie samoloty zauważyły coś, co wyglądało na koncentrację wojsk, Egipt wycofał siły z Jerozolimy, obawiając się zbliżającej się izraelskiej ofensywy. Pierwszy prezydent Izraela, Chaim Weizmann, wyjaśnił później błędną ocenę sytuacji przez Egipt: „Kto w czasie wojny miałby czas, aby posłuchać koncertu Mozarta?”
Oto była odpowiedź: ludzie, którzy rozumieli, że piękno nie jest ozdobą przetrwania, ale jego dopełnieniem. Tam, gdzie rozbrzmiewała śmierć, musiało rozbrzmiewać życie.
Być może najwspanialszym przykładem była sytuacja po zjednoczeniu Jerozolimy w 1967 roku. Leonard Bernstein powrócił, tym razem z Filharmonią Izraelską, aby dyrygować II Symfonią Mahlera: „Zmartwychwstanie”. Czy mogło być bardziej odpowiednie dzieło na tę chwilę? Na górze Skopus, przed ogromnym tłumem, dał im dźwięk samego zmartwychwstania: narodu żydowskiego, ponownie zjednoczonego w swojej stolicy, powstającego po wiekach wygnania. Bernstein nie zastanawiał się, co jego krytycy w Nowym Jorku lub Londynie mogą powiedzieć o tym, że „opowiedział się po jednej ze stron”. Nie zrobił tego. Widział, że historia go wzywa, i odpowiedział – muzyką.
Nie byli generałami. Nie byli politykami. Ale na swój sposób byli wojownikami, walczącymi o cywilizację jedyną bronią, jakiej potrzebowali: swoimi instrumentami, przekonaniem i odwagą.
Nasi bohaterowie kultury zniknęli, ponieważ zawaliły się same ramy. Stern, Bernstein i Rostropowicz mieli mieszane poglądy, niektóre sprzeczne, niektóre niejasne. Jednak nawet w tym wszystkim nadal kierowali się podstawowym przekonaniem: że wolność ma znaczenie, że piękno ma znaczenie i że zło należy nazwać i przeciwstawić się mu. A kiedy wymagała tego sytuacja, stanęli w obronie swoich przekonań.
I tu jest sedno sprawy: ci ludzie nie zastanawiali się nad tym, co mogą pomyśleć lub powiedzieć inni. Nie martwili się o to, czy będą ulubieńcami tego czy innego ruchu protestacyjnego. Nie mierzyli swoich działań aplauzem grzecznego społeczeństwa.
Rostropowicz sam doświadczył sowieckiej opresji. Wiedział, że to zło. Dlatego w 1989 roku udał się do Berlina i zagrał Bacha – ponieważ zło zostało pokonane, a on o tym wiedział. To samo dotyczy Bernsteina. Wielokrotnie udawał się do Izraela w tak wielu historycznych momentach, ponieważ wiedział, że to była siła dobra triumfująca nad złem.
W najgłębszym sensie była to kwestia sensu życia. Postacie te nosiły w sobie przekonanie, że Zachód jest dobry, a wszystko, co się mu przeciwstawia, jest złe. Dlatego udawali się tam, gdzie zderzała się historia, gdzie cywilizacja spotykała swoich wrogów, i przynosili tam muzykę. Ponieważ tym właśnie się zajmowali: byli muzykami. Była to podstawowa, niemal instynktowna orientacja ich życia. Niestety, to poczucie sensu życia niemal zniknęło ze współczesnej sceny.
Dzisiaj to poczucie sensu życia zostało stłumione. Strach przed odrzuceniem ucisza artystów, zanim jeszcze się wypowiedzą. Instytucje, które kiedyś broniły sztuki, zostały opanowane przez ten sam relatywizm, który zaprzecza prawdzie i pięknu. Wielka narracja cywilizacyjna, przekonanie, że Zachód jest dobry, została zburzona, nie pozostawiając wspólnej sceny, na której mógłby pojawić się bohater. W tych warunkach nie może narodzić się bohater kultury.

A jednak nadal można zobaczyć to, co straciliśmy. Nagrania przetrwały. Materiał filmowy przetrwał. I czasami, natrafiając na nie, odczuwa się ducha tego, na co kiedyś pozwalała nasza kultura.
Nadal odczuwa się te chwile, ponieważ bohaterstwo kulturowe przekracza granice czasu. Sam nie znałem Rostropowicza, dopóki niedawno nie natknąłem się na historyczne nagranie: koncert z okazji Dnia Niepodległości Jerozolimy pod dyrekcją Zubina Mehty, z udziałem Sterna, Jean-Pierre’a Rampala i samej Leontyne Price.
Teddy Kollek, burmistrz Jerozolimy, zapowiedział koncert w sposób charakterystyczny dla Izraela – chaotyczny i improwizowany – opowiadając, jak wszystko było pospieszne, jak wszystko działo się w ostatniej chwili, jak nawet nie zdążyli załatwić Rostropowiczowi wizy na czas. A jednak jakoś wszystko się udało. Bo to właśnie miało znaczenie: nie biurokratyczna perfekcja, ale sprowadzenie największych artystów świata, aby zagrali najpiękniejszą muzykę, jaką kiedykolwiek znała ludzkość. Takie było przesłanie: nasza niepodległość oznacza, że nie tylko przetrwaliśmy, ale żyjemy na najwyższym poziomie ludzkiej cywilizacji.
Kiedy Rostropowicz wszedł na scenę z wiolonczelą w ręku i szerokim uśmiechem, wielu widzów wstało. Rozpoznali w nim nie tylko celebrytę, ale także bojownika, takiego jak oni sami. Był to człowiek, który został pozbawiony obywatelstwa radzieckiego za obronę Sołżenicyna, który zapłacił cenę za poparcie dysydentów, który wiedział, co oznacza tyrania i ile kosztuje wolność. A mimo to zdecydował się przyjechać tutaj, do Jerozolimy, aby świętować razem z nimi. Publiczność o tym wiedziała. On wiedział, że oni o tym wiedzą. To wzajemne uznanie, wspólne zrozumienie znaczenia jego obecności, wypełniało powietrze.
Od razu dostrzegłem, że był to człowiek wyjątkowy. Wyobraziłem sobie, że jestem chłopcem w Jerozolimie, siedzę w Sultan’s Pool i patrzę, jak wchodzi na scenę. To wspomnienie pozostałoby ze mną na zawsze. A jednak oto byłem, kilkadziesiąt lat później, czując to tak, jakby było moim własnym.
Ale to zakończenie mnie złamało. Po ostatnich nutach wszyscy zebrali się na scenie – Rostropowicz ze swoją wiolonczelą, Stern ze skrzypcami, Rampal z fletem i Leontyne Price ze swoim głosem. Zagrali Hatikvah (hymn narodowy Izraela). Poświęcili swoją sztukę tej chwili, tym ludziom, temu niemożliwemu przetrwaniu. Nie było rozdzielenia między szczytem cywilizacji zachodniej a żydowską suwerennością. Były one jednym.
Jak można było nie wybuchnąć płaczem? Ci artyści mieli ten szczególny uśmiech, uśmiech tych, którzy przeżyli ciemność i rozpoznają światło, gdy je widzą, którzy rozumieją w głębi duszy, co to znaczy stać tutaj, żyć, być wolnym, grać muzykę w Jerozolimie. To właśnie oznacza prawdziwy heroizm kulturowy: sprawia, że nieznajomi stają się świadkami, a jego echo dociera przez dziesięciolecia, łamiąc serca.
A jednak dzisiaj artyści zbyt często wycofują się do neutralności. Technika zastępuje przekonanie. Publiczność traktuje koncerty jako uprzejmą rozrywkę, a nie jako katedry znaczenia. Pod wpływem trucizny relatywizmu piękno traktuje się jako zwykły „gust”, a nie jako prawdę. Ale przetrwanie bez sztuki jest puste; zwycięstwo bez piękna jest niekompletne.
Gdzie więc są nasi bohaterowie kultury? Nie ma ich, ponieważ artyści przestali być odważni, a publiczność przestała wymagać.
Ale co więcej, są nieobecni, ponieważ nasza kultura stała się zbyt cyniczna, zbyt nihilistyczna, aby pozwolić im istnieć. XX wiek, ze wszystkimi swoimi sprzecznościami, nadal pozwalał takim postaciom powstawać i rozkwitać. Dzisiaj sama atmosfera ich dusi. Bycie bohaterem kultury wymagałoby teraz walki o przetrwanie, o bycie sobą, o manifestowanie przekonań. I dlatego nie pojawiają się.
Wyobraźmy sobie dzisiejszą sytuację: w czasach, gdy ogromne tłumy skandują nienawiść do Izraela, gdy sam Zachód wątpi w swoje prawo do istnienia, co oznaczałoby dla największych artystów naszych czasów otwarte, bezwstydne występowanie w obronie wolności? Jest kilku odważnych. Nie są to jednak monumentalne postacie z przeszłości, uniwersalne symbole cywilizacji i sztuki, której byli orędownikami. Zamiast tego widzimy zbyt wielu artystów uosabiających zło, wywyższających zło i gloryfikujących zło. W takiej kulturze nie mogą narodzić się bohaterowie.
A jednak dziedzictwo Isaaca Sterna daje nam inną lekcję. Nie czekał on, aż kultura mu na to pozwoli. Zbudował to, co trzeba było zbudować: fundusze stypendialne, sale koncertowe, połączenia między talentem a możliwościami. Poszedł do ministrów i przedstawił im swoją sprawę. Zidentyfikował dzieci z peryferyjnych miast i śledził je przez dziesięciolecia. Sprowadził Casalsa do Izraela i uratował Carnegie Hall przed rozbiórką. Tam, gdzie brakowało infrastruktury, stworzył ją. Tam, gdzie osłabło przekonanie, uosabiał je.
Być może jest to odpowiedź, której nie chcemy usłyszeć: że w zdegradowanej kulturze heroizm kulturowy staje się trudniejszy, ale bardziej potrzebny. Że wymaga nie tylko talentu i przekonania, ale także chęci budowania instytucji, walki z biurokracją i poświęcenia 50 lat na wykonywanie nieefektownej pracy, aby umożliwić przetrwanie piękna.
Potrzebujemy ich. Potrzebujemy naszych Sternów, naszych Rostropowiczów i naszych Bernsteinów. Być może jednak jeszcze bardziej potrzebne jest zadanie sobie pytania: co zrobił Stern, czego nie robimy? Jaką infrastrukturę zbudował, którą pozwoliliśmy zniszczyć? Jakie decyzje podjął, na które nie mamy odwagi?
Cywilizacja nie może trwać wyłącznie dzięki polityce i wojnie. Dopóki nie będziemy gotowi walczyć o nią tak, jak walczył Stern – nie tylko wielkimi gestami, ale nieustannym, praktycznym, trwającym dziesiątki lat zaangażowaniem – pozostaniemy niekompletni.
Kategorie: Uncategorized

