Od Rabina do Tomer-Yerushalmi

Izrael między prawem a instynktem.
Nie piszę tego tekstu z pozycji żadnej partii ani ideologii. Potraktujcie mnie jak obserwatorkę. Postaram się przekazać wam informacje w taki sposób, żeby nikt nie mógł powiedzieć, że stoję po jednej albo po drugiej stronie. W tej trylogii jestem wypośrodkowana – opieram się wyłącznie na faktach, dokumentach i relacjach, które układają się w pewien obraz. Nie oceniam, nie interpretuję, nie sugeruję. Pokazuję to, co można zobaczyć, kiedy patrzy się uważnie.
To pierwsza część trylogii o Izraelu – o państwie, które od śmierci Rabina po dzisiejsze kryzysy instytucjonalne próbuje na nowo określić, czym jest siła prawa, a czym instynkt przetrwania. Wnioski zostawiam wam.
Historia, o której chcę opowiedzieć, jest dobrze znana w Izraelu, ale w Europie, niemal zapomniana. To historia państwa, które od początku łączyło dwa pierwiastki: instynkt przetrwania i pragnienie moralnego porządku. W 1948 roku Izrael powstał z idei bezpieczeństwa i prawa do samoobrony, ale z czasem obok instynktu pojawiła się potrzeba regulacji – tworzenia ram prawnych, które miały sprawić, że nawet w obliczu wojny państwo pozostanie demokratyczne.
Ten balans między instynktem a normą był przez dziesięciolecia widoczny we wszystkim – od sposobu dowodzenia armią po debatę o granicach wolności słowa. Ale jego dramatyczny punkt zwrotny nastąpił 4 listopada 1995 roku.
Tego wieczoru, na placu w Tel Awiwie, ówczesny premier Yitzhak Rabin uczestniczył w wiecu poparcia dla procesu pokojowego z Palestyńczykami. Na scenie panowała atmosfera euforii, śpiewano pieśni o pokoju, wznoszono transparenty z napisem „Tak dla Oslo”. Kiedy Rabin schodził po schodach, padły dwa strzały. Został trafiony w plecy. Zmarł kilka minut później w szpitalu Ichilov.
Zabójcą był Yigal Amir – student prawa, religijny ortodoks, przeciwnik porozumień z Oslo. Twierdził, że działał w obronie narodu i zgodnie z halachą, czyli żydowskim prawem religijnym. Zamach nie tylko przerwał życie premiera, ale zachwiał fundamentem społeczeństwa. Po raz pierwszy Żyd zabił Żyda w imię wizji państwa żydowskiego.
Komisja śledcza pod przewodnictwem sędziego Meira Shamgara ustaliła fakty: zaniedbania służb, błędy ochrony, niebezpieczną atmosferę polityczną. Ale skutki zamachu były szersze niż raport. Izrael utracił poczucie wewnętrznej spójności. Zrodził się lęk – nie tylko przed terroryzmem, ale przed samym sobą.
W tym klimacie zaczęła się przemiana instytucjonalna. Na czele Sądu Najwyższego stanął Aharon Barak – prawnik, który uważał, że państwo żydowskie może przetrwać tylko jako państwo prawa. W 1995 roku wprowadził zasadę, która zmieniła izraelską demokrację: „Hakol shafit” – „wszystko jest sądowalne”. Według niej każda decyzja administracyjna, wojskowa, rządowa może być przedmiotem kontroli sądowej, jeśli dotyczy praw obywateli lub podstawowych zasad moralnych.
Był to moment przełomowy. Część społeczeństwa uznała to za triumf prawa nad polityką, inni widzieli w tym początek erozji decyzyjności. Sąd Najwyższy, dotąd postrzegany jako arbiter konstytucyjny, zaczął wchodzić w kompetencje władzy wykonawczej i wojskowej.
W kolejnych latach (1996-2020) ta tendencja się utrwaliła. Sąd rozpatrywał sprawy dotyczące osadnictwa, blokad humanitarnych, operacji wojskowych, rekrutacji religijnych i finansowania partii. Każda z tych decyzji była dla społeczeństwa sygnałem, że prawo staje się coraz ważniejsze, ale także coraz bardziej oderwane od realiów codzienności.
W tym samym czasie, równolegle do sądów, rosła siła instytucji doradców prawnych w administracji i armii. Każda decyzja dowódcy musiała przejść konsultacje, każde działanie w terenie – akceptację biura prawnego. To miało chronić przed błędami, ale w praktyce spowalniało proces decyzyjny.
W latach 2010–2020 coraz częściej pojawiały się głosy, że system – mimo swojej przejrzystości – staje się zbyt ciężki. Prawnicy, eksperci i urzędnicy zaczęli odgrywać większą rolę niż dowódcy, a procedury coraz częściej zastępowały instynkt.
Kiedy w styczniu 2023 roku rząd Benjamina Netanjahu ogłosił plan reformy sądownictwa, w której zakładano ograniczenie kompetencji Sądu Najwyższego w unieważnianiu decyzji rządu, rozpoczął się jeden z największych kryzysów społecznych w historii kraju. Setki tysięcy ludzi wyszły na ulice. Jedni protestowali w obronie sądów, inni – w imię równowagi władz. Rezerwiści zapowiadali, że nie stawią się na służbę, profesorowie prawa publikowali otwarte listy, a firmy high-tech ostrzegały przed „upadkiem instytucji demokracji”.
W tle narastał spór o to, czym w ogóle jest izraelska demokracja: czy jej siła polega na moralnej kontroli prawa nad państwem, czy na zdolności państwa do natychmiastowego działania w obronie obywateli.
Latem 2023 roku konflikt osiągnął punkt kulminacyjny – Sąd Najwyższy odrzucił część projektów rządowych, co doprowadziło do chwilowego paraliżu legislacyjnego. Na ulicach Tel Awiwu doszło do starć między zwolennikami i przeciwnikami reformy. Po raz pierwszy od lat pojawiło się słowo, które w izraelskim kontekście brzmi wyjątkowo mocno: „mechlakot” – podział.
To właśnie w tym klimacie, z narastającym napięciem między władzą, sądami i armią, Izrael wkroczył w jesień 2023 roku. A 7 października miał pokazać, że te napięcia nie pozostają już w sferze instytucji, że wpływają na samo poczucie bezpieczeństwa państwa.
Jutro czesc 2
Kategorie: Uncategorized

