Niebo uslane rakietami

Znalazl Mis

.mis

 

cropped-cropped-12401_372766541624_372764146624_4316281_7761944_n2-e1394028290586.jpg

Gdyby zastąpić w tytule jedno słowo innym, „rakiety” – „gwiazdami”, powstałoby zdanie o tyle prozaiczne co romantyczne. Ale rzeczywistość nie zawiera w sobie ani prozaiczności ani romantyczności. Rakiety naprawdę latają. Przynajmniej w południowym Izraelu, ale potrafią się zapędzić i do Tel Awiwu, a nawet do Jerozolimy. I nie niosą w sobie żadnego romantyzmu, bo to nie zdobywcy kosmosu nimi latają. Niosą w sobie zniszczenie i śmierć.

niebo

W Izraelu jestem od końca września. Mieszkam w kibucu oddalonym niecałe 5 kilometrów od Strefy Gazy. To mały kibuc, liczący około 400 mieszkańców, założony w 1949 roku. Jak mówią tutejsi mieszkańcy, gdyby wspiąć się na któryś z okolicznych pagórków to można zobaczyć morski brzeg. Nawet jeżeli to lekka przesada to daje pojęcie o odległościach w tym rejonie. Pójdziesz na zachód, to za pół godziny staniesz przed murem okalającym Gazę. Jeżeli jakimś cudem udałoby ci się go przekroczyć, to za kilka godzin zamoczysz nogi w ciepłych morskich falach.

Moje dotychczasowe wspomnienia z izraelskich peregrynacji (każde tutaj miejsce może mieć wymiar religijny lub historyczny) wiązały się ze skrawkami pamięci o konflikcie izraelsko – palestyńskim, ale żyły odłożone gdzieś głęboko w pamięci. Były to sceny, które dla Izraelczyków są już naturalnym tłem. Patrole wojskowe, żołnierze w autobusie do Ejlatu,  check-pointy w Jerozolimie, gdzieniegdzie czołgi i pojazdy wojskowe. Czasami drobne demonstracje i przepychanki, a to Palestyńczyków z żołnierzami i policją, a to protestujących ortodoksów również z policją. I losowe rozminięcia się z prawdziwymi zagrożeniami, jak to na drodze z Beershevy do Ejlatu w 2011 roku, gdzie grupa palestyńskich terrorystów, którzy przedostali się do Izraela ostrzelała autobus, którym jechali turyści i żołnierze. Byli wtedy ranni i zabici. Autobus numer 397, ten sam którym i ja jechałam, tylko rok wcześniej, tą samą drogą i w podobnym towarzystwie. Konflikt tli się też w rozmowach z moimi znajomymi, którzy tutaj mieszkają. Wszyscy mają wspomnienia z wojska (służba wojskowa jest tutaj obowiązkowa dla dziewcząt i chłopców) lub z wojny: z Egiptem, Syrią i Libanem – to starsi, w Strefie Gazy lub na Zachodnim Brzegu – młodsi. Ale nigdy zagrożenie nie dotknęło mnie osobiście.

Tym razem od początku mojego pobytu było inaczej. Pierwsza wzmianka, że coś wisi w powietrzu pojawiła się w wypowiedzi znajomego farmera, który prowadzi swoje gospodarstwo na pustyni, kilka kilometrów od kibucu. Blaszane budynki, wielkie traktory, mały prosty domek, w którym mieszka, dookoła palmy, dużo zwierząt. Wycięty, w perspektywie obiektywu aparatu fotograficznego, mógłby znajdować się w dowolnym miejscu na świecie. Psy, pawie, osły, kaczki i wielbłądy. Na farmie mieszka z dwoma Tajami, którzy jako robotnicy rolni zastąpili w Izraelu Palestyńczyków, dziś zamkniętych w Gazie. Meir, krępy i opalony mężczyzna, twardy facet chciałoby się powiedzieć, podczas rozmowy, nagle machnął ręką, zamyślił się i powiedział, że nie boi się ani Arabów ani Gazy. Oni wprawdzie cały czas strzelają, ale co mu mogą zrobić?

Caly tekst jak

KLIKNIESZ TUTAJ

No comments yet... Be the first to leave a reply!

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

%d bloggers like this: