Wywiad z Eshkolem Nevo: Życie raz jeszcze

Nadeslal Piotr Bratkowski

Piotr Bratkowski

http://kultura.newsweek.pl/

– Nie przyjechałem do Polski słuchać historii o Holokauście. Słyszę je na co dzień w Izraelu, nasz premier nawiązuje do Zagłady w każdym przemówieniu – mówi izraelski pisarz Eshkol Nevo. Jego bestsellerowa powieść „Neuland” już się u nas ukazała.

eshkol

W ośmiomilionowym kraju, gdzie nie wszyscy mieszkańcy znają hebrajski, powieść Eshkola Nevo „Neuland” sprzedała się w 130 tysiącach egzemplarzy! Gigantyczny sukces, który zawdzięcza po części temu, że nawiązuje polemicznie do klasyki literatury syjonistycznej, zwłaszcza utopijnej powieści Theodora Herzla „Altneuland”. Kilka lat temu ze sporym zainteresowaniem spotkała się u nas książka Nevo „Do następnych mistrzostw”. Teraz on sam przyjechał do nas przy okazji polskiej premiery „Neulandu”.

– Jestem w Warszawie po raz pierwszy – mówi mi 43-letni pisarz, zajadając sałatkę owocową w restauracji hotelu Marriott. Za oknem bryła Dworca Centralnego, kawałek Pałacu Kultury – niezbyt fascynujący pejzaż. Pytam więc, czy zdążył zobaczyć coś więcej. – Tak – mówi Nevo – pokazano mi Stare Miasto. I Pragę. Poprosiłem o to, bo tam mieszkała moja babcia Pola.

A obowiązkowe punkty programu izraelskich wycieczek? Cmentarz na Okopowej, pomnik Bohaterów Getta i nieliczne pozostałości po dawnej dzielnicy żydowskiej? – Nie – odpowiada stanowczo Nevo. – Nie byłem na to wewnętrznie gotowy.

A po chwili namysłu dodaje: – Nie przyjechałem tutaj słuchać historii o Holokauście, wystarczy mi to, co mam na co dzień w ojczyźnie. Nasz premier nawiązuje do Zagłady w każdym przemówieniu, obojętnie, czy ma powód, czy nie.

 Neuland Eshkola Nevo

Eshkol Nevo sam miał dziadka premiera. Zmarły w 1969 roku Lewi Eshkol, współpracownik Dawida Ben Guriona, przewodził państwu żydowskiemu m.in. w czasie wojny sześciodniowej 1967 roku. Jednak wygląda na to, że jego wnuk ma dość luźny stosunek do izraelskiej wersji poprawności politycznej.

Tego można już się było spodziewać po lekturze „Neulandu”.

Dwie podróże, trzy kontynenty

Jest rok 1939. Ojciec Lili, młodziutkiej warszawskiej Żydówki, przejętej ideą syjonizmu, odprowadza ją na zebranie. Nazajutrz córka wraz z kolegami z organizacji ma wyruszyć pociągiem do rumuńskiej Konstancy, a stamtąd statkiem do Palestyny. Czeka tam na nią nie tylko żydowska ziemia obiecana, ale i Natan – ukochany, który wcześniej wyjechał do kibucu. Ojciec Lili też czeka, przez całą noc pod budynkiem organizacji: córka obiecała mu, że wyjdzie się pożegnać. Ale przejęta wyprawą zapomina i gdy rankiem wyrusza na dworzec, ojca już nie ma. Gdy statek z żydowskimi osadnikami dociera do Palestyny, nagłówki miejscowych gazet krzyczą, że w Europie zaczęła się wojna: Niemcy napadły na Polskę.

Jest rok 2006. Mani Peleg, bohater wojny Jom Kippur, a później świetnie prosperujący doradca biznesowy, przeżywa załamanie po śmierci żony. Wyjeżdża z Izraela w nieznanym kierunku i znika. Tropy prowadzą do Ameryki Południowej – po raz ostatni telefonował z Ekwadoru. Jego rodzina wynajmuje na miejscu detektywa, a syn Maniego – Dori, nauczyciel historii z Jerozolimy – wyrusza do Quito, by wraz ze specjalizującym się w odnajdywaniu zaginionych Alfredo szukać ojca.

Maniego widziano tu i ówdzie, ale kolejne wieści są coraz bardziej niepokojące (zwłaszcza dla ustatkowanego Doriego) – starszy pan kontaktował się z szamanami, próbował halucynogennych wywarów. Alfredo i Dori podróżują szlakiem tych informacji, a w pewnej peruwiańskiej mieścinie dołącza do nich Inbar, wnuczka Lili.

Eshkol Nevo sam miał dziadka premiera. Jednak wygląda na to, że jego wnuk ma dość luźny stosunek do izraelskiej wersji poprawności politycznej.

Między Dorim i Inbar rodzi się uczucie coraz silniejsze, ale wciąż niekonsumowane (poczucie winy wobec pozostawionych w Izraelu rodzin) i nawet niewyznawane. A ich podróż coraz bardziej przypomina tę, którą odbył bohater Conradowskiego „Jądra ciemności”. Dochodzą bowiem słuchy, że gdzieś na odludnej prowincji argentyńskiej Mani Peleg założył Neuland – wspólnotę rządzącą się własnymi prawami.

Inbar i Dori docierają tam. Nim jednak zdążą zrozumieć, dlaczego mieszkańcy Neulandu czują się szczęśliwi, rozdzwaniają się telefony z Izraela. Wybuchła kolejna wojna; jedna z rakiet trafiła nawet w dom babci Lili.

Trzeba wracać, choć Mani Peleg przekonuje, że Izrael sobie poradzi bez Doriego i Inbar. A oni stracą szansę, by dowiedzieć się o sobie czegoś, co nauczy ich lepiej żyć.

Sztetl na pampie

Dlaczego Nevo wybrał Amerykę Południową na siedzibę Neulandu i miejsce, w którym rozgrywa się zasadnicza część fabuły jego powieści?

Twierdzi, że początkowo tylko z osobistego sentymentu. – Po czterech latach w armii pojechałem do Ameryki Południowej i po paru tygodniach w Ekwadorze poczułem, że to jest moja druga ojczyzna. Powiedziałem sobie, że muszę tu wrócić. No i wracałem – już pięciokrotnie: na miesiąc miodowy, by uczcić skończenie studiów… A pisząc „Neuland”, uznałem, że jeśli umieszczę akcję książki w Ameryce Południowej, będę miał świetny pretekst, by pojechać tam znowu i zrobić research – śmieje się pisarz.

Właśnie podczas researchu zrozumiał, że jego pomysł ma nie tylko prywatny sens. – Nie tylko dlatego, że to Nowy Świat, nienaznaczony Holokaustem, w przeciwieństwie do Izraela i Europy – opowiada Nevo. – Odkryłem, że Argentyna odegrała swoją rolę w żydowskiej historii.

Poznał historię barona Maurycego Hirscha, XIX-wiecznego bogacza i filantropa, który właśnie w Argentynie zakładał osady dla Żydów prześladowanych w swoich krajach. Doczytał się też, że ojciec syjonizmu Teodor Herzl rozważał Argentynę jako alternatywne wobec Palestyny miejsce dla przyszłego państwa żydowskiego. Do Buenos Aires uciekło po nocy kryształowej wielu emigrantów z Niemiec. To wciąż jedno z największych skupisk żydowskich na świecie.

 

 A obowiązkowe punkty programu izraelskich wycieczek? Cmentarz na Okopowej, pomnik Bohaterów Getta i nieliczne pozostałości po dawnej dzielnicy żydowskiej? – Nie – odpowiada stanowczo Nevo. – Nie byłem na to wewnętrznie gotowy.

A po chwili namysłu dodaje: – Nie przyjechałem tutaj słuchać historii o Holokauście, wystarczy mi to, co mam na co dzień w ojczyźnie. Nasz premier nawiązuje do Zagłady w każdym

– Kiedy pojechałem do Argentyny, znalazłem co najmniej cztery miasteczka czy raczej wioski, które pozostają czysto żydowskie. Takie sztetle na pampie! – śmieje się Eshkol. – To niewiarygodne: po czternastogodzinnym locie z Izraela wziąć taksówkę i znaleźć się w wiosce, w której ludzie porozumiewają się w jidysz! O tym nie uczą w izraelskich szkołach. Owszem, mówi się o tym, że Teodor Herzl miał plany założenia żydowskiego państwa w Ugandzie. O Argentynie nic. Ja sam dowiedziałem się o tym przez przypadek, serfując w sieci. Jesteśmy tak dumni z państwa na Ziemi Świętej, że nie zdajemy sobie sprawy z tego, że istniała alternatywa wobec Izraela – ironizuje pisarz.

Ale jakie ma to znaczenie dla dzisiejszych Izraelczyków, mieszkańców państwa, które nie tylko istnieje, lecz także przeżywa bodaj najlepszy okres w swej niedługiej historii. Sam Nevo, który prowadzi kursy kreatywnego pisania, opowiada o rozkwicie literatury, filmu, baletu. W Tel Awiwie jak grzyby po deszczu powstają eleganckie knajpki i butiki. Izraelczycy zainteresowali się modą i wyrafinowanym jedzeniem – do niedawna rzecz nie do pomyślenia w kraju, który wyrósł na surowym kolektywnym etosie kibuców.

Eshkol Nevo tłumaczy jednak, że właśnie dlatego napisał „Neuland”, bo Izraelczycy mają wobec swego kraju minimalne oczekiwania: – Ten kraj stracił wizję, stał się miejscem przetrwania.

Izraelczycy albo spodziewają się tragedii, albo przygotowują się do tragedii, albo właśnie ją przeżywają. – Jeśli nadchodzi parę spokojnych lat, to bardzo przyjemna odmiana. Ale jeśli ktoś wyjeżdża z Izraela na dłużej niż kilka tygodni, zaczyna zdawać sobie sprawę, że to, co my w Izraelu nazywamy normalnością, wcale normalne nie jest – mówi. – Dla mnie „Neuland” jest przede wszystkim o tym: o zmianie perspektywy, o znalezieniu okazji do spojrzenia na własne życie od innej strony. To nie jest normalne, że moje córki musiały kryć się w schronie przed atakiem rakietowym. To nie jest normalne, że ja, mając 18 lat, musiałem iść na wojnę. Jednak my w Izraelu przyzwyczailiśmy się do tego. Uważamy konflikt z Palestyńczykami za wpisany w nasz los i musimy nauczyć się z nim żyć. Ze strachu, że zostaniemy zepchnięci do morza, że będzie następny Holokaust i nie będzie już dla nas żadnego miejsca na ziemi, naczelną wartością stało się bezpieczeństwo i zachowujemy się coraz bardziej brutalnie, nawet jeśli tylko w sferze werbalnej.

Opowiadam Eshkolowi o nie najlepszych wrażeniach mojego syna z jego ojczyzny. Gdy był w Izraelu z wycieczką szkolną, został wymaglowany przez obsługę lotniska, czy aby na pewno jest „prawdziwym Żydem”, skoro jego rodzice noszą chrześcijańskie imiona. – Idioci! – wybucha Nevo. – W tym, co opowiedziałeś, tkwi prawda o izraelskiej psychice. Pytanie: czy jesteś naprawdę Żydem? jest haniebne i wiąże się z innym pytaniem: co się stało z izraelskimi marzeniami? A stało się to, że zostały stłamszone przez strach.

Państwo stresu bojowego

Czy wnuk jednego z twórców Izraela napisał utopijną opowieść, bo ma dosyć swojego kraju? Nevo bez wahania zaprzecza. – To cudowne miejsce, które wywołuje też ogromną złość. Naprawdę kocham ten kraj, jestem do niego głęboko przywiązany, nie mógłbym mieszkać gdzie indziej – wyznaje. – Czasem czuję się tam bardzo szczęśliwy, w Izraelu jest dużo słońca. Ale czasem czuję prowincjonalną małość, stłamszenie rodzące natychmiastową chęć ucieczki. Spójrz – dwa stoliki stąd też siedzą Izraelczycy. Nie rozmawiałem z nimi, ale poznaję to po sposobie, w jaki są ubrani. Do Izraela wrócił Żyd Wieczny Tułacz, ludzie stąd ciągle, niemal obsesyjnie podróżują.

Mani Peleg, zanim wyruszy w dziwną podróż do Neulandu, przez trzydzieści lat tłamsi w sobie stres bojowy. To metafora całego Izraela, takiego, jaki pokazuje w swej powieści Nevo. Inbar w podobny sposób skrywa traumę po śmierci (prawdopodobnie samobójczej) brata. Bohaterowie „Neulandu” nie potrafią rozmawiać ani o traumatycznych przeżyciach, ani o marzeniach. Przyjmują życie takim, jakie zostało im dane. Choć Mani Peleg mówi wprost, że się od tego dusi. – Im bardziej dojrzewasz, tym większą masz świadomość, że wiele spraw poszło źle; widzisz przepaść pomiędzy wyobrażeniami Herzla a rzeczywistością.

Więc gdzie się podziały entuzjazm i poczucie misji, z którymi w 1939 roku wyruszała z Warszawy Lili? – To jedyna autentyczna historia w mojej książce, cała reszta jest fikcją – opowiada Eshkol. – Moja babcia Pola wyjechała tuż przed wybuchem wojny, to była podróż last minute. Przez całe życie prześladowała ją pamięć tej ostatniej nocy, gdy zapomniała o czekającym na nią ojcu. I zawsze nosiła w sobie obraz Warszawy, tęskniła za nią.

Nevo mówi, że ten przyjazd to dla niego bardzo dziwne doświadczenie. Ma wrażenie, jakby przyjechał do miasta, które już zna, choć przecież z tej babcinej Warszawy niewiele zostało.

– Dotąd znałem tylko żydowską historię tego miasta. Teraz, przez tych parę dni, słucham głównie polskich opowieści. O polskich tragediach, o których w Izraelu się niewiele mówi – tłumaczy pisarz. – Śmierć milionów Polaków? Powstanie Warszawskie? Zburzenie miasta? Niby o tym wszystkim wiedziałem, ale dopiero w Warszawie zdałem sobie sprawę, że uwięzienie Polaków we własnej historii jest tak silne i traumatyczne jak nasze. Być może czytelnicy w Polsce dlatego tak żywo reagują na tę książkę?

Być może. Ale może nie tylko dlatego. W ostatecznym bowiem rachunku „Neuland” opowiada o wielkiej tęsknocie za tym wszystkim, z czego zrezygnowaliśmy, wybierając swoją ścieżkę życiową. I o marzeniu, by zacząć życie raz jeszcze, bardziej sensownie i szczęśliwie. A to przecież ani tylko żydowskie, ani tylko polskie marzenie.

 

 

No comments yet... Be the first to leave a reply!

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

%d bloggers like this: