Uncategorized

Legenda Ślepego Maksa

Nadeslala Ewa Glubinska

ewa Glubinska

Legenda Ślepego Maksa – herszta i łódzkiego Janosika

Krańcówka podmiejskich tramwajów na Bałuckim Rynku, na którym działał gang Ślepego Maksa

Krańcówka podmiejskich tramwajów na Bałuckim Rynku, na którym działał gang Ślepego Maksa

Maks Bornsztajn zmarł 18 maja 1960 roku (pisownia nazwiska Ślepego Maksa jest bardzo różna, występuje w kilku wersjach – Bornsztajn, Borensztajn, Bornstein). Jego grób znajduje się na cmentarzu żydowskim na Bałutach, w sąsiedztwie najbogatszych przemysłowców. Tuż obok grobowca Jarocińskich, znanych filantropów, vis-a-vis mauzoleum Izraela Poznańskiego. Jak to zwykle bywa, król leży obok króla. – Poszłam do gminy żydowskiej i takie mi miejsce wyznaczyli. Tylko ludzie potem się śmiali, że taki biedak leży obok takiego wielkiego bogacza – opowiada żona Ślepego Maksa.

– To Maks był biedakiem?

– No, po wojnie bogaty nie był – mówi pani Alicja. – Nie chcę rozmawiać, bo już tyle razy zostałam skrzywdzona, takie rzeczy o mnie pisano, że mi przykro było. Jak ktoś mógł powiedzieć, że on mnie kupił. Moja matka pracowała u niego po wojnie. Sprzątała w domu, gotowała. Jestem samotna, nie mam dzieci, życie okropnie mnie doświadczyło – denerwuje się i zamyka drzwi. Zdążyła jeszcze tylko powiedzieć, że nic nie wie o współpracy Maksa ze Służbą Bezpieczeństwa.

Jedyne zachowane zdjęcie Maksa Bornsztajna zostało zrobione pod koniec lat 50., niedługo przed jego śmiercią. Autorem był Zdzisław Walter, malarz i fotograf. Maks siedzi przy stole i trzyma podniesiony kieliszek. Po drugiej stronie stołu, tej której nie widzimy w książce, siedział dziennikarz Karol Badziak. – Wiele razy przychodziłem do jego mieszkania na Gdańskiej 26. Zawsze z flaszką. To był sympatyczny, sprytny człowiek, świetnie mi się z nim rozmawiało – wspomina Badziak. – Przed wojną Maks był analfabetą i gangsterem, ale potem nauczył się czytać i pisać.

Manekin z dzwoneczkami

Kamienica przy ul. Gdańskiej 26, pierwsze piętro. Przedwojenne meble, kredens, jakieś szkła. W rogu pokoju stoi manekin ubrany w męski garnitur. Cały obwieszony dzwoneczkami. Młody adept złodziejskiego fachu zdaje „egzamin” przed słynnym gangsterem. Dopiero potem ma prawo dołączyć do grona łódzkich złodziejaszków. Prawda czy fałsz? Karol Badziak twierdzi, że to prawda. Mówi nawet, że parę razy sam próbował niepostrzeżenie wyjąć z kieszeni manekina portfel. Za każdym razem jednak słychać był dźwięk dzwonków. Wyraźnie nie nadawał się do tej roboty.

– Nic takiego u nas w domu nie było. Żadnego manekina – zapewnia pani Alicja. Nie wyklucza jednak, że Maks uczył złodziejskiego fachu. – Ja nie wiem, czym on się zajmował. Pracowałam jako szwaczka na owerloku, siostra też była szwaczką, nawet przodownicą pracy. I także wyszła za mąż za Żyda. Na Gdańskiej i Próchnika mieszkało wielu Żydów – opowiada. Przyznaje, że mieszkała z mamą i siostrą w tej samej kamienicy co Maks Bornsztajn. Jej mama była ciężko chora i jak siostra emigrowała z mężem do Izraela została z nią w Łodzi. Ich ojciec był łódzkim Niemcem. Siostra zmarła 15 lat temu w Hanowerze.

Oficjalnie mówi się, że po wojnie Bornsztajn pracował jako portier. Faktycznie potwierdza się, że był zatrudniony w spółdzielni odzieżowej Lewartowskiego. Wdowa twierdzi, że w latach 50. miał małą tkalnię w Łodzi. Karol Badziak uważa, że Maks miał dość pieniędzy, żeby nie pracować. Handlował złotem w Grand Hotelu. Odkopał przedwojenne złote dolary i z tego mógł żyć.

– Nie był bogaty. Była wojna, a przedtem siedział w więzieniu – mówi żona.

Z literackich opisów wynika, że Maks nosił się bardzo elegancko. Obcisła marynarka z jasnej gabardyny, sztuczkowe spodnie, modny szary melonik, jasnobrązowe pantofle obciągnięte getrami. Na zdjęciu wydaje się drobny, niepozorny. – Przystojny był, kontaktowy, elegancki – wylicza pani Alicja.

Nie wiadomo, dlaczego w najnowszej literaturze – w „Perkalowym dybuku” Konrada Lewandowskiego wydanym przez Wydawnictwo Dolnośląskie w 2009 roku – Ślepy Maks występuje jako barczysty, potężny mężczyzna. „Na widok byczego karku i barów Bornsteina przodownik natychmiast położył palec na cynglu” – czytamy w powieści, której akcja rozgrywa się w Łodzi w latach 30. XX wieku. Może trudno sobie wyobrazić, że taki niewielki człowieczek mógł trząść całą Łodzią. A może autor sięgnął do starych gazet z procesu, w którym był sądzony: „Jest to dobrze zbudowany mężczyzna, lat około 40, wzrostu niskiego, o dużej kędzierzawej głowie i małych, ruchliwych, czarnych oczach. Spogląda na salę i na jego twarzy maluje się nienawiść do tego tłumu, który przyszedł oglądać jego ostateczną klęskę” – czytamy w relacji „Łódzkiego Echa Wieczornego”.

To był już schyłek przewrotnej kariery łódzkiego gangster, którego porównywano zarówno z Alem Caponem, jak i Robin Hoodem.

Maks zaprzysiągł zemstę.

Łódź, miasto 300-tysięczne, kończyła się na Nowym Rynku. Na północ rozciągały się tereny, które tętniły życiem. Tyle że innej natury. Te tereny żywiły się Łodzią, jak żywią się nędzarze odpadkami z pańskiego stołu. Te dzielnice nazywano ściekiem Łodzi. Takie dzielnice miało każde wielkie miasto, tyle że nędza na północ od Nowego Rynku stała się monopolem ludności żydowskiej. Na północy królowała żydowska nędza wraz ze wszystkim, co rodziła. Nadawała koloryt dzielnicom Starego Miasta i Bałut. Tyle Arnold Mostowicz, autor „Ballady o Ślepym Maksie”, książki, która ugruntowała istnienie Maksa Bornsztajna w pamięci łodzian. Pisarz przyznał po latach, że znaczna część tej książki, jest płodem fikcji. Przyznał też, że Ślepy Maks był wielkim mitomanem: „Gdyby uwierzyć we wszystko, co o sobie opowiadał, to zapełnić by można jego historiami całe tomy, a scenarzystom filmowym dostarczyć tematów na wiele lat”.

Ale to właśnie w takiej Łodzi opisanej barwnie przez Mostowicza zamieszkali Borsztajnowie w końcu ubiegłego stulecie. Sam Maks, w dokumentach odnotowany jako Menachem, urodził się w Łęczycy zimowego styczniowego ranka 1890 roku. Jego ojciec miał na imię Benjamin (a nie jak pisał Mostowicz, Mendel), a matką była Masza. Rodowe nazwisko Nagórska wskazuje, że mogła być Polką. W Łodzi Bornsztajnowie zamieszkali na ul. Wąskiej. Nie ma już tej ulicy. Kiedyś znajdowała się między Profesorską a Cerecha. Po drugiej stronie Zgierskiej niemal jej przedłużeniem była ul. Stefana. Po wojnie pochłonęła ją przedłużona i poszerzona ulica Zachodnia. Pieszo z domu Ślepego Maksa szło się 10 minut na Bałucki Rynek.

Ojciec Maksa zajmował się ostrzeniem narzędzi. Pewnego dnia ostrzył nóż na ulicy i nie usłyszał pędzącego prosto na niego dwukonnego zaprzęgu. W ostatniej chwili uskoczył w bok, ale było za późno. Konie stratowały maszynę i ojca przyszłego gangstera. Zbiegowisko wywołało zaniepokojenie będącego w pobliżu stójkowego. Z miejsca ocenił sytuację. Młody mężczyzna w bryczesach i dopasowanej do nich kamizelce okładający batem nędznie odzianego człowieka… Z pewnością by tego nie czynił, gdyby nie miał prawa. Stójkowy zrobił więc to, co do niego należało. Trzymaną w ręku pałką kilkakrotnie zdzielił w głowę Bornsztajna.

Stojący przed sklepem chłopiec gwałtownie się odwrócił i ruszył w stronę tłumu gapiów. Dostrzegł leżącego na ziemi bez ruchu i w kałuży krwi mężczyznę.

Tate! Tate! – wołał przerażony.

Stójkowy nie tylko nie zlitował się nad chłopcem, ale jeszcze go zdzielił kilka razy pałką.

Kilka dni później Maks z matką i siostrą Gitlą odprowadzili ojca na cmentarz. Czarny, niski karawan, za którym kroczyła, trzymając niemowlę na ręku, wdowa oraz jej starsze dzieci – Gitla i Maks – trząsł się i podrygiwał na wybojach ulicy Wesołej. Trząsł się tak bardzo, że Maks pomyślał sobie: całe szczęście, że ojciec nie żyje i tych wstrząsów nie czuje.

<podzial_strony>

Benjamin Bornsztajn spoczął na starym cmentarzu żydowskim przy ul. Wesołej.

Wszyscy widzieli, kto był winny śmierci Bornsztajna – młody Goldberg, syn bogatego Żyda. Ale wdowie i jej dzieciom nie udało się zyskać od sprawcy nieszczęścia żadnej rekompensaty. Maks zaprzysiągł zemstę.

Ksiądz Natan, postać niezwykła

Przyjaciółmi Maksa był Szaja, syn handlarki warzywami na Starym Rynku, i Fajwel Bucik, którego wychowywała ulica, odkąd jego rodzice zostali skazani na więzienie za kradzieże.

„Pod kościołem siedzieli dwaj chłopcy, zachowując się tak, jakby się nie znali. Przed każdym z nich leżała na ziemi czapka. Jedna była prawie pusta. Na opartym o nią kawałku tektury wypisano koślawymi literami prośbę o datek dla biednego małego Żyda. Druga była już solidnie wypełniona miedziakami. I przed nią znajdowała się kartka. Tyle że poproszono w niej o wsparcie dla biednego chłopca, dobrego katolika. Wychodzący z kościoła obojętnie mijali Żyda, a zatrzymywali się przed katolikiem”.

Uwagę na chłopców zwrócił przechodzący ksiądz. – Czy nie zbierzesz więcej, żebrząc pod synagogą? – zapytał młodego Żyda. A gdyby lepiej znał okolice Wąskiej, Franciszkańskiej czy Wolborskiej, rozpoznałby w chłopcu Maksa Bornsztajna. Gdy odszedł, ten burknął do kolegi: – Widziałeś go, będzie nas żebraniny uczył!

Ksiądz to usłyszał. To był ksiądz Natan, postać niezwykła. Był znanym paserem. Prowadził lombard przy ul. Rybnej. Zajmował się handlem kradzionymi rzeczami, ale o dziwo nigdy nie miał do czynienia z policją. Maksowi i jego przyjaciołom Natan zaproponował pracę. Chciał zorganizować ich w grupę specjalistów od drobnych kradzieży na targach i w sklepach, w piwnicach i na strychach, na ulicach i w kościołach lub synagogach.

I wtedy doszło do kolejnego spotkania ze stójkowym, Maks nie zdążył uciec i będzie nosił ślady tego spotkania do końca życia. Tak opisał to Arnold Mostowicz: „Przed Maksem pojawił się nagle stójkowy. Ten sam, który był winien śmierci jego ojca. I ten, który rozgłaszał, że jeśli dopadnie Maksa, zrobi z nim to samo, co zrobił z jego ojcem. Bo chłopiec na wszystkie strony rozpowiadał, że stójkowy jest mordercą i że wcześniej czy później dosięgnie go ręka sprawiedliwości. Stójkowy chwycił chłopaka jedną ręką za ramię, a drugą za gardło i nim chłopiec się zorientował, znalazł się w ciemnej bramie jakiegoś domu. Napastnik, powaliwszy Maksa na ziemię, zaczął go kopać i tratować. Buty stójkowego były gęsto podbite gwoździami. Po chwili twarz chłopca zalała krew, a jedno oko zostało wybite i zmiażdżone.

– Zastrzelę cię, ty sukinsynu, zastrzelę, jeśli jeszcze raz będziesz o mnie rozgadywał, że to ja zabiłem twojego ojca!

Maks, aczkolwiek ogłuszony katowaniem, oślepiony krwią płynącą z oka, zdołał na chwilę podnieść się z ziemi i krzyknął na cały głos: – Morderca! Jesteś mordercą, mordercą, mordercą!

Stójkowy jeszcze raz uchwycił chłopca za gardło. Jedną ręką dusił go, przyciskając do ściany, a drugą szybko wyciągnął z kabury pistolet. Z pewnością ani przez chwilę nie zawahałby się przed zastrzeleniem Maksa, gdyby nie… Oto z nieoświetlonej wnęki wyskoczył nagle jakiś chłopak. Coś krzyknął, a okrzykowi towarzyszył błyskawiczny cios nożem zadany stójkowemu. Ten wrzasnął z bólu i chwycił się za ramię, wypuszczając z ręki odbezpieczony pistolet. Niespodziewany sojusznik leżącą na ziemi broń podsunął nogą Maksowi. Ten zdołał się schylić i po chwili rewolwer znalazł się w jego ręku. Stójkowy opanował jednak ból i ponownie zaczął dusić chłopca. W tym momencie padł strzał i stójkowy runął na ziemię. Przez chwilę obaj chłopcy patrzyli osłupiali na leżące bez ruchu ciało”.

Sojusznik Maksa to Staszek Poneta. Wkrótce stał się wiernym towarzyszem młodego Maksa Bornsztajna. Jak napisał Mostowicz, „wydarzenie to zaważyło na życiu Maksa z wielu powodów. Po pierwsze – stójkowy był pierwszym człowiekiem, którego posłał na tamten świat; przeszedł więc, rzec można, inicjację bałucką. Po drugie – poznał i zaprzyjaźnił się ze Staszkiem Ponetą. No i stracił oko.

Tak narodził się Ślepy Maks”.

Zabić czy się dogadać?

Maks został zawodowym złodziejem. „Karierę” rozpoczął w czasie I wojny światowej, gdy przez Łódź przetaczała się wojenna nawałnica. W pobliżu Dworca Fabrycznego stały setki wagonów towarowych z żywnością przeznaczoną dla broniących frontu wschodniego pruskich i saskich pułków cesarza Niemiec. Ludzie Maksa sprawnie opróżniali jeden po drugim wagony załadowane stukilowymi workami cukru. Pomagało im trzech kolejarzy Polaków, którym ta pomoc dawała podwójną satysfakcje. Z jednej strony Maks dobrze płacił, a z drugiej cieszyli się, że w pewnym sensie szkodzą Niemcom, których robotnicza Łódź nigdy nie darzyła sympatią. Obok torów kolejowych stały zaprzężone w parę koni rolwagi. Były już całkowicie wypełnione dwudziestoma tonami cukru. Fajwel, Szmul, Poneta i Szaja, trzymając w rękach lejce, szykowali się do opuszczenia terenu, Maks zaś wypłacał kolejarzom należną im dolę. Od strony Dworca Fabrycznego pojawił się nagle oddział niemieckiej żandarmerii z wycelowanymi w stronę rolwag karabinami.

– Stehen bleiben! Hande hoch!

Maks krzyknął do kolejarzy, by jak najszybciej uciekali. Im bowiem, gdyby wpadli, groziłyby najsurowsze kary za sabotaż.

Kolejarze zdążyli uciec, a ludzie Maksa usiłowali skierować naładowane rolwagi w stronę szerokiej bramy wiodącej na ulicę.

Żandarmi w obawie, że złodzieje im się wymkną, zaczęli strzelać, Maks i jego przyjaciele również odpowiedzieli ogniem.

Uciekli. W ponurym nastroju czwórka przyjaciół dotarła na zaplecze knajpy Szmula na Bałutach. Głowę dam, że ktoś nas sypnął! – stwierdził Maks.

<podzial_strony>

Wykorzystując spryt i znajomości, doszedł, że donosicielem był Aron Goldberg, który nie chciał tracić zysków z czarnego rynku, a Maks chciał go z niego usunąć.

Maks zastanawiał się, co zrobić z konkurentem. Rzucał losy: zabić go czy spróbować się dogadać. Wybrał trzecie rozwiązanie. Zaczął od liściku do Goldberga. Przekazał mu go w synagodze. Mostowicz tę historię opowiedział z detalami:

„- Gdzie jest Twoja córka, łajdaku? Gdzie ona jest? – Maks wskazał palcem na oddalający się w stronę miasta powóz. To rozwścieczyło Goldberga.

– Ty draniu jeden, ty sukinsynu! Jeśli jej włos z głowy spadnie, nie wyjdziesz z więzienia!

– Panie Goldberg, niech się pan uspokoi. A jak się pan uspokoi, to niech się pan odwróci.

Aron odwrócił się. Z synagogi wychodziła… Gołda. Trudno powiedzieć, kto był bardziej zdumiony – ojciec czy córka.

Goldberg nie mógł słowa wykrztusić. Objął Gołdę i przycisnął ją do piersi.

Maks podszedł do nich i grzecznie poprosił, by Aron zechciał przedstawić go jedynaczce. Gołda przyjrzała się eleganckiemu młodemu człowiekowi i choć bielmo na jednym oku nieco go szpeciło, uznała, że jest wcale przystojny i pociągający”.

W tym czasie serce Maksa należało do Klary, córki sąsiadów z dzieciństwa, z którą teraz mieszkał. Zdążył się jej nawet oświadczyć. Ślub jednak wziął.

Ślub w blasku świec

Wesele Maksa Bornsztajna i Gołdy Goldberg odbyło się w zajeździe Icchaka Berła Kacenelenbogena przy ulicy Aleksandryjskiej, która dziś nosi imię Bojowników Getta Warszawskiego. Zajazd cieszył się wielką sławą w mieście.

Na pierwszym piętrze znajdował się apartament, który wynajmowano jedynie wysoko postawionym gościom. Apartament ten przeznaczył Maks dla siebie i dla swojej przyszłej żony.

Na dziedzińcu zajazdu ustawiono chupę, tradycyjny baldachim, pod którym bierze się ślub. Drzewcej trzymało czterech chłopców wybranych przez rabina.

Maks nie był jednak szczęśliwy. Żenił się z kobietą, której nie kochał, a zostawił osobę bardzo mu bliską – Klarę.

Przyjęcie weselne trwało do późnych godzin nocnych. Ze swego pokoju na pierwszym piętrze Maks, stojąc w oknie, obserwował roztaczające się przed nim niezwykłe widowisko. Żebracy ściągali ze stołów, co się tylko dało. Wypijali resztki win i wódek w kieliszkach, jedzenie chowali w torbach. Maks, który też niemało wypił, mógł teraz ze swego miejsca jak z teatralnej loży przypatrywać się falującemu tłumowi żebraków, którzy oblewali się winem, kłócili się, wyrywali sobie bardziej smakowite resztki. Oglądając to widowisko, miał wrażenie, że ogląda coś, co widział czy przeżył, coś, co go napawa wstrętem, a jednocześnie fascynuje. W pewnym momencie pojawił się na dziedzińcu Aron Goldberg. Może mu się żal zrobiło tych resztek, które rozdrapywał tłum żebraków, a może wzbudził w nim obrzydzenie widok bałuckiej armii skaczących wokół stołów nędzarzy, dość, że polecił służbie zajazdu Kacenelenbogena, by natychmiast całe to tałałajstwo wyrzuciła poza dziedziniec, by, jak się głośno wyraził, tej śmierdzącej hołoty tu więcej nie widział.

Wśród bandy żebraków byli najbliżsi koledzy Maksa: Szaja, Szmul, Fajwel, Staszek Poneta. Jeden z nich dźgnął Goldberga nożem.

Na trzeci dzień po pogrzebie Arona Goldberga firmę przejęła jego córka Gołda, jedyna spadkobierczyni. Zarządzał nią Menachem Bornsztajn, jej mąż. Już nic nie stało na przeszkodzie, by podporządkować sobie cały przestępczy półświatek w północnej części miasta.

W 1928 roku powstało stowarzyszenie Bratnia Pomoc (Ezras Achim), które miało nieść pomoc biednej ludności żydowskiej. To przy niej powstał sąd rozjemczy, który miał rozstrzygać spory między Żydami. To była łódzka dintojra. W języku hebrajskim to słowa oznacza sąd rabinacki, który wydaje orzeczenia w sprawach cywilnych. Jednak w potocznym rozumieniu oznaczał wyrównywanie porachunków w środowisku przestępczym. Bratnia Pomoc siłą wymierzała kary, rozstrzygała spory, odbierała należności. Była postrachem żydowskiej ludności Łodzi. Czołową rolę obok Ślepego Maksa odgrywał w niej Srul Kalma Balberman. Dawni wspólnicy pokłócili się, co zakończyło się tragedią. 19 września 1929 roku Ślepy Maks i Balberman spotkali się w piwiarni Icka Leipcigera na roku Pomorskiej i Wschodniej. Balberman uderzył Maksa w twarz, a zaraz potem razem wyciągnęli broń. Maks był szybszy. Sąd stwierdził, że działał w obronie własnej, i został uniewinniony. Szeroko pisała o tym krajowa prasa. Ślepy Maks zyskał sławę, że jest nietykalny, bo nawet za zabójstwo nie poszedł siedzieć.

Obrona z ulicy Sienkiewicza

Maks i Gołda mieszkali najpierw na ul. Nowomiejskiej, potem przy ul. Sienkiewicza 9. W tym budynku, ale od frontu, w latach 30. XX wieku powstało Biuro Próśb i Podań „Obrona”. Początkowo było ono połączone z prywatnym mieszkaniem Bornsztajnów. Maks zdecydował, że mieszkanie zostanie oddzielone. Postawił mur i od tego czasu do biura trzeba było wchodzić drugim wejściem od podwórka. Biuro miało długi korytarz, do którego przylegały pokoje. Było trochę jak w przychodni lekarskiej. W to miejsce przychodzili ludzie z prośbami i skargami, które Maks rozpatrywał. I często je rozwiązywał.

<podzial_strony>

Jak pisał międzywojenny dziennikarz Jakub Gordon, żadne inne biuro nie miało takiej klienteli. Opowiadało się w Łodzi różne historie, na przykład tę związaną ze sławnym skrzypkiem Bronisławem Hubermanem, któremu pomógł odnaleźć skradzione skrzypce Stradivariusa.

Huberman zgubił skrzypce na dworcu! Natychmiast cała łódzka policja postawiona została na nogi. Bez skutku. Ktoś podpowiedział artyście, by zwrócił się z prośbą o pomoc do Ślepego Maksa. Rozmowa w cztery oczy odbyła się w Grand Hotelu. Na efekty nie trzeba było długo czekać. W ciągu doby skrzypce wróciły do rąk właściciela. Potem artysta zagrał na prywatnym spotkaniu dla Maksa i jego żony. To miało być zadośćuczynienie za jego pomoc.

Takich opowieści przetrwało wiele. Maks pomógł Stanisławie Leszczyńskiej, późniejszej położnej z Auschwitz, której proces beatyfikacyjny trwa. Kiedyś, gdy szła nocą do porodu na Bałutach (mieszkała przy ul. Żurawiej), została napadnięta i zabrano jej torbę z wszystkimi przedmiotami potrzebnymi podczas połogu. Bardzo szybko znalazł się sprawca i torba wróciła do właścicielki. Syn Leszczyńskiej opowiadał, że Ślepy Maks chciał osobiście poznać Leszczyńską, bo miała ona być równie sławna na Bałutach jak on.

– Biuro broni biednych i pokrzywdzonych. Podania pisane na Sienkiewicza są skuteczniejsze, bo stoi za nimi Ślepy Maks. To nasz łódzki Robin Hood – pisał Gordon.

W tym samym czasie, gdy Ślepy Maks czynił dobre uczynki jednym, rządził też światem przestępczym w Łodzi.

Proszę sąd, by mnie wziął w obronę

22 grudnia 1933 roku Fiszel Luftman zeznał, że Ślepy Maks go prześladuje. Wkrótce pojawiło się wiele anonimowych listów oskarżających go o szantaże i wymuszenia. Bornsztajn trafił za kratki.

6 maja 1935 roku w sądzie okręgowym przy placu Dąbrowskiego rozpoczął się proces króla podziemnej Łodzi – jak go nazywali dziennikarze. Aneta Markowska napisała kilka lat temu w pitavalu z procesu Ślepego Maksa, że akt oskarżenia liczył 59 stron, a akta śledztwa – 1100 stron. Powołano 150 świadków, wśród nich policjantów, klientów biura, ofiary i pracowników Maksa. Wśród publiczności siedziały „prostytutki, sutenerzy, apasze z Bałut i Chojen, złodzieje i paserzy, pijanice i oprychy, i tandetni eleganci, których dłoni nigdy praca nie splamiła”.

12 maja 1935 roku – kolejny dzień procesu. Polska opłakuje śmierć Józefa Piłsudskiego. Maks Bornsztajn skarży się: „Ja kiedyś byłem mocny, wtedy brałem słabych w obronę, dziś jestem słaby i dlatego proszę sąd, by mnie wziął w obronę”. Ku zdumieniu publiczności, Ślepy Maks twierdzi, że był na usługach policji, współpracował i był konfidentem.

17 maja – sąd uznaje Ślepego Maksa winnym i skazuje na sześć lat więzienia, darując mu rok kary na mocy amnestii i zaliczając areszt prewencyjny. Oskarżony znienacka zwraca się do sądu z prośbą o zwolnienie na kilka dni, bo… musi pojechać na pogrzeb marszałka Piłsudskiego.

„Goniec Częstochowski” z 18 maja 1935 roku, pierwsza strona: „W katedrze przy zwłokach Marszałka Piłsudskiego 300 tys. osób złożyło już hołd u trumny. Przez całą noc rojno i gwarno było na ulicach Warszawy. Od ulicy Świętojańskiej poprzez cały plac Zamkowy wzdłuż Krakowskiego Przedmieścia mrowie ludzi. Oddziały pieszej i konnej policji z trudem powstrzymują napór tłumu, który ciśnie się do katedry, by raz jeszcze spojrzeć na trumnę kryjącą szczątki Wodza”. Na trzeciej stronie: „Wyrok w procesie Ślepego Maksa”.

Relacja: „Łódź. Dalszy ciąg procesu Maksa Borensteina uwypuklił rolę tego przywódcy świata podziemnego w Łodzi. Z zeznań świadków okazuje się, że Ślepy Maks wraz ze swymi podwładnymi szantażował, wymuszał, sądził, groził, a nawet bił opornych kupców. Wyroki jego były respektowane przez kupców, właścicieli domów i drobnych przemysłowców. Kojarzył on nawet albo rozwodził małżeństwa. Nawet świadkowie, którzy świadczą teraz w sądzie przeciwko niemu, czynią to z widocznym lękiem”.

Ślepy Maks ma do odsiedzenia trzy i pół roku więzienia.

Jesienią 1936 roku w Łodzi zaczyna się kolejny proces. Na ławie oskarżonych zasiada inspektor policji Alfred Nosek, szef urzędu śledczego w Łodzi. Śledztwo wskazuje, jak blisko był z przestępcą i jak wielkie były wpływy Ślepego Maksa w łódzkim środowisku. Jeden ze świadków zeznaje, że dzięki Ślepemu Maksowi udało się wykryć tzw. aferę sacharynową i ocalić skarb państwa przed dużymi stratami.

Maks odbywa karę na ul. Gdańskiej.

Idzie wojna

Lato, rok 1939. Krynica Górska. Adam Ochocki, redaktor „Expressu” i późniejszy autor kilku książek przedpołudnia spędza na pieszych spacerach. Wśród tłumu spacerowiczów dojrzał znajomą sylwetkę: „Kilka kroków przede mną kroczył mężczyzna o szerokich barach, z charakterystycznie uniesionymi ramionami, o kruczych kręconych włosach. Poznałem go od razu: Maks Bornstein, osławiony Ślepy Maks, niekoronowany król łódzkiego świata przestępczego. Jakże często przybiegałem do niego po kryminałki do naszego »Expressu «.

Król już w mych latach szkolnych wyświadczył mi przysługę. Naraziłem się Lowie Karelickiemu, szefowi młodocianej szajki terroryzującej młodzież. Kto się mu nie okupił, zbierał cięgi zadawane twardą łapą Lowy lub któregoś z jego kompanionów – zezowatego Natka czy Kostka gruźlika, który w razie potrzeby sięgał po nóż. Nie chciałem się opodatkować, mało tego, umówiłem się na randkę z Hanką Markowicz, sympatią Lowy. Zaciągnął mnie do bramy, rozkwasił nos i zapowiedział, że jak nie zostawię w spokoju jego dziewczyny, poprzetrąca mi gnaty. Mój starszy brat poprosił Maksa o interwencję, a że brat pracował w »Expressie «, który stawał w obronie Bornsteina, gdy ten popadł w kolizję z prawem, król zadziałał szybko i skutecznie. Wezwał Lowę do siebie i powiedział: »Pamiętaj, jak jemu coś się stanie, jak potknie się na schodach czy ktoś podstawi mu nogę, albo złapie katar, skrócę cię o głowę! «. Od tej pory Lowa zostawił mnie w spokoju.

Wtedy, w Krynicy, w przededniu wojny, Ochocki i Bornsztajn ucięli sobie pogawędkę.

Przysiądziemy gdzieś? Zapraszam pana na mały szmis – zaprosił. – I co pan powie na to, co się dzieje na świecie? Niedobrze z nami, wojna wisi w powietrzu.

<podzial_strony>

Przesadza Pan, panie Maks. Zobaczy pan, wszystko rozejdzie się po kościach.

Taki wykształcony puryc, a gadasz pan jak dzieciak. Jak inni Żydzi. Pan wie, co oni mówili, gdy Hitler doszedł do władzy? Phi, głupi malarz pokojowy, co on może zrobić? (…) A co wyprawia z Żydami u siebie? Chyba pan słyszałeś o tych pogromach, o rabowaniu i niszczeniu żydowskich sklepów. U nas zrobi to samo!

Nikt go do Polski nie wpuści.

To pan tak mówi. A ja panu powiadam, że on wejdzie do nas wcześniej, niż się ktokolwiek spodziewa. Ja widzę dla siebie i wszystkich naszych Żydów tylko jedno wyjście: (…) ucieczka.

A dokąd pan zamierza uciekać?

Do Rosji, do sowietów. Tam będę bezpieczny”.

Niewiele wiadomo o losach Maksa Bornsztajna w czasie wojny. Ponoć opuścił Łódź już 6 września 1939 roku, dotarł do Łucka, potem do Kazachstanu.

W „Litzmannstädter Zeitung”, gazecie codziennej, która za czasów okupacji ukazywała się w Łodzi w języku niemieckim, w 1943 roku był obszerny artykuł o Ślepym Maksie. W ostatnich zdaniach gazeta informuje, że Maks Borensztajn został w czasie jakiejś akcji policji polskiej zastrzelony. Ten prawdziwy wraca do Łodzi w 1946 roku.

Nowa rzeczywistość

Powieściowy Maks Lewandowskiego z „Perkalowego dybuka” strasznie żydłaczy, mówi niepoprawnym językiem z charakterystyczną „żydowską” składnią. „Ja już cały czas dla pan nadkomisarz, zamieniam się w słuch. W ajn wielki słuch”.

Pani Alicja pamięta, że używał wielu obcych słów żydowskich i rosyjskich, czasem niemieckich.

Jednak zdaniem Karola Badziaka Bornsztajn mówił prostym językiem, nie było w tym ani zaciągania, ani przesadnych błędów. Nie używał też wulgaryzmów, co jego osobiście zdumiewało. Przecież obracał się w środowisku, gdzie to mogło uchodzić za normę. – Świetnie się z nim rozmawiało – podkreśla. Dziennikarz nie może jednak sobie przypomnieć detali rozmów sprzed ponad pół wieku. Czy był ubekiem, jak twierdzą niektórzy?

Arnold Mostowicz napisał w swojej „Balladzie”, że Maks odmówił współpracy. Potem dowiedział się, że po wojnie pracował on w Nadzwyczajnej Komisji do Walki ze Spekulacją jako… donosiciel. Ile w tym prawdy? Znowu nie wiadomo.

Karol Badziak: – On miał jakieś związki ze Służbą Bezpieczeństwa, a w każdym razie był przez nie wciąż nachodzony. Nie mam jednak pojęcia, czy był tajnym współpracownikiem. Wiadomo, że znał półświatek i mógł być przydatny dla służb.

Czy był? Wciąż nie wiemy.

W katalogu pracowników, funkcjonariuszy i żołnierzy organów bezpieczeństwa państwa figuruje niejaki Maks Borensztejn z Łodzi, ale był to ktoś młodszy o całe pokolenie, urodzony w 1916 roku. Nie mógł to być nasz Ślepy Maks. Ale powojenne archiwa bezpieki wciąż są do przeszukania pod tym kątem.

 

Kategorie: Uncategorized

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.