Ciekawe artykuly

Ulica Gnojna

NAPISANE PRZEZ PAUL TREPMAN, .

 To ona, ulica Gnojna, wykołysała mnie i wypieściła, wychowała i ukształtowała. Ulica Gnojna, przemykająca – jak „guter Jid”do mykwy tuż przed szabatem – od ulicy Grzybowskiej do Hal Mirowskich. Na tej ulicy spędziłem moje dziecięce lata, tam radowałem się i smuciłem, dostrzegałem pierwsze promienie żydowskiego życia, łaziłem po miejscach, gdzie w ukryciu toczyła się walka o byt. W jej murach nabrałem wyobrażenia o źródłach żydowskich trosk i radości. Tam odprowadziłem też warszawskich Żydów na miejsce ich wiecznego spoczynku.
    Dziś, kiedy tamten świat mojego dzieciństwa przesłonił obłok dymu, kiedy siedzę tu, na obczyźnie, starając się odszukać w pamięci jakiś znak, najmniejszy ślad tamtych czasów, we wspomnieniach ożywa moja ukochana uliczka, przy której spędziłem młode lata. Ożywa cała różnobarwność ulicy Gnojnej z mieszkającymi na tam rabinami, „gute Jidn”, bogatymi kupcami, żebrakami, złodziejami, ulicznicami, alfonsami, młodzikami tragarzami, ulicznymi handlarzami, którzy wespół zespół tworzyli krajobraz żydowskiej Warszawy w dzielnicy nazywanej „Za Żelazną Bramą”.
    Wystarczało zrobić krok, żeby znaleźć się na drugim końcu Gnojnej, taka była krótka ulica. Uliczka jak ziewnięcie. Siedem domów, trzynaście numerów, to był jej trzon – krzepki i wibrujący życiem. Roiło się tu jak w ulu: rzemiosło, polityka, ciemne interesy.
    Wszyscy znali ulicę Gnojną: Żydzi z całej Warszawy, Polacy z Żoliborza i Koszykowej, Żydzi z Nadarzyna i Błonia, ze Lwowa i z Koła. Żydowscy hurtownicy i handlarze detaliczni z podwarszawskich miasteczek, którzy do stolicy przyjeżdżali rozklekotanymi wozami zaprzężonymi w liche chabety, musieli złożyć wizytę na tej ulicy, która beztrosko ciągnęła się wedle Wielopola3. Nawet ci, którzy nie mieli na Gnojnej nic do załatwienia, tylko wybierali się po naczynia aluminiowe na Ptasią, po porcelanę lub fajans na Żabią, po owoce południowe na Przechodnią, na mocy niepisanego prawa byli zobligowani do odwiedzenia tej ulicy.
    Było tam tak rojno i gwarno, jak może być tylko w żydowskiej dzielnicy, która stanowiła centrum handlu i rzemiosła. Ulica Gnojna nie wiedziała, co to sen. Noc nie miała nad nią władzy. Za dnia sklepy były pełne klientów, tragarzy, którzy na własnych barkach taszczyli worki, skrzynki, bale materiałów, domy całe… Na chodnikach od samego świtu było czarno od przechodniów, handlarzy bajglami, sprzedawców wody sodowej, pełno było koszy fistaszków, tanich cukierków, ziarna, zeszytów, świeczek, witek wierzbowych na hoszanes i innych wyjątkowych okazji. Tutaj przybysz z prowincji szukał pakunku, który właśnie gdzieś mu przepadł, zbankrutowany bogacz prosił o datek; trochę dalej jeden handlarz koni przeklinał drugiego na czym świat stoi, a policjant na rogu, taka „menda”, przeganiał ulicznego handlarza. Żydzi w tzw. polskich czapkach i kapotach, w maciejówkach i z gołymi głowami, kobiety eleganckie i ubrane zwyczajnie, w wysmakowanych kreacjach i w zgrzebnych łachach, dzieci brudne i czyste, dobrze odżywione i zabiedzone – wszystkich można było tu zobaczyć.
    Wewnątrz, w kamienicach oznaczonych tymi siedmioma numerami, tętniło żydowskie życie ze wszystkimi jego jasnymi i ciemnymi odcieniami, z mądrością, zmysłem kupieckim, z dobrymi uczynkami i grzechami, na których zasadzało się istnienie tego największego i najbardziej różnorodnego żydowskiego skupiska we wschodniej Europie, czyli Warszawy.
    Kamienica z jednym podwórzem pod numerem 1(GoogleMap) była zawsze mroczna, nawet latem. Po lewej stronie na pierwszym piętrze rezydował znany rabin warszawski Szachna Ryczywół, pokój jego pamięci. Ten starszy człowiek o szlachetnym obliczu i srebrzystej brodzie, przemierzając podwórze, uśmiechał się do dzieci, które okazywały mu należny szacunek. Od lat jego twarz osnuwał tajemniczy smutek. Jego uczoność i specjalistyczna wiedza były znane daleko poza Gnojną. Widzę go jak dziś: podążającego na ulicę Grzybowską, do sądu rabinackiego, który urzędował w budynku gminy żydowskiej. W składzie tego sądu Ryczywół zasiadał jako szanowany znawca prawa religijnego. Widzę jak dziś jego pochyloną nad książką głowę, która niczym „ner tamid”6 jaśniała w oknie, rozświetlając podwórze pod numerem 1.
    Po prawej stronie podwórza jak karmiąca matka stał sklepik spożywczy reb Flama, chudego Żyda, obarczonego gromadką dzieci, który biednym klientom dawał „na kreskę” i nigdy nie upominał się o zwrot długu. Jego dzieci zawsze szarpały mamę za poły, płacząc i ciągle się wydzierając. Dobry był z niego człowiek, bez żółci, za to ze szczodrym sercem i pańskim gestem, choć biedny jak stąd na księżyc.
    Na drugim piętrze głos Tory wnosił nieco życia do codziennej beznadziei. Tutaj Kapłan i Kornfeld uczyli małe dzieci Pięcioksięgu7 z komentarzami RaSzIego, geografii i arytmetyki. Nowoczesny cheder Kapłana i Kornfelda zyskał sławę najlepszej żydowskiej instytucji oświatowej na Grzybowie.

Od frontu mieszkała pani Efros, znana dentystka. Ta niepozorna kobieta, która miała wysokiego męża i synów jak tygrysy, chodziła wokół swoich ubogich pacjentów jak mama koło dzieci. Leczyła, wyrywała, a czasem i poratowała jakimś groszem. Wyleczyła tysiące zepsutych zębów, które dzień w dzień żuły twardy chleb, ogryzały najtańsze kości pawie bez mięsa i dzwonko śledzia. Pani Efros była tu bardzo popularna. Cała Krochmalna, Gnojna, bogaci i biedni rwali u niej zęby.
    Cicho było na tym podwórzu, niehałaśliwie i spokojnie, jakby kostucha rozsiała tutaj śmierć. Od czasu do czasu ktoś umierał albo się rodził, albo brał ślub i wtedy był płacz, zamieszanie, radość. Gwarno za to było na Gnojnej pod numerem 3 (GoogleMap): zajazd dla furmanek z prowincji, królestwo wielkich piwnic z kiszoną kapustą, śledziami, [bloj-gefes], smołą, pierzem. Podwórze Krelów było jak ten sapiący kocioł, który omal nie eksploduje z powodu wielkiego ciśnienia pary. To tu urodziła się Frida Leselbojm, żona Zerubawela, stąd wyszło całe pokolenie „górskich” chasydów, tutaj przez całe lata prał po pysku swoich chasydów i wyrzucał przez okno ich czapki rebe reb Arelecadyk kozienicki. Kto chciał w szabes wypić za darmo kilka szklanic piwa, zaglądał do reb Menasze Szynkarza. Kto chciał odnaleźć skradzioną rzecz, zachodził do reb Mechela Pasera, który bramy na Gnojnej 3 strzegł tak, jak władca strzeże swego królestwa. Tu mieszkał Jokl Złodziej ze swoimi synami złodziejami, którzy okradali tylko bogatych i drogo odpłacali się studentom endekom, jeśli zachciało się im przyjść na Gnojną, żeby bić Żydów. Mieszkał tu jakiś cadyk z Galicji, który żył dzięki prostym ludziom. Tutaj rządził król tragarzy Bezdomny Herszel, który tryskał humorem i beztroską. Powiesić śledzia na plecach Żydowi z prowincji, wlać chasydowi wodę za koszulę, to na tym Bezdomny Herszel i jego wspólnicy: Note Kulas i Abraham Palto, znali się najlepiej. Te buraki, prostaki, Pędrki Wyrzutki żyły jednak takimi samymi kłopotami i radościami. I jeszcze arystokraci z Gnojnej 3: Wolfsztajnowie, długoletni administratorzy domów; Kamieniowie, magnaci i kupcy towarów kolonialnych na wielką skalę; Gestelowie, szanowani wyznawcy cadyka z Góry Kalwarii11 i wielcy bogacze, skąpi wprost proporcjonalnie do tego, jak wielkie było ich bogactwo. Jednak proporcjonalnie najwięcej na ulicy Gnojnej było biedoty – ospowaty tragarz, blada ulicznica, „chesedlech”którzy sprzedawali „tanie okazje”. A kiedy nadchodził szabes lub podniosłe święto Pesach, odrapane mury przyoblekały się odświętnie, dziecięce główki starannie uczesane, i wszystkich, bogatych i biednych, obejmował odwieczny duch żydowskiego trwania, którego oni wszyscy byli żywymi symbolami. Nigdzie indziej nie było takiego świętowania, jak na Gnojnej 3, w domu, który wykarmił trzy pokolenia warszawskich Żydów.
    Bóżnica Prywesów zajmowała całe podwórze na Gnojnej pod numerem 5. (GoogleMap) ) Od strony ulicy było kilka sklepów: z mąką – Goldmana, ze świecami i farbami – Frida i Mędrowskiego, z czekoladą – Goldberga. W środku majestatycznie wznosiła się bóżnica z bejt ha-midraszem Szaji Prywesa, zamożnego kupca wyrobów żelaznych, którego imię nosiła. W tej bóżnicy modlili się „szenste Jidn”  z okolicy, przychodzili także – żeby odmówić Kadiszw rocznicę śmierci – „niemieccy” młodzikowie, którzy nawet nie zajrzeli przez cały rok do synagogi. Przy wschodniej ścianie siedzieli bogacze, a przy drzwiach – biedacy, tragarze i furmani. Tu była arena machlojek, bijatyk, dysput. Na podwórzu pewnego typu Żydzi omawiali zagadnienia dotyczące światowej polityki, a od czasu do czasu któryś z modlących się, gdy mu nerwy puściły, wychodził i krzyczał: „Łobuzy, zaprzańcy! Modlić się, a nie dyskutować!”. Bóżnica stanowiła schronienie dla bezdomnych, kalek, żebraków, którzy jednak o godzinie dziesiątej wieczorem musieli opuszczać dom modlitwy i biec na ulicę Dziką do sławnego „cyrku” gdzie za parę gorszy mogli spędzić noc. W bejt ha-midraszu reb Icie Majer prowadził swoją jeszywę, w której dzień i noc zakuwało sześćdziesięciu chłopców z prowincji. A kiedy nadchodził Jom Kipurna podwórzu rozlegało się pobrzękiwanie niezliczonych puszek, do których wpadały datki na uposażenie młodych panien, na tanie posiłki bądź po prostu na wspomożenie jakiejś rodziny, która „umierała z głodu”. I te puszki robiły się ciężkie. Ludzie chętnie udzielali wsparcia. Dzielili się nie tylko Kamieniowie i Gestlowie, lecz również „chesedlech” i najbiedniejsi z biednych, jak tylko zdobyli pieniądze na kawałek chleba. W okresie Strasznych Dni bóżnica i bejt ha-midrasz pękały w szwach, bo kto w Warszawie nie znał adresu Gnojna 5, bóżnicy Szaji Prywesa. Niepodzielną władzę w bejt ha-midraszu sprawował reb Mendele Zegarmistrz, którego do roli tej wyznaczył sam Wszechmogący. W mroźnie zimowe wieczory reb Mendele naprawiał zegarki w świetle karbidowej lampy w swoim warsztaciku na Wielopolu, a latem w tym samym warsztacie razem z córką sprzedawał wodę sodową z sokiem po dwa grosze. Reb Mendele, odznaczający się dodatnimi cechami charakteru, zawsze w wysokiej jarmułce (kopl), widocznej spod typowej dla polskich Żydów czapki (hitele), nawet w dzień powszedni przepasany gartlem21, wieczory reb Mendele naprawiał zegarki w świetle karbidowej lampy w swoim warsztaciku na Wielopolu, a latem w tym samym warsztacie razem z córką sprzedawał wodę sodową z sokiem po dwa grosze. Reb Mendele, odznaczający się dodatnimi cechami charakteru, zawsze w wysokiej jarmułce (kopl), widocznej spod typowej dla polskich Żydów czapki (hitele), nawet w dzień powszedni przepasany gartlem , z siwą brodą, postawny, z melodią na ustach – jak tygrys walczył z włodarzami bóżnicy, którzy chcieli przejąć władzę także nad bejt ha-midraszem. Za reb Mendlem stała jednak rzesza zwolenników, którzy na rozkaz swojego przywódcy byli gotowi skoczyć w ogień. Prosty lud był po stronie reb Mendla, a bogacze – po stronie włodarzy. My, dzieci, trzymaliśmy z ugrupowaniem reprezentującym bejt ha-midrasz, a więc z reb Mendlem, który pełnił funkcję gabaja22. Z bejt ha-midraszu nikt nas nie wyganiał. Panował tu zawsze półmrok, który sprzyjał zabawie i psotom; w sobotni wieczór zawsze „honorowano” nas ciastem i śledziem, pozostałymi z ceremonii pożegnania szabatu, którą reb Mendel tydzień w tydzień celebrował jak patriarcha.
    Wokół mnie snują się teraz ich cienie: ślepych żebraczek, inwalidy bez ręki i nogi, a także tego, który poruszał się na czworakach, krzepkich żebraków, próżniaków, wszystkich należących do armii biedaków, która codziennie ustawiała w szeregu i nie przepuszczała nikogo, póki na żebraczym talerzyku nie zadźwięczała dwu- lub pięciogroszówka. Gnojna numer 5 to był adres bogatych, religijnych, świeckich, zwykłej łobuzerki i żebraków. Tam młódź harcowała pospołu z licznymi obdartusami. To synagogalne podwórze zapisało się w dziejach nędzy i splendoru chasydzkiej, żydowskiej Warszawy.

    W duszne letnie poranki, tak charakterystyczne dla żydowskich kwartałów miasta, ulicę Gnojną budził silny, charkliwy kaszel. Gnojna zrywała się wtedy ze snu, który i tak nie przynosił wytchnienia. Josel Beczka. W dwuizbowej knajpce u Joska można było spotkać generała Wieniawę-Długoszowskiegzwany też Grubym Joskiem, budził Żydów do codziennych obowiązków. Josl był właścicielem knajpy w bramie domu przy Gnojnej 7 (GoogleMap)  . Zaledwie dwa niewielkie pomieszczenia miała Joskowa knajpka, a dostarczała tylu wrażeń i miała tylu bywalców, którzy przeszli do historii. Zawsze pogrążona w półmroku, z wżartym w ściany zapachem taniego jadła, była mimo to filią Ministerstwa Spraw Wojskowych… „Idziemy do Joska – brzmiało zawołanie wysokich oficerów polskiej armii, będące parafrazą bojowego okrzyku: „Idziemy na wroga”W dwuizbowej knajpce u Joska można było spotkać generała Bolesława Wieniawę-Długoszowskiego – ojca chrzestnego rodzącej się w 1918 roku niepodległej Polski, ambasadora w Stolicy Apostolskiej i pierwszego pijaka Rzeczpospolitej. Wyprowadzono stąd nie jeden raz wysokich oficerów, dyplomatów i polityków w stanie „nieważkości”. U Josla kilkakrotnie gościł premier Walery Sławek, ppłk Bogusław Miedziński, znany parlamentarzysta i przywódca grupy pułkowników.W domu przy Gnojnej 7 polska elita, książęta i hrabinie, zrzuciwszy herbowe jarzmo się, bez żenady prezentowali wulgarną obyczajowość rozpasanego szlachcica. Dla sterników państwa polskiego knajpa „U Grubego Joska” była drugim domem. A Josel, krępy, przysadzisty, z brzuchem, na którym można by zatańczyć, skakał wokół zacnych gości, klepał ich po plecach, opowiadał pieprzne dowcipy i wręczał długie rachunki… O grubym Joslu śpiewano w Warszawie piosenki, szlagieryBywali tu wielcy ludzie, których pozycja wynikała choćby z wysokości płaconego rachunku; wszyscy byli niezmiernie zadowoleni, że gościli w sławnej knajpie ” U Grubego Joska”.

 

W wigilię szabatu można było zobaczyć na Gonjnej 7 setki naczyń z czulentem, które – z braku miejsca u piekarza Gedalii – stały na zewnątrz jak żołnierze na warcie. Cała ulica garnki z czulentem nosiła do Gedalii, który swoją budząca respekt figurą, długą brodą przydawał blasku tej piekarni, podobnie jak jego synalkowie, z których Gadalia nie miał wielkiej pociechy. Kiedy Królowa Szabat zstępowała na ul. Gnojną, czulenty znikały w przepastnych piecach piekarni Gedalii, jednej z największych w naszej okolicy. A kiedy nadchodził Pesach, Gedale jak feldmarszałek dyrygował pracownikami: wycinającymi dziurki w cieście, wałkującymi, nadzorującymi koszerność produkcji, którzy najmowali się u niego w okresie przedświątecznej gorączki. Dobry człowiek to był, ów Gedalia Brandszteter. Żyd z brodą i pejsami, chociaż w tym, co pisane drobnym drukiem, miał słabe rozeznanie. Jego charakterystyczna figura tak zrosła się z naszą uliczką, że kiedy Gedale odszedł na tamten świat, Gnojna wyglądała jak kadłubek, któremu odjęto rękę lub nogę.
    A była tam jeszcze mykwa, cheder, sztibel „górskich” chasydów, Żydzi bogaci i biedni – co sprawiało, że Gnojna 7 stanowiła wierną kopię Gnojnej 3, była jak jej młodszy brat.
    Idąc dalej, natrafiało się na Gnojną 9 (GoogleMap) ( , gdzie były wielkie sklepy z drobiem, a kawałek dalej – na Gnojną 11 (GoogleMap) ze sławną masarnią potężnej Estery Lauterstein, której co dzień, dwa razy dziennie, kroczyła majestatycznie wąskim chodnikiem. Na Gnojnej pod numerem 11 był bazar Janasza,gdzie można było kupić dosłownie wszystko: ryby, żywe i martwe, mięso, mąkę, masło, naczynia, wino i co tylko jeszcze. Krzyczano tam bardzo głośno tam, wydzierano się, wyzywano, by za chwilę się przeprosić. Zdawało się, jakby cały bazar Jansza oblano wrzątkiem. Tu „pracowali” złodzieje z ulicy Krochmalnej, tragarze z całej okolicy oraz handlarze reprezentujący wszystkie specjalności i kategorie.
    Ostatni sklep przy ulicy Gnojnej należał do M.B. Franta, wielkiego handlarza towarami kolonialnymi, prawdziwego żydowskiego magnata, u którego klienci wprost pokładali się na ladzie, prosząc, by ich jak najszybciej obsłużono. Towary od Franta słynęły z najwyższej jakości. Frant, jego synowie i córki wraz z dalszą rodziną należeli do warszawskiej elity.
    A ile było rodzin żyjących na Gnojnej cały rok tak, jak myszy w norach, na strychach, w piwnicach? Nikt nie wiedział nawet o ich istnieniu. Ich walka o codzienne przetrwanie nie toczyła się na widoku publicznym, nikt nie czuł ich głodu i nie interesował się ich losem.

***
Gdzie teraz jest moja ul. Gnojna?

Gdzie zniknęły jej czarne, ślepe mury; gdzie teraz są ci wszyscy ludzie, którzy mieli być przyszłością polskiego Żydostwa; gdzie zniknęli dwaj ślepi uliczni grajkowie, którzy opiewali śmierć Ester Rachel Kamińskiej, tragiczny koniec Zysze Breibarta  czy smutny los dziewczyny, która rzuciła się z trzeciego piętra, bo jej narzeczony wyjechał do Ameryki; gdzie podział się ów Żyd z [rencelne gecejg], który wykrzykiwał na podwórku: „Zegarki do reperacji”; gdzież są „gut-szebes-jidelech” , którzy zbierali pozostałe z sobotniego śniadania chały, mięso, cukier, ryby dla ubogich pacjentów szpitala na Czystem; gdzie się podziali „handałesi”, skupujący stare szmaty i znoszone buty – gdzież są te wszystkie drogie sercu, niezapomniane osoby, które żyją w waszym krwiobiegu, w waszym mózgu, w waszych myślach, opromieniając ponurą okolicę ulicy Gnojnej?
Tam, gdzie żyli, gdzie zmagali się z rzeczywistością, obchodzili święta, gdzie stąpała ich noga, sterczą dziś kupy gruzu, wśród których biegają wygłodniałe szczury, które zawładnęły tym przerażającym cmentarzyskiem, jakim stała się żydowska Warszawa.

Paul Trepman, A gesl in Warsze, Montreal 1949, s. 9-17.
Tłum. Anna Ciałowicz

Kategorie: Ciekawe artykuly

1 odpowiedź »

  1. ale jeszcze niedawno, a moze nawet do dzis, na ulicach warszawskich rozlega sie akordeonow warszawskich piosenka z motywem „Na Gnojnej bawimy sie…”
    Reszty tej piosenki nie pamietam, ale ty moze tak? Viki

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.