Z OPOWIEŚCI POLSKICH ŻYDÓW cz.2

Nadeslala Danka Gan
reunion 69 .1

ObyczajeANKA GRUPIŃSKA

Był w Łomży żydowski klub sportowy Makabi. Jak był mecz Makabi z ŁKS-em, gdzie grali sami Polacy, to zawsze stadion był pełen. Bo Żydzi grali z Polakami. Stadion, pamiętam, był na ulicy wjazdowej do Łomży. To był bardzo piękny stadion

Małe żydowskie miasteczka były do siebie podobne. Żydowskie, mówimy, bo Żydzi stanowili czasem 80, częściej 70% ludności. Zajmowali się rzemiosłem i handlem, zdecydowana większość to biedota, choć w każdym miasteczku było z pewnością kilku puryców, miasteczkowych bogaczy. Mógł być to aptekarz, na Podlasiu właściciel tartaku, cegielni. Społeczności żydowskie były dobrze zorganizowane – życie religijne toczyło się wokół synagogi, społeczne i czasem polityczne działo się w organizacjach, ruchach i partiach.

W Łomży powstała w 1916 żydowska szkoła średnia z polskim językiem nauczania. Wydawano kilka gazet w jidysz: „Łomzer Lebn”, „Łomzer Sztyme”, „Łomzer Weker”. W Łukowie w latach 20. XX wieku mieszkało około 6000 ludności, w tym 49% Żydów, którzy prowadzili warsztaty i sklepy. W mieście była synagoga, kilka domów modlitwy i cmentarz żydowski.

Z OPOWIEŚCI POLSKICH ŻYDÓW

Zapisywanie cudzych opowieści jest sposobem na odkrywanie mojej zbiorowej przeszłości, bo tej indywidualnej odkryć już nie zdołam. Fragmenty tu przedstawiane pochodzą z projektów historii mówionej, które prowadzę od lat.
Anka Grupińska

Proponujemy cykl oparty na materiałach zebranych przez Ankę Grupińską i jej współpracowników w ramach projektów historii mówionej. Każdy odcinek jest portretem osoby lub próbą uchwycenia jakiegoś aspektu życia polskich Żydów – obrazem instytucji, zdarzenia, zjawiska

Nie znajdujemy wiele zapisów na temat historii tych miasteczek w opracowaniach akademickich. Tym większą wartość mają opowieści zgromadzone w Muzeum Historii Żydów Polskich w Warszawie. O Łukowie
opowiada Mojsze Sznejser, o Łomży – Henryk Umów.

Mojsze Sznejser, Legnica

Łuków to było bardzo ładne miasto. Były dwa kościoły, dwa gimnazja, 22-gi Pułk Strzelców. Było ładne życie! I Łuków był większy od Radzynia. W Radzyniu do stacji trzeba było jechać dziewięć kilometrów, a u nas, w Łukowie, były dwie stacje: jedna na Lublin i jedna na Warszawę. Ja jeździłem do Radzynia autobusem, odwiedzać dziadków. Mama podchodziła do kierowcy i mówiła mu, żeby mnie wyrzucił w Radzyniu koło kościoła.

Przed wojną w Łukowie było dużo Żydów. Mieli piekarnie, jatki żydowskie były. Żydowska rzeźnia była w takim dużym budynku niedaleko rzeki. W całym budynku były dwie rzeźnie: polska i żydowska. Polska część była bliżej rzeki. Ale obie rzeźnie były oddzielone, osobne wejścia i wyjścia. Jak w żydowskiej części zrobili z mięsem coś nie tak i było nie koszerne, to oddawali Polakom. A potem się policzyli pieniędzmi. A normalnie to musiało być wszystko koszerne. A po prawej stronie Polacy zarzynali świnie i inne zwierzęta. A cała krew spływała do rzeki.

Łuków, dzielnica żydowska, synagoga na drugim planie. Lata 20.

Tam w Łukowie przed wojną to też różni Żydzi byli. Jak w każdym narodzie. Jednego Żyda, pamiętam, zabili inni Żydzi. Dlaczego go zabili? Bo wydał drugich. On się nazywał Jojne Bocian, był partyjny – komunista. A polska policja raz złapała i posadziła kilku komunistów, Bociana też. Jeden zaś z tych policjantów poszedł do krawca zamówić jakąś robotę, a ten krawiec to był szwagier Bociana, Śliwka się nazywał. Ten szwagier zapytał, dlaczego zatrzymali Bociana, i czy mogliby go wypuścić. Policjant powiedział, że wypuścić można, ale za coś. Chciał, żeby on wydał pozostałych. Bocian się zgodził i go wypuścili. Przyszedł do organizacji komunistycznej i mówi, że trzeba zrobić naradę. Chciał, żeby ich policja złapała. Ale tamci ludzie nie byli tacy głupi, dziwili się, że jego wypuścili, a inni dalej siedzą. I się domyślili wszystkiego. Wyznaczyli spotkanie gdzieś na polu i wysłali kogoś, by to miejsce obserwował. I był jeden, zobaczył że policja przyjechała, a Bociana nie było, to oni też nie przyszli. A potem, jak Bocian pytał się, czemu nie było zebrania, odpowiedzieli że zrobią kiedy indziej. I Bocian znowu to zgłosił na policję. Kiedy siedział w piątek wieczorem z rodzicami i szwagrem przy kolacji, przyszedł do niego jeden z partii i powiedział, że trzeba jechać do Siedlec coś załatwić. Bocian pojechał pociągiem. W Siedlcach w jednej bramie stał gość i kazał mu podejść po instrukcje. Bocian wszedł do bramy i tamten go zabił. Na drugi dzień jego matka krzyczała: Gewałt! Zabili mi syna!

Byli także bogaci Żydzi. Na przykład Gasman, on był szewcem, miał dużą firmę, inni szewcy pracowali u niego. Duży dom wybudował. Byli jeszcze inni bogaci Żydzi, przeważnie piekarze. Pamiętam koło mostu mieszkał jeden, miał bardzo duże mieszkanie. A jak dzieci szły do szkoły, jakie by nie były – polskie czy żydowskie, i stały tak za szybą, zaglądając do środka, to piekarz je wołał i dawał bułeczkę. –  Nie mam pieniędzy – mówiło dziecko, a on tylko mówił – Jedz, jedz, mama zapłaci. Zapłaciła czy nie, i tak dawał. A jego brat – Josel piekarz, to był nauczycielem, uczył nas po hebrajsku.

Chaja Sznejser, siostra Mojsze Sznejsera, zdjęcie
zrobione w Łukowie w latach 30.

Życie z Polakami raczej zgodne było. My żyliśmy z nimi jak z braćmi. Oni do nas przychodzili, to my do nich chodziliśmy, bo to trzeba było iść wzajemnie. Jak mój ojciec zmarł, to sąsiedzi przychodzili do matki i mówili – Pani sąsiadko, czemu pani po kartofle nie przychodzi? To ja jeszcze pamiętam nazwiska tych sąsiadów: Chajkowski, Gołaszewski. A jak szedł pogrzeb polski, to Żydzi też dali cześć, czapki zdejmowali. (Bo kipy się na ulicy nie nosiło, tylko czapki, kapelusze.) A jak już potem pracowałem i chodziłem tylko na wieczorowe kursy, to zdarzało się, że młodzież chciała nas bić. To nas wtedy nauczyciele nie wypuszczali, żeby w nas nie rzucali kamieniami.

Do nas z robotą przychodzili sami Polacy – gospodarze, nauczyciele. A jak ojciec jednemu Polakowi buty zrobił i matka je zanosiła, to brała mnie ze sobą i jak ja przyszedłem, musiałem jego w rękę całować z szacunkiem. A jeszcze powiem, co ja słyszałem, co opowiadali. Że jeszcze za cara był taki stary Polak z brodą, Kamiński, on miał osiemnaścioro dzieci, to jak Ukraińcy chcieli rabina przez okno wyrzucić, to on nie pozwolił, nie dał go z balkonu wyrzucić. To ja słyszałem, że jak on zmarł, to wszyscy Żydzi na pogrzeb przyszli.

Do rodziny Kamińskich należało kino i biblioteka, bardzo byli bogaci. Myśmy też wynajmowali mieszkanie od syna tego Kamińskiego. Ten syn Mietek się nazywał, on był trochę kulawy. Zajmował się wypychaniem ptaków i innych zwierząt. On mnie chciał wziąć ze sobą na polowanie. Ale matka mi mówiła żebym nie szedł, bo jak będę naganiał, to mogą mnie zabić przypadkową kulą. A ten Mietek wynajmował wielu Żydom mieszkania, a jak który nie mógł zapłacić, to nie wyrzucał, mówił tylko, żeby pozamiatać trochę na ulicy. Żona Mietka to była córka kominiarza, bardzo fajna. Mieli dwoje dzieci, ja przychodziłem do nich do domu codziennie. Czasami posyłali mnie, żebym coś kupił. Ich dzieci były ode mnie młodsze, ale miałem swój język z nimi. To byli bardzo dobrzy ludzie.

Ale pamiętam też jedno zdarzenie, to było też na ulicy Piłsudskiego, tu kino było, a tu klub. Koło klubu szedł jeden Żyd, tancerz, to w sobotę było, on szedł do klubu nie do bożnicy. A szedł do bożnicy inny Żyd z taką brodą i go dwaj polscy oficerowie wojskowi złapali. Jeden złapał tego Żyda za brodę i pociągnął. A ten tancerz, on umiał się bić, widziałem, co on robi – jak rąbnął jednemu głową, to drugi oficer uciekł.

Pamiętam, tam gdzie się bawiliśmy nie było polskich dzieci. Najczęściej graliśmy w piłkę. Ganialiśmy na polu, to nas chłop przepędzał. Bo on tam zasiał i my mu przeszkadzaliśmy i niszczyliśmy pole. Bardzo dużo było w Łukowie dzieci. A był w Łukowie jeden żydowski dzieciak, on do gimnazjum chodził, jedynak, syn bogatego malarza, to on na tych kółkach na buty jeździł, na wrotkach. Jeden w Łukowie! A do kina to chodziłem, pamiętam, bo mój brat pomagał w kinie. Jeden gość nas wpuszczał, to siedzieliśmy tak po cichu.

Henryk Umów, Legnica

W Łomży mieszkaliśmy najpierw na ulicy Woziwodzkiej, róg Szkolnej, potem na Krótkiej, która z czasem nazywała się Berka Joselewicza. Tam na Joselewicza mieszkanie było na poddaszu, kuchnia i dwa pokoiki. Pamiętam jak najmłodsza siostra Esterka spała jeszcze w kołysce. Tam było takie okno szczytowe i raz przez nie wpadł gołąb, to mama wysłała Bencaka, żeby go schwytał, i potem zrobiła z tego gołębia rosół, a brat i siostra obgryzali kostki.

Łomża jeszcze nie była wtedy całkiem skanalizowana. Na naszej ulicy sprzedawali wodę na wiadra. Mieszkało w Łomży bardzo dużo Żydów. W kamienicy, gdzie mieszkaliśmy, byli prawie sami Żydzi. Pamiętam mieszkała taka jedna, co robiła peruki, nazywaliśmy ją szejtel macher, czyli perukarka. Mieszkał też zastępca rabina, nie wiem tak dokładnie, kim był i czym się zajmował, ale tak na niego mówili. A na pierwszym piętrze był właściciel całej kamienicy, on miał sklep mięsny. Ja jeszcze spotkałem po wojnie jego syna, on prowadził tu, w Legnicy, sklep mięsny. Wiele razy dawał mi mięso za darmo. Jedyny Polak w kamienicy, to był dozorca. A na podwórku domu, pamiętam, że często bawiłem się z różnymi dziećmi, także z polskimi. Któregoś razu usłyszałem, jak mówią „kurwa mać”. A ja nie wiedziałem, co to i powtarzałem w kółko. Wróciłem do domu, i pytam się mamy, a ona mi mówi, że to brzydkie słowo. A ja z powrotem na podwórko, i dalej to powtarzam. To pamiętam, musiała mi mama ręcznie „wytłumaczyć”, co to znaczy.

Synagoga w Łomży była na rogu Jałczyńskiej i Senatorskiej. Oprócz niej był jeszcze jedenbesmedresz, trochę dalej na Senatorskiej, i jeszcze jeden niedaleko naszego mieszkania. Więcej nie pamiętam. W synagodze miejsce trzeba było sobie wykupić. Pamiętam, że ojciec miał wykupione miejsce, chyba z prawej strony bimy. Piękna to była synagoga, sufit wymalowany znakami zodiaku, wszystkie dwanaście znaków tam było. Żadnych innych większych ozdób. Pamiętam, że był balkon, na którym stały kobiety. Była też mykwa, byłem tam tylko raz, z ojcem. To było w jeden piątek przed szabasem. Musiałem trzy razy wejść do wody. Więcej razy tam nie byłem, normalnie myliśmy się w domu nad miską.

Jak ojciec już nie żył (zmarł w 1927), a ja wróciłem z sierocińca po czterech latach, to mieszkaliśmy w Łomży na ulicy Długiej. To było nasze ostatnie mieszkanie – stamtąd wygonił nas dopiero Hitler. Na parterze, w oficynie, mieliśmy bardzo mały pokoik i kuchnię. Pamiętam, że jak jakiś gość do nas przyjechał – na przykład siostra lub brat z Warszawy – to odstępowałem mu swoje łóżko, a sam spałem pod stołem. Bo przecież nie pójdę spać z matką, czy z siostrami! Luksusów u nas nie było.

W Łomży miałem kilku kolegów, to czasami spotykaliśmy się, żeby coś oblać. Na przykład nowe ubranie na miarę. Pamiętam, że ja i jeszcze dwóch kolegów, też Żydów, zrobiliśmy mniej więcej w tym samym czasie nowe ubrania. I chcieliśmy to uczcić. A że oni mieszkali na peryferiach miasta, a ja w centrum, to oblewaliśmy to u mnie. Wtedy, pamiętam, moja siostra Leja pierwszy raz piła wódkę, i to od razu całą szklankę! I nie była pijana, tylko się śmiała z nas. Miałem wtedy około dwudziestu lat, a ona około osiemnastu.

Mosze Sznejser, pierwszy od prawej i jego brat, Abram pracują
w warsztacie szewskim w Łukowie. Po 1932, po śmierci ich ojca.

Były też inne rozrywki. W mieście były dwa kina. To się chodziło na filmy. Przeważnie w języku polskim, ale były też po żydowsku. Pamiętam był taki film „Ben Hur” i on był po żydowsku. Pierwszy raz do kina zabrał mnie brat. To było zaraz po śmierci ojca a jeszcze przed wyjazdem brata. Miałem jakieś dziewięć lat. Brat pracował wtedy w Łomży. Nie pamiętam tytułu, ale wiem, że to był film wojenny, bo na ekranie pojawili się żołnierze z pikami. To ja wtedy przestraszyłem się, i schowałem się pod krzesło. A potem mówiłem bratu, że mieliśmy szczęście, że tam była szyba. Nie wiedziałem, że oni nas stamtąd nie mogą zobaczyć. A on się śmiał i mówił, że to się nazywa ekran. Ale ja byłem pierwszy raz w kinie! I był jeszcze taki kolega, Aaron Ładowicz, ja go nie zapomnę aż do śmierci. Jego ojciec był szewcem, i on pracował razem z moim bratem. To jak byliśmy w kinie, to zaraz po wyjściu wszystkie piosenki, które były tam śpiewane, on powtarzał bezbłędnie. Taką miał pamięć!

W Łomży były także różne organizacje żydowskie dla młodzieży. Na przykład szomery. Oni spotykali się w osobnym budynku, prawie codziennie od piątej po południu było u nich otwarte. Tam były różne wykłady, teorie żydowskie, ale i potańcówki, zabawy. Ja się tam zapisałem, żeby nie chodzić po ulicy. Pamiętam, że tam skończyłem karierę jako gospodarczy. Musiałem pilnować, żeby wszystko było posprzątane i tak dalej. A w piwnicy tego budynku jakiś handlarz owocami miał magazyn, i tam były jabłka. Wszystko było za kratami, ale myśmy wzięli sobie taki kij, i powbijaliśmy na końcu gwoździe. I codziennie po dwa, trzy jabłka jemu ginęły. W szomerach poznałem swoją narzeczoną. Nazywała się Judis Fuchs i miała piękne oczy – błękitne. Ja do tej pory pamiętam jej oczy, nie widziałem podobnych do dzisiaj. Ona była młodsza ode mnie, rocznik dwudziesty, albo dwudziesty pierwszy. Jej ojciec był tragarzem, stał na rynku obwiązany sznurem i czekał aż trzeba będzie coś nosić. Mojej mamie się to nie podobało, ale ja chciałem się z Judis żenić. Obiecałem jej, że to zrobimy, ale dopiero jak wrócę z wojska, bo mężczyzna, który nie był w wojsku, to chodząca dupa.

Polityką się specjalnie nie interesowałem. Nie byłem w żadnej partii, tylko już nie pamiętam, kto namówił mnie, i wstąpiłem do chaluców. To była taka lewicowa organizacja. Ale na krótko przed wybuchem wojny wypisałem się stamtąd, bo trzeba było przygotować się na wyjazd do Izraela, a ja nie chciałem. Miałem tu dziewczynę i byłem z nią umówiony na ślub, poza tym nie mogłem zostawić matki samej, tylko z siostrami.

Pamiętam, że lubiłem chodzić na gimnastykę. Był w Łomży żydowski klub sportowy Makabi. I tam codziennie były zajęcia. Prowadził je jeden taki mistrz, co był nawet na olimpiadzie, już zapomniałem jego nazwisko, to nie były zajęcia wyczynowe, takie proste ćwiczenia. Wtedy też często kontrolowany byłem przez tajniaków z polskiej policji. Bo wychodziłem z domu pod wieczór z małą paczuszką, i oni myśleli, że przyjechała siostra, i ja roznoszę jakąś niedozwoloną komunistyczną literaturę. To potem chodziłem inną trasą, żeby ich uniknąć, ale to było za daleko, więc pomyślałem: niech mnie sprawdzają. A Makabi w Łomży było silne, szczególnie w piłkę nożną. Jak był mecz Makabi z ŁKS-em, Łomżyńskim Klubem Sportowym, gdzie grali sami Polacy, to zawsze stadion był pełen. Bo Żydzi grali z Polakami. I Makabi często wygrywało. Pamiętam, mieli takich dobrych zawodników – trzech braci, Jeleń się nazywali. Najmłodszy z nich, tak szybko biegał, że prawie tylko czubków traw dotykał. Raz usłyszał w przerwie, że Polacy chcą go mocno faulować, żeby wyłączyć z gry, a jego trener chce go zmienić, żeby go chronić. To wybiegł na boisko i tam odpoczywał w czasie przerwy, żeby trener go nie zmienił. A jego brat, już nie pamiętam czy najstarszy, czy środkowy, to raz kopnął piłkę tak mocno, że bramkarz wpadł do bramki razem z piłką. A jak mecz się odbywał w sobotę, to przed bramą stali pejsaci chasydzi i nie chcieli wpuszczać Żydów na mecz, bo to sobota i nie wolno. Ale rzadko kiedy ktoś się ich słuchał. Stadion, pamiętam, był na ulicy wjazdowej do Łomży od strony Piątnicy, takiej wsi na północ od Łomży. To był bardzo piękny stadion.

Bracia mamy Mojsze Sznejsera. Od lewej – Chaim i Symche.
Mojsze siedzi, pierwszy od prawej a jego brat Abram stoi za
Symche. Radzyń Podlaski albo in Łukow, druga połowa lat 30.

We wszystkich miejscach, gdzie mieszkaliśmy przed i po śmierci ojca, to zawsze było tak samo – sami Żydzi i Polak – dozorca. W większości Żydzi zajmowali się handlem i rzemiosłem. Pamiętam, że jedna rodzina miała wiatrak, to było jak się szło w stronę Łomżycy. Na ulicy Senatorskiej jeden Żyd – Gołąbek – miał młyn, już nie z wiatrakiem, tylko elektryczny. Tartak też jakiś Żyd miał, browar i fabrykę włókienniczą. Dużo sklepów było żydowskich. I w niedzielę Żydzi czasami ukradkiem otwierali sklepy od tyłu, bo w niedzielę oficjalnie nie można było otwierać. Nawet Żydzi między sobą taki kawał opowiadali, że jeden się pyta drugiego: jak idą interesy? Na co ten mu odpowiada, że codziennie musi do interesu dokładać. No to ten pierwszy się dziwi, jak to możliwe, że jeszcze nie zbankrutował! To sklepikarz odpowiada, że w niedzielę musi zamknąć i wtedy nie dokłada, i to mu się wyrównuje.

Stosunki z Polakami były różne. Jak było jakieś święto, na przykład Boże Ciało i szła procesja, to nie wpuszczali żydowskich dzieci na ulicę. I myślę, że dobrze, bo by tylko mogły przeszkadzać. Ale był czasami też duży antysemityzm. Były w Łomży dwa kina – Miraż, które było żydowskie i Reduta, którego właścicielem był Polak. Ale Żydzi chodzili do obu i byli na widowni większością. To endecy ustawiali na przykład pikiety przed Redutą i wpuszczali tylko Polaków. I na sali były pustki. Wtedy właściciel kina musiał ich przekupić, dać dużą kwotę na cele filantropijne, żeby zabrali tą pikietę, i żeby Żydzi znowu mogli wchodzić do środka. Innym razem stanęli przed żydowskimi sklepami i nie chcieli puścić Polaków do środka. Mieli takie hasło: „Swój do swego, po swoje”. A to był dzień targowy i przyszli chłopi, którzy sprzedali już swoje towary, a teraz chcieli zrobić zakupy. Bo wiedzieli, że Żyd ich nie oszuka, i że dostaną towar lepszy i tańszy, a czasami to i na borg, czyli na kredyt mogli dostać. A endecy nie chcieli ich przepuścić. To chłopi poszli do wozów, wzięli orczyki i ich przepędzili. Podobnie było, kiedy endeccy postawili pikietę, niedaleko takiego zakładu, gdzie właścicielem był Żyd, a pracowali sami Polacy. Oni tam sortowali starą odzież i pakowali do przeróbek. I przychodzą ci wszyscy pracownicy do tego Żyda i mówią, że chcą się na chwilę zwolnić, bo muszą zrobić porządek. To ich zwolnił, poszli, i pobili tych endeków, i był spokój.

Ja też miałem różne przygody. Raz idę sobie ulicą, a tu jeden Żyd mówi do mnie, żebym nie szedł dalej, bo tam endecy urzędują. A ja poszedłem i nie poznali, że jestem Żydem. Bo ja w ogóle nie miałem żydowskiego wyglądu. Przede wszystkim byłem blondynem. A innym razem szedłem z jednym chasydem, ubranym w żydowski strój, a widzieliśmy, że zaraz dalej siedzą polscy chłopcy. To ja powiedziałem mu, żeby się nie odzywał, i szliśmy dalej. A ci Polacy mówią między sobą – Popatrz! Ten Żydek idzie z naszym! I nie ruszyli nas. A ja w duchu sobie myślałem – Wy pierdoły! To nie jeden Żydek, tylko dwa. A jeszcze innym razem to już szedłem sam chodnikiem, a po przeciwnej stronie dwóch chłopaków. I słyszałem, jak się sprzeczali, czy ja jestem Żydem czy nie. I za chwilę jeden zabiegł mnie od tyłu i chciał mnie kopnąć w tyłek. A ja go nie widziałem, tylko czułem, że jest za mną i odruchowo wyciągnąłem rękę, i złapałem go za nogę. No to on upadł, mógł sobie łeb rozbić nawet. To wtedy ten drugi powiedział do niego: mówiłem ci, że to nasz!

Zapisano na podstawie rozmów przeprowadzonych przez Jakuba Rajchmana.
Współpraca: Ania Szyba.

ANKA GRUPIŃSKA, pisarka i dziennikarka. Opublikowała m.in. książki  „Najtrudniej jest spotkać Lilit. Opowieści chasydek” (1999, 2009), „Ciągle po kole. Rozmowy z żołnierzami getta warszawskiego” (2000), „Odczytanie listy. Opowieści o powstańcach żydowskich” (2003), „Buntownicy. Polskie lata 70. i 80.” (2011).
http://www.dwutygodnik.com/artykul/3122-z-opowiesci-polskich-zydow-11.html

No comments yet... Be the first to leave a reply!

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: